Jack Vincent R. - nieusuwalny londyński destruktor

Obrazek użytkownika Arpad77
Kraj

„Nawet w gronie zupełnych miernot wyróżniał się swoją jeszcze większą miernością i każdy, kto się z nim zetknął, pozostawał pod wrażeniem jego nieprzeciętnej przeciętności” - to fragment opisu jednego z katatonicznie niezdarnych bohaterów kultowej powieści Josepha Hellera pt. „Paragraf 22”. Majorowi Majorowi poświęcono w owej książce cały prześmiewczy rozdział i był on oczywiście postacią fikcyjną. Ale w polskim rządzie egzystuje najprawdziwszy, niewydarzony merytorycznie obywatel, do którego powyższy cytat pasuje jak ulał: brytyjski minister finansów bez polskiego dowodu, Jack Vincent Rostowski (Rostovsky?) we własnej osobie, odtąd tytułowany jako JVR.

Różowo-czerwony PRL-Bis (urodzony gdzieś około 4 czerwca 1989 między Warszawą a Magdalenką) od 20 lat nie ma szczęścia do ministrów edukacji (z przerwą na prof. Legutkę), a także ma katastrofalnego wręcz pecha do ministrów finansów. Na tym wysoce odpowiedzialnym stołku zasiadają niezmiennie nieudolne, oportunistyczne i zazwyczaj antypolskie, serwilistyczne beztalencia (za wyjątkiem prof. Gilowskiej), cechujące się prawie zawsze niewykopywalnością z zajmowanej posady.

Ostatni nabytek w osobie JVR może śmiało aspirować do pobicia dna głębi Rowu Mariańskiego na oceanicznej mapie głupoty, nieodpowiedzialności i ignorancji. Po prawie dwóch latach jego kariery pod bitną ochroną ryżego i wiecznie uśmiechniętego, peruwiańsko-kaszubskiego „słoneczka” na podziałce skali kompetencji brakuje miary poniżej zera, by ocenić całokształt mierności dokonań naturalizowanego PO-laka (imported from London). Jak na niecałe 20 miesięcy działalności antydorobek tego pana jest tym większy, im bardziej chwali go wspomniane słońce Południowej Ameryki. Co z tego, że Donald wystawia mu „bardzo dobre oceny”, jeśli JVR de facto jest cieniutki jak kształt Chile na mapie światowej. W jego działaniach nie da się doszukać najmniejszego choćby pozytywu.

Podsumujmy pokrótce wachlarz dokonań brytyjskiego bufonowatego salonowca nie cierpiącego konstruktywnej krytyki. Gdy na jesieni 2008 kryzys się rozlewał i światowe załamanie było oczywistą oczywistością, to JVR forsował budżet na ten rok z prognozą 4,8 proc. wzrostu PKB, z deficytem 18 mld zł oraz świetlanymi oczekiwaniami co do przychodów podatkowych. PO-prawni pseudofachmani negowali istnienie zapadłego już wyroku o nazwie recesja, idąc w zaparte i oskarżając opozycję o destrukcyjne panikarstwo i histerię. Zamiast tego z mównicy sejmowej serwowano cyber-fabułę o dzielnym okręcie polskiej gospodarki, płynącym przez nawałnicę kryzysu. No to teraz sobie panowie rządzący zaśpiewajcie „Zostawcie Titanica, nie wyciągajcie go” - można też w wersji anglojęzycznej dla elektoratu PO z dwóch wysepek bliskich bankructwa, bądź również grypserą dla swojego elektoratu zapuszkowanego w pierdlach rozrzuconych po całym kraju (dla przypomnienia, PO-parcie zza krat bliskie 90 proc.).

Na początku tego roku doszła tragikomiczna błazenada z wpychaniem się do walutowego eurokołchozu na łeb, na szyję, drzwiami, oknami i szybami wentylacyjnymi. Odbywało się to na fali ogólnoświatowej paniki towarzyszącej kulminacji załamania wywołanego przez globalne panizraelskie bankierskie sitwy (wystarczy spojrzeć na nazwiska tych prawie wszystkich tycoons, gurus, prophets i innych „s”-ynów wypaczonego liberalizmu). Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł brać tego poważnie, mając choćby mgliste pojęcie o bezwładności biurokratyczno-proceduralnej towarzyszącej wchodzeniu do przedsionka euro (tzw. korytarz ERM2).

Skutkiem tego nieróbstwa i uprawiania fikcji ekonomicznej jest narastające społeczne zdegustowanie (w sponsorowanych sondażach tego nie widać), rozsypka budżetowa i gwałtowne poszukiwanie pieniędzy w kieszeniach wszystkich, byle nie swoich. O dymisji JVR mowy być nie może, bo platformerska wataha wie, że wówczas różowa padlina zacznie broczyć krwią i będzie to początek jej końca (pewnemu bufonowatemu ministrowi z tego rządu chodziło o dorżnięcie innej watahy; tymczasem słowa lubią się obracać przeciwko je mówiącemu... prawda towarzyszu Miller, niedoszły specjalisto od kończenia?). Deficyt spęcznieje do 40 albo i 50 miliardów, jednocześnie już słychać trzask terrorystycznego brukselskiego bata przywołującego nas do ichniego porządku w ramach (nie)równości pojmowanej po myśli franc-germańskiego dyktatu (grzecznie to się nazywa procedurą nadmiernego deficytu). Wizja inwazji euro się oddala i to jest chyba jedyny pozytywny efekt uboczny panującego u nas finansowego bajzlu. Zasypywanie dziury budżetowej o wymiarach odkrywki w kopalni Bełchatów odbywa się poprzez naprędkie darcie kasy z dywidend strategicznych spółek, w których Skarb Państwa stosuje prawo pięści, będąc większościowym udziałowcem (PKO, KGHM, PGE). Budżetowe kłamstwa i zaniechania mają bardzo krótkie nogi, bo pieniądze te zapadną się w czeluść, zamiast służyć tym spółkom do długoterminowych inwestycji infrastrukturalnych i powiększania swej konkurencyjności na mapie całej Europy.

Oprócz tego na początku lipca zapewne dowiemy się o podwyżce podatków, które i tak już są wysokie i wyganiają przedsiębiorczość do szarej strefy. Sprowadzenie do parteru urojonych parametrów ekonomicznych (dynamika PKB z 4,8 proc. w okolice 0) to tylko formalność, ale rok zapóźnienia zrobił swoje, generując miliardowe straty, ogólną niepewność jutra i w perspektywie nasilenie ucisku fiskalnego celem wyegzekwowania od szarych obywateli każdych 10 zł daniny, podczas gdy miliardy nadal są wywalane na KRUS, limuzyny dygnitarzy oraz groteskowe kampanie typu Polska w 2030 r. Okazuje się w tym wszystkim, że najlepszy zmysł ekonomiczno-gospodarczy wykazali politycy PiS, przestrzegając ubiegłej jesieni przed ryzykiem wielkiego rozminięcia oczekiwań z realiami. PO-prawne media jednak robią z Aleksandry Natalli-Świat kobietę umysłowo ułomną, dowodząc tym samym jedynie swojej własnej nieprzeciętnej ułomności, hiperserwilizmu i pseudodziennikarskiej stronniczości.

Tymczasem panujący nepoci zawsze swoje wiedzą najlepiej, po to by żyło się lepiej - ciekawe komu? Dziś JVR ponownie zachował swój tyłek głosami platformersów oraz pseudochłopskiej przystawki PSL mającej interes kraju dokładnie tam, gdzie jeden gej ma swojego drugiego partnera geja. Ofiarą rzekomego braku pieniędzy w kasie ministerstwa finansów padła telewizja publiczna pozbawiona środków, czego nawiasem mówiąc dokonano w oparciu o zdradę własnego koalicjanta. W każdym razie, jak się coś zacznie sypać mocniej, to się sklonuje Palikota, wyprodukuje całą ciężarówkę sztucznych fallusów i tym podobnych rekwizytów na jego poziomie, zapychając nimi czas antenowy celem uniknięcia dyskusji o prawdziwych problemach.

Podsumowując dotychczasowy ogół dokonań JVR, nasuwa się skojarzenie z rysunkowym kawałem A. Mleczki z czasów schyłkowej komuny: stoi dwóch towarzyszy nad muszlą do połowy zapełnioną gównem i jeden mówi: „Zobaczcie, ile już zrobiliśmy!”, na co drugi merytorycznie odpowiada: „Ale wciąż jeszcze zostało dużo do zrobienia”. Zważywszy, że kadencja tej ekipy jeszcze nawet nie jest na półmetku, to faktycznie nie sposób nie zgodzić się z drugim towarzyszem i aż strach pomyśleć ile jeszcze gówna zostanie zaserwowane nam jako Polakom i krajowi będącemu (w coraz mniejszym stopniu) odrębną jednostką administracyjno-gospodarczą. Chyba, że się znajdzie jakaś tajemna siła wewnątrz chłopoliberalno-koniunkturalnej koalicji, która zdecyduje się wyprowadzić JVR ze stołka, zamknąć klapę sedesu i spuścić to solidnym strumieniem z rezerwuaru. Niestety, ten sielski scenariusz jest nader mało prawdopodobny i zakrawa na cud, który zaledwie pustą obietnicą wyborczą na zawsze pozostanie.

Arpad77

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Nic dodać nic ująć - prócz wideł w łapy ;)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#24064

Oj jeszcze pozostało trochę gówna na resztę kadencji.. Ciekawe kiedy Lemingom zacznie cokolwiek śmierdzieć..?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Ratujmy Nasze Polskie Lasy!
AIM(S) - Artificial, Intelligent Moderation (System) © Gawrion

#24090