Kto tu z kogo robi jelenia?

Obrazek użytkownika Marcusso
Kraj

Od 16-go stycznia trwa organizowana rokrocznie od 2004r. kolejna hucpa pod hasłem „weź paragon”. Tym razem hasło jest jeszcze bardziej dosadne i mówi „nie bądź jeleń, weź paragon”. W ramach akcji ubiegłoroczne plakaty w urzędach skarbowych i na ich stronach internetowych zostały zastąpione tegorocznymi, w niektórych szkołach pracownicy lokalnej „skarbówki” prowadzą wykłady dla uczniów i nauczycieli o wyższości paragonu nad jakąkolwiek deregulacją bądź uproszczeniem, urzędowi kapusie zintensyfikowali swe poszukiwania przysłowiowej dziury w całym tj. sprzedawców którzy do sprzedanego towaru, choćby za kilkanaście czy kilkadziesiąt groszy, nie pofatygowali się dołączyć urzędowego świstka i podjęto parę jeszcze pomniejszych działań propagandowych i inwigilacyjnych. Akcję wsparli m.in. Business Center Club, lokalni urzędowi rzecznicy konsumentów, Federacja Konsumentów, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich i Andrzej Mleczko który nadał akcji „gębę” tj. oprawę graficzną propagandowych plakatów i ulotek. Oprócz rysunku Mleczki możemy na nich zobaczyć jakież to rozliczne i wspaniałe korzyści mamy mieć z tego że robiąc zakupy zawsze upomnimy się o paragon i weźmiemy go.
Tylko czy te korzyści aby na pewno właśnie my osiągamy? Przecież gdyby były one tak wyraźne i zauważalne dla kupujących to każdy sam by brał, a i upominał się o paragon. Ale mniejsza o to, rozumiem że kto sponsoruje propagandę ten sam chce z niej mieć zysk i nie zamierzam się nad tym rozdrabniać. Przyjrzyjmy się za to owym korzyściom jakie mamy rzekomo osiągnąć dzięki upominaniu się o paragon. Na pierwszym miejscu pada argument „ułatwiasz sobie złożenie reklamacji”. Bo też niby to i prawda, ale czy ktoś z was próbował reklamować artykuł spożywczy bo np. po otworzeniu pudełka ten okazał się nieświeży? W takim wypadku, słusznie zresztą, każda reklamacja zostałaby odrzucona już na starcie z powodu naruszenia oryginalnego opakowania - bo towaru nie można już oryginalnie zapakować do zwrotu lub dalszej sprzedaży. Do tego w razie większych zakupów, np. sprzętu elektronicznego gdzie chyba bardziej niż przy czymkolwiek innym należy i warto zadbać o możliwość dokonania reklamacji (piszący te słowa sam trzykrotnie się o tym przekonał), równie dobry jak paragon jest wypełniony należycie rachunek z pieczątką sklepu i podpisem sprzedawcy. A nawet lepszy bo, jak się okazało w połowie minionego roku, „duża ilość banknotów na całym świecie może być skażona bisfenolem A (BPA)” „analiza chemiczna 156 banknotów z 21 krajów wykazała, że wszystkie zawierały pewne ilości bisfenolu A. Badacze podejrzewają, że źródłem tego skażenia są rachunki otrzymywane w sklepach, które są wkładane do portfeli obok banknotów albo dotykane przed użyciem papierowych pieniędzy.” zaś „BPA jest jednym ze składników papieru termicznego, który jest używany do drukowania rachunków w sklepach” (cytat za PAP, kłamliwy zresztą bo nie chodzi o rachunki pisane odręcznie bądź na drukarce igłowej tylko o przymusowe paragony).
Dalej jesteś przekonywany że „masz możliwość porównania cen”. To też prawda, ale czy nie lepiej i rozsądniej porównywać ceny jeszcze przed zakupem interesujących nas artykułów? Są gazetki reklamowe i strony internetowe, nie tylko zresztą strony firmowe sklepów, ale też wyspecjalizowane w ekonomii porównujące ceny tych samych bądź podobnych do siebie produktów w różnych marketach, dyskontach i sklepach. I są wreszcie produkty tego samego rodzaju, ale w różnej jakości i od różnych producentów których ceny można porównać bądź to na regałach sklepowych bądź, w ostateczności, przy czytnikach cen.
