Zdrada Francji? - Moczulski w "Do Rzeczy"

Obrazek użytkownika Smok Eustachy
Historia

Francja i Anglia straciła możliwość zbrojnego wpływania na sytuację w Europie Środkowej w roku 1936 [remilitaryzacja Nadrenii]. Umacnianie przez Niemcy granicy zachodniej przekreśliło możliwości powstrzymania Niemiec przed zdominowaniem tego regionu. Sojusz Niemcy-ZSRS w ogóle przekreślał możliwość jakiegokolwiek realnego wpływu zachodnich demokracji na ten rejon [http://smocze.opary.salon24.pl/448485,armia-ii-rp-a-zychowicz]. Tezy, przedstawione przez Leszka Moczulskiego i Piotra Zychowicza w "Do Rzeczy" 31/2013 są zatem zaprzeczeniem rzeczywistości. Myślę sobie: jak można napisać książkę "Wojna Polska 1939" nie mając pojęcia, co się działo na zachodzie? Ale ludzie mówią, że jednak wie, tylko przekręca. Jeszcze gorzej. Jeśli Leszek Moczulski miał taką orientację w działalności politycznej, jaką prezentuje w swych wypowiedziach dla "Do Rzeczy" to nic dziwnego, że KPN sczezł.

Moczulski pomija milczeniem bezgraniczne zaufanie, jakim naród niemiecki obdarzył swojego Fuhrera. Hitler, niesiony społecznym entuzjazmem lekceważył żałosne kwiki swoich generałów, którzy obawiali się realizacji scenariusza, jaki się nam maluje: Francuzi atakują, przełamują, zdobywają w 3 dni. Oczywistym było, że ofensywa francuska jest nierealną mrzonką z przyczyn oczywistych, o których później. Francja nie byłą w stanie przejść przez Belgię (bo nie mogła i już), Belgia zaś zrażona francuskimi ustępstwami [data, złamanie Locarno] zrażona wybrała politykę neutralności. Belgowie w tych okolicznościach walczyliby z Francuzami. Pozostawał niewielki odcinek granicy francusko-niemieckiej od Belgii do Szwajcarii. Łatwy do obsadzenia i obrony. Wbrew temu co twierdzi Moczulski Niemcy mogli użyć na Froncie Zachodnim nie tylko Grupy Armii C ale i rozlokowanych tam odwodów Naczelnego Dowództwa, czyli nie 23, a 42 dywizje piechoty, wzmocnione wojskami fortecznymi. W następnej kolejności Niemcy mogły użyć odwodów przeznaczonych na Front Wschodni - 8. W następnej kolejności weszłyby odwody Grup Armii "Północ" i "Południe" - 11 dywizji piechoty i jedna pancerna. Dopiero teraz trzeba by wyciągać jakieś jednostki walczące. Przy czym przygotowań do znaczącej ofensywy Francuzi nie byliby w stanie ukryć i Niemcy mogliby dokonać przegrupowań wcześniej. Moczulski podaje, że dywizje Landwehry (w tym okresie już zniesionej) nie były w stanie walczyć z Francuzami, ale nie podaje już, ile dywizji francuskich nie było w stanie walczyć z Niemcami... Francuzi byli spóźnieni wszak z przeprowadzeniem mobilizacji i ich oddziały stanowiły jeszcze większy miszmasz, niż Rzesza. Rzesza byłą w stanie zaryglować bez większych problemów potencjalne uderzenia francuskie, wspierając się przerzuconym znad Polski lotnictwem. Owszem, trochę by to nam pomogło, ale niewiele. może ze 2 dywizje pancerne by Niemcy musieli wyciągnąć z Polski?

Czołgi

Czołgi w inkryminowanym okresie możemy podzielić w uproszczeniu na 2 grupy: piechoty i kawaleryjskie, przy czym w zasadzie wszystkie (za wyjątkiem 5 prototypowych krów) niemieckie możemy uznać za kawaleryjskie:

  1. PzKpfw I  - czołg szkolny, uzbrojony w dwie sikawki, niezdolny do zwalczania czołgów npla, wszedł do bitwy z konieczności.
  2. PzKpfw II  - półszkolny, miał już działko 20mm i był zdolny do zwalczania lekko opancerzonych celów. Załoga 3-osobowa i radio.
  3. Pzkpfw III - czołg średni, załoga aż 5 ludzi (słownie pięciu), we wrześniu 1939 roku występował w niedozbrojonej odmianie uzbrojonej w działko 37mm i karabiny. Miał radio.
  4. PzKpfw IV - czołg średni, załoga 5 ludzi, armata 75mm krótkolufowa, o której będzie dalej. Radio.
  5. Zdobyczne czołgi czeskie - Lt 35 i Lt 38.

Tymczasem Anglicy i Francuzi produkowali czołgi dwóch rodzajów: kawaleryjskie i piechoty. Tu typowym przedstawicielami są R-35 i Matilda. Nadawały się one do wspierania piechoty, pełzając z prędkością dostosowaną do przemieszczania się piechura. A czasem i to nie. Nie nadawały się do włączenia w skład dywizji pancernych, z uwagi na znikomą prędkość. Czyli nie liczą się jako składnik Wojsk Pancernych. O sukcesie Niemiec zadecydowało włączenie wszystkich czołgów do dywizji pancernych i lekkich, co zwielokrotniło ich możliwości. Przyjęta organizacja minimalizowała wady posiadanego sprzętu, a maksymalizowała zalety. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby Niemcy porozdzielali swoje czołgi po dywizjach piechoty po 30 sztuk to ich rola bojowa by była żadna. Przeciętna dywizja wyposażona w 27 działek pepanc 37mm, karabiny przeciwpancerne, armaty polowe bez trudu by sobie z nimi poradziła. Tymczasem nawet stare Panzery I z sikawkami włączone w skład dywizji i korpusów pancernych, wspierane Stukasami stanowiły ogromną siłę.

Wspomniany lekki czołg piechoty R 35 stanowi przykład biurokratycznego curiosum, pokazującego, w jak paradoksalny sposób z pozoru sensowny parametr staje się swoim zaprzeczeniem. Pojazd ten miał być silnie opancerzony, czyli musi mieć niewielką powierzchnię, czyli niewielką objętość i bardziej ogólnie - mizerne rozmiary. Słaby silnik i mizerna prędkość, szczególnie w terenie dodatkowo pogrążały tą konstrukcję. Francuskie biurokraty obcięły mu też lufę. Jak pisałem wyżej niemieckie czołgi posiadały armatki o długich lufach, celne na większe odległości. Pz IV miał armatę krótkolufową, ale konkretnego kalibru 75mm. Może i niezbyt celną na dystansie, ale za to silny pocisk miał duża siłę destrukcyjną, szczególnie użyty przeciw piechocie i umocnieniom. R 35 miał 37mm działko o krótkiej lufie, niecelne w walce z czołgami, za słabe do wsparcia piechoty. Pocisk odłamkowy miał siłę wybuchu porównywalną z granatnikiem piechoty 40mm, leciał trochę dalej i tyle. Jak zatem to-to miało wspierać własne odziały. Dwuosobowa załoga miała do wykonania te same zadania, co u Niemców pięciosobowa albo przynajmniej trzyosobowa. Czołg był tez za krótki i miał problemy z pokonywaniem okopów - zsuwał się zadem, dlatego dostał ogon. Najbardziej udany francuski czołg Somua miał silne uzbrojenie, prędkość, pancerz, ale tylko 3 załogantów (przypominam Niemcy pięciu w konstrukcjach o podobnej masie pancernego cielska ok 20 ton) - jednoosobowa wieża, czyli dowódca robił za trzech: dowódcę, celowniczego, ładowniczego. Nie było radiostacji czyli tank nie nadawał się do większych operacji.

Ciężki Char B1 Bis to szczytowe osiągnięcie francuskiej paranoi. Trzydziestodwutonowe cielsko, ale wieża jednoosobowa, czyli dowódca orbi za trzech.  W kadłubie druga armata, wydaje się, że jak przywali z siedemdziesiątki piątki to zostaną drzazgi. Ale z działa kadłubowego nie bardzo dało się celować. Prędkość mała, projektowany 15 lat, nie nadawał się za bardzo do wejścia w skład dywizji pancernych.

Pokraczność prezentowanych pojazdów francuskich przekłada się wprost na pokraczność doktryny francuskiej. Paranoja panująca tam jest u nas zbyt słabo znana. Nie jestem przekonany, czy Francja by była w stanie przejść przez linię Zygfryda w 2 dni nawet gdyby tam nie było jednego niemieckiego żołnierza. Doktryna taka. Powychodziła na jaw w czasie inwazji w 1940 roku. A to Francuzi nie mogli przeprowadzać kontrataków, bo najpierw musieli przeprowadzić ostrzał artyleryