„Misjonarz” ci dziecko wychowa.

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Kraj

Tak sobie obserwuję to, co się dzieje wokół, tzw. ustawy antyprzemocowej, i nie mogę wyjść z podziwu, że moi krajanie walczący przez prawie pół wieku z wszędobylstwem państwa nagle ów konstrukt społeczny pokochali. I to gdzie? Ano tam, gdzie zdawałoby się, że Polacy z determinacją strzegli swoje najbliższe środowisko przed ingerencją państwa, tj. w rodzinie. Bo, co? W najbardziej zgniłym PRL’u, tzw. przeciętny Polak mógł się państwu „postawić” i dostępu przez tego ostatniego do swojego życia rodzinnego bronił, jak mógł i czym mógł. A teraz proszę. 20 lat, tzw. dobrobytu, i krajan jest gotów, by przed różnymi, tzw. czynnikami społecznymi, drzwi do swojego domu otworzyć na oścież. To się jednak w głowie nie mieści i przeczy chyba każdej zasadzie socjologicznej, że im ktoś jest zamożniejszy, szczęśliwszy, bardziej spełniony społecznie, zawodowo itp. itd., to tym bardziej swój dom traktuje jak „sanktuarium”, do którego dostęp usiłuje ograniczać. A może jest coś „nie tak” z tą zasadą socjologiczną lub z tym poczuciem zamożności, szczęścia itd. itd.? Nie mnie to rozstrzygać, gdyż, szczerze mówiąc, jestem ekonomistą a nie socjologiem. Dość jednak powiedzieć, że jak na swoje 41 lat jeszcze pamiętam instytucję różnych państwowych „misjonarzy”, by w kontekście, tzw. ustawy antyprzemocowej, nie dostrzegać pewnych analogii. Tak, tak. Wygląda na to, że Polacy nagle zapragnęli, by ich dziećmi zajął się jakiś państwowy lub społeczny „misjonarz”, który od nich ma wiedzieć lepiej, co jest dobre dla ich dzieci lub szerzej dla ich rodziny jako całości.

No, to skoro już wiemy, że krajan jest gotów przed tym „misjonarzem” na oścież otworzyć drzwi do swego domu, to trzeba chyba przyjrzeć się temu, kogo się zaprasza i jak on może postępować. Z góry uprzedzam, że jest dla mnie bez znaczenia to, jakie to formy instytucjonalno-organizacyjne składają się na ów zbiorowy byt tego „misjonarza”. Bardziej mnie interesuje to, kim on jest jako konkretny byt osobowy.

I chyba dobrze go określam mianem „misjonarza”, gdy tacy, którzy imają się takiego typu zajęć wewnętrznie odczuwają swoje „misjonarstwo”, „posłannictwo”, swoją wyjątkową rolę dziejową, którą mają do odegrania. Chcą zaznaczyć swoje szczególne miejsce w społecznej hierarchii przy czym zrobić to tak, by wynikało to z formalnego umocowania a nie autorytetu środowiskowego. Pokazać, że jest się niezbędny w strukturze społecznej, poczuć ten nimb władzy, to że zostało się docenionym. A nade wszystko, że racja, wsparta odwodami strażników miejskich, policji, sądownictwa i, tzw. opinii publicznej, nawet wątpliwa stoi za kimś takim. Z reguły są to jednak „misjonarki” w wieku bądź to przedbalzakowskim bądź jeszcze ledwie co opierzonym. Takie, które bądź to nie sprawdziły się w swoim wyuczonym zawodzie bądź jeszcze nie miały okazji się sprawdzić. Poziom wykształcenia przez nie prezentowany oscyluje wokoło średniego, na ich wyuczone zawody raczej nie ma zbytniego popytu. Są również targane wewnętrznie dwoma przeciwstawnymi żywiołami, zawyżonej oraz zaniżonej samooceny, które w zależności od okoliczności biorą górę. Raz, gdy wykonują swoje „posłannictwo” odzywa się samoocena zawyżona, innym razem, „po cywilnemu”, zaniżona. Skutkiem tego jest poczucie permanentnego niespełnienia, niedocenienia i potrzeba „działania”. W gruncie rzeczy taki „głód” sukcesu byłby może i dobry, gdyby chodziło raczej o samorealizowanie się na polach aktywności o twórczym charakterze lecz w przypadku owego osobliwego „misjonarstwa” jest przyczyną nadgorliwości. „Misjonarka” taka jest nadto nadnaturalnie „ciekawa” świata, z tym że im bliższego sobie, to tym silniejsze jest to u niej. Stąd też przejawia nieokiełznane wręcz zainteresowanie życiem np. najbliższych sąsiadów, w tym przeważnie ich życiem rodzinnym. Potrafi w takiej sytuacji przyjmować nadaktywną postawę wobec ich problemów życiowych, aż do usiłowania uzyskania roli, jeśli nie kierowniczej, to w najlepszym przypadku, animującej. Bezceremonialnie więc potrafi interweniować w życie tych, którzy znajdują się w jej najbliższym środowisku, zajmować postawę rozsądzającą oraz narzucać swoją wolę. Robi to w oparciu o swoiste wyczucie, nie wdając się przy tym w niuanse zagadnienia. Raczej brak jest jej cierpliwości, by wnikając w sedno problemu móc rozstrzygnąć, po czyjej stronie jest słuszność oraz co jest tego rzeczywistą przyczyną. W niemałym stopniu jest to rezultat braku (bądź słabych) kompetencji poznawczych, opierania swoich sądów na gruncie własnych przekonań, pobieżnej analizy zjawisk i zdarzeń, a nierzadko słabego rozeznania co do osób, wobec których decyduje się interweniować. Raczej nie pokazuje chęci, by poznać skomplikowane relacje zachodzące między nimi, jej wystarczy pobieżny ogląd sytuacji, by zdecydować się na takie lub inne działanie. Z grubsza, można powiedzieć, tak się przedstawia pewien rys charakterologiczny osób, które decydują się na podjęcie pewnego specyficznego „posłannictwa” społecznego. Ma się rozumieć, że jak w każdym innym przypadku, ta również i tym, występują niekiedy wyraźne odstępstwa od pewnego ogólnego modelu. Aha i jeszcze jedno. Ma się rozumieć, dość osobliwym „motorem” napędzającym takie osoby do działania są „dobre chęci” oraz altruizm. Tak przynajmniej wynika z tego, co takie osoby są skłonne o sobie sądzić.

Skoro zatem wiadomo jest mniej więcej to, kogo tak nagle Polacy zdecydowali się u siebie „gościć”, to chyba zasadne jest również, by starać się przewidzieć, jak owi osobliwi „misjonarze” działać będą wówczas, gdy otrzymają pełne uprawnienia formalne. Bo, w myśl twórców idei mają być tam, gdzie dzieje się źle. Zastanówmy się więc, czy taki owy „misjonarz” podąży ze swoim dziejowym „posłannictwem” w progi wiecznie pijanego pana Zenka po wyrokach, żyjącego „na kocią łapę” z również wiecznie pijaną panią Zenkową, u których naturalnym stylem „porozumiewania się” jest wzajemne rozbijanie sobie krzeseł, taboretów itp. na czerepach? I to w sytuacji, gdy słusznie rozsierdzony pan Zenek właśnie łomocze swojego nastoletniego syna, bo ten ukradł tamtemu ostatnie 50 złotych z zasiłku przeznaczone na alpagę. Jeśli będzie się to odbywało z „zabezpieczeniem” plutonu „czarnych” w kominiarkach, to może odniesie jakiś sukces. Bo w końcu, skoro nie jest czymś trudnym w środku dnia prawie w centrum Warszawy w zatłoczonym tramwaju „sprzedać kosę” policjantowi, to wszystko jest możliwe. Pytanie tylko, czy owi „czarni” w kominiarkach będą mogli asystować w „misjonarskiej” interwencji u pana Zenka. I cóż. Pan Zenek jak będzie chciał wyłomotać swojego syna, to i tak to zrobi, a i może „misjonarz” zaliczy parę „garści”. Polska to ponoć kraj każdych możliwości.

A „misjonarz” nie jest w ciemię bity i kalkulować potrafi, co mu się lepiej opłaca. Wobec czego będzie szukał okazji do wykazania się gdzieindziej. I tak np. dostanie z donosu, że gdzieś tam w, tzw. dobrym domu, ojciec z jakimś cenzusem stanowiący małżeńską parę z kobietą z również dobrą pozycją zawodową i społeczną, sporadycznie ma ze swoją małżonką jakieś scysje, zaś ich związek przechodzi akurat pewien, w gruncie rzeczy, naturalny kryzys np. o podłożu materialnym. A jeszcze na to nakłada się również opryskliwość i buntowniczość dorastających nastoletnich dzieci, które zwyczajnie, jak to w takim wieku bywa, pokazują „rogi”. No i pewnego dnia wybucha gwałtowny konflikt sprowokowany przez małżonkę, która pechowo ma „jedne z tych trudnych dni”, o czym jej mąż wcale wiedzieć nie musi. Dodatkowo, w pracy ma ciężki okres, gdyż jego firma ledwie co wykonuje plan budżetowy, zaś szef zaczyna być coraz bardziej agresywny także wobec niego. No i w domu do awantury dołączają się jeszcze ich nastoletnie dzieci, które znajdują w ten sposób doskonałą okazję do odegrania się na którymś z rodziców. Zaczynają się złośliwości, pierwsze epitety, inwektywy i insynuacje, pyskówka się rozkręca, jedno bądź drugie (a przeważnie oboje) zaczyna podnosić głos, dzieciaki dolewają oliwy do ognia, ktoś kogoś obraził, w końcu dochodzi do rękoczynów. Standard. Klasyka. Norma. Ona zaczyna histeryzować, robić sceny, grozić, płakać, coś tam wywrzaskiwać, dzieciaki skarcone przez nią lub niego wpadają w głośny płacz, on zaczyna tracić coraz bardziej panowanie i również krzyczy. Któreś trzaska drzwiami, słychać brzęk ze wściekłości ciskanych naczyń…. No, co? Tylko nie mówcie, że tak się nie dzieje i każdy jest w ogóle świętoszkiem. A usłużni sąsiedzi, którzy z jakichś powodów tamtych nie lubią, tylko nasłuchują i zacierają ręce. Wreszcie któryś z sąsiadów bierze za telefon, wystukuje „magiczny” numerek do placówki „misjonarskiej” i stamtąd rączo wyrusza ekipa z posłannictwem. Wtarabaniają się do domu, zaczynają regularnie przesłuchiwać członków rodziny i sąsiadów, biorą dzieci i u jednego z nich widzą wybroczynę na uchu, bo akurat ojciec (lub matka) wyprowadził za nie coraz bardziej opryskliwego i wulgarnego syna do jego pokoju. No i się zaczyna piekło większe niż było. Ojciec, który być może po raz pierwszy tak postąpił wobec swojego, coraz bardziej i częściej pokazującego „rogi”, syna, zostaje zatrzymany, przekazany policji, zaś „misjonarz” wszczyna czynności urzędowe. Zaczyna się dla wszystkich koszmar, który nie musiałby mieć miejsca, gdyby nie tyle do awantury nie doszło co raczej, gdyby nie donos usłużnych sąsiadów. Ojciec  jednak może wrócić do swojego domu, gdyż czynnik społeczny uznał, że w świetle takich to a takich okoliczności, mając na względzie to i owo, to coś-tam, coś-tam. Jednak w „kwitach” ma już zababrane. W trakcie jego zatrzymania, jego zakład się o tym dowiaduje, co jest pretekstem do jego zwolnienia. On wraca do domu. Zaczynają się „ciche dni”, sprawa powoli rozchodzi się „po kościach”. Od czasu do czasu w ich domu zaczyna się pojawiać „kontrol”, by sprawdzić, czy wszystko jest OK. Oczywiście o całym zdarzeniu powiadamiani są „wszyscy święci”, w tym m.in. szkoła jego latorośli. W jakimś momencie ich syn, ten, który został przez ojca skarcony, tuż przed lekcjami wdaje się z kolegami w najzwyklejszą bójkę. Ma siniaka pod okiem i obtarcie naskórka na żuchwie. Wchodzi do klasy, zaś jego obrażenia szybko dostrzega nauczyciel. Bierze dzieciaka na bok i pyta, co się stało…. Co? Mam kontynuować dalej, czy już się Państwo zjeżył Wam włos na głowie? I niech nikt nie mówi, że takie sytuacje nie będą miały miejsca.

A „misjonarz” będzie cały z siebie zadowolony z dobrze wypełnionego „posłannictwa”. A, ma się rozumieć, że onże, ów „misjonarz” będzie wiedział od rodziców dziecka, jak najlepiej go wychować i się nim zaopiekować. Przecież, on będzie miał to w ustawie. A pan Zenek będzie mógł dalej tłuc panią Zenkową i okradającego go syna. Nie bójmy się. Panu Zenkowi nic nie grozi. Jak to moi krajanie uwielbiają chodzić drogami na skróty.

Ocena wpisu: 
Brak głosów