Kolejnym mającym nas przekonać argumentem jest pogłaskanie nas po główkach przez Jana Vincenta R. i jego ferajnę słowami „wspierasz uczciwą konkurencję”. I znowu ten sam problem – oceńcie sami kto się wykazuje uczciwością, a kto nie: ten sprzedawca który daje klientowi możliwość czy ten chce, oprócz już oddawanych ok. 50-60% swoich dochodów, odbieranych na podstawie obowiązującego prawa i pod przymusem w formie rozmaitych podatków, parapodatków i przymusowych składek i kto wie czego tam jeszcze, czy tenże klient chce oddawać kolejne 23% na pastwę Donalda, Jana Vincenta R. całej reszty osobowości wartych w/w postaci na okołoministerialnych stołkach i coraz większej kadry urzędników państwowych – i to jest ta straszna choć jedyna zbrodnia którą można mu zarzucić, czy raczej ten sprzedawca który handluje towarami „made in China” wyprodukowanymi przez torturowanych więźniów z obozów pracy lub przez dzieci, a do tego zatrudnia obsługę sklepu „na czarno”. No dobrze, to ostatnie też jest zbrodnią przeciw aparaturze państwa polskiego, ale to już kompetencje ministra pracy i polityki społecznej, zaś z punktu widzenia Jana Vincenta R. (ależ mi się to nazwisko podoba), odpowiedź na pytanie o nieuczciwego handlowca jest oczywista. Co nie zmienia faktu że nie wiem jak Wy, ja jednak mam co do tego swoje votum separatum.
Kolejny argument jaki nam serwuje ministerialna propaganda to po części powtórzenie wymienionego powyżej, mianowicie znowu wyrażając się do nas per „ty” (jakby to faktycznie miało uprzyjemnić nam odbiór prezentowanych bredni) dowiadujesz się że „masz pewność, że nie zostałeś oszukany”. O niektórych metodach oszukiwania klienta przed chwilą się wyraziłem, nie będę więc tego powtarzał, ale nawiązując do wymienionych przed chwilą podatków, parapodatków, przymusowych składek i kto wie czego tam jeszcze, zapytam retorycznie: kto tu kogo tak naprawdę oszukuje na zakupach i w ogóle w kwestiach finansowych? Nad takim tupetem i arogancją, właściwą zresztą większości, jeśli nie całemu kartelowi polityczno-biznesowo-medialnemu który aktualnie (choć chwilowo) Polską rządzi, zwykłem przechodzić do porządku dziennego westchnąwszy tylko „wybacz im Boże, bo sami nie zdają sobie sprawy ze swej głupoty” - a w tym wypadku także z tego że urzędowy argument o oszukiwaniu to przysłowiowe przyganianie przez kocioł... nawet nie garnkowi, ale co najwyżej tygielkowi.
Ostatnim wreszcie argumentem przybocznych Jana Vincenta R. jest wskazujące „czarnego luda” tudzież kołtuna stwierdzenie że biorąc paragon „zmniejszasz szarą strefę”. Tyle tylko że w warunkach wysokich podatków CIT i PIT rzeczona szara strefa, podobnie jak m.in. korupcja czy system ulg podatkowych dla przedsiębiorców jest, by użyć porównania, smarem oliwiącym przerdzewiały mechanizm jakim jest podatek dochodowy, w dodatku progresywny. Nawet ekonomiści piętnujący zazwyczaj omijanie prawa w gospodarce są co do tego zgodni. Jak bowiem zauważył jeden z publicystów, różnica pomiędzy podatkiem liniowym, a progresywnym jest taka że podatkiem liniowym każdy jest obciążony proporcjonalnie w równym stopniu, zaś kwotowo lepiej zarabiający płacą więcej. Z kolei podatek progresywny płaci się tym niższy im wyższy ma się dochód, a najbogatsi nie płacą go wcale i jeszcze dostają gigantyczne zwroty podatku gdyż nie może on istnieć bez skomplikowanego i rozbudowanego systemu ulg dla firm – w przeciwnym razie zarżnąłby gospodarkę na amen. Zresztą, podobny efekt miałaby całkowita likwidacja szarej strefy.
Jakby na deser dostajemy pod przedstawionym powyżej wydrukiem, stylizowanym na świstek z kasy fiskalnej, podsumowanie o treści: „suma: czysty zysk”. Nie pisze przy tym jednak o czyj zysk chodzi co zresztą, jak to zostało powyżej wykazane, jest w tym wypadku w pełni uzasadnionym przemilczeniem.
W porównaniu do akcji „weź paragon” z minionych lat, tym razem treść propagandy uległa znacznej modyfikacji. W poprzednich latach hasła mówiły że: „możesz łatwiej dochodzić swoich praw”, „przyczyniasz się do likwidacji szarej strefy, tym samym i ty masz wpływ na zwiększenie nakładów na cele publiczne”, „masz pewność że sprzedawca stosuje zasady uczciwej konkurencji”, „masz możliwość rachunkowej i rzeczowej kontroli przeprowadzonej transakcji” i w końcu „możesz dokonać porównań cenowych na rynku”. Widać więc, że tym razem język propagandy jest mniej prawniczy, a bardziej, że tak się wyrażę, dostosowany do poczynionych pod przewodnictwem ministerki Katarzyny H. zmian w systemie oświaty.
Największą jednak różnicą, oprócz rysunku Mleczki i wzmianki o jeleniu, jest skasowanie profitu którego wątpliwość najbardziej rzucała się w oczy, mówiącego że „masz pewność, że zapłacony przez ciebie, naliczony w cenie i uwidoczniony na paragonie podatek, został zaewidencjonowany i będzie odprowadzony do budżetu państwa”. Mało kto przecież czuje się dumny dowiedziawszy się, mówiąc to samo, choć w odmienny nieco sposób, że ma pewność iż płacąc kolejny podatek utrzymuje coraz bardziej zuchwałych klasę polityczną, coraz większą kadrę darmozjadów na urzędniczych synekurach, coraz bardziej zdemilitaryzowaną armię narodową, że o pozostałych „korzyściach” wynikłych z płacenia podatków już nie wspomnę.
Chciałbym móc dumnie twierdzić, tak jak miałem ku temu możliwość przez dwa lata i mówiłem to głośno i wprost, że na takich ludzi jacy nami rządzą to i podatków płacić nie szkoda. Chciałbym czuć się dumny z bycia prawym i uczciwym obywatelem, także w kwestii płacenia wszystkich należnych podatków. Zdaję sobie jednak sprawę, że odkąd w Polsce wprowadzono komunistyczne prawa czyniące każdego obywatela przestępcą, a przynajmniej winnym wykroczeń kilka razy dziennie, zrealizowanie moich pragnień w tym kraju jest niemożliwe. Tym bardziej że, jak to ktoś plastycznie ujął, w 1989r. komuna w Polsce upadła... na cztery łapy.
„Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie” – mogę powtórzyć za Romanem Dmowskim, ale czy przestrzeganie każdego obowiązującego w Polsce prawa, którego w dodatku nie czytała nawet większość ustanawiających je, do tych obowiązków się zalicza – co do tego pewności już nie mam – a wątpliwości poważne.
Nikogo do czynienia bezprawia nie namawiam, za znacznie ważniejsze uważam jednak przestrzeganie wspomnianych obowiązków polskich przez obie strony – nie tylko przez szarych, zwykłych obywateli, ale także przez rządzących nimi i działających w ich imieniu.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jako gospodyni robiąca prawie każdego dnia zakupy, odpowiadam po długoletnim doświadczeniu.
Przy moim roztargnieniu i sklerozie :-) paragon ratuje moją kieszeń.
Dwa lata temu miałam sklep pod nosem i panią, która znała mnie wiele lat. Nie sprawdzałam i nie brałam paragonu, bo go nie dawała,nie używała kasy dla znajomych, a ja się nie śmiałam upominać.
Aż zaczęłam liczyć dokładnie po przyjściu ze sklepu i włos mi się postawił na głowie. :-( Kalkulator podręczny pani sklepowej potrafił pomylić się i o kilka zł.
Teraz jest duży sklep samoobsługowy i możliwość płacenia kartą. Odetchnęłam. :-) Biorę paragon i sprawdzam czy się maszyna nie pomyliła, wydatki wpisuję do zeszytu. Niestety, takie czasy, że trzeba pilnować każdego wydatku, by starczyło również na Internet ;-)
Wobec powyższego komunikuję:NIE ZREZYGNUJĘ Z PARAGONU! I nie uważam, że branie jego jest moim obowiązkiem, wręcz przeciwnie moim przywilejem :-) No! Choć raz Wincuś może być ze mnie zadowolony :-)
Dodam: Zdarzyło mi się zwrócić spleśniały twaróg czy śmierdzące jajka ;-)
Katarzyna

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Katarzyna

#223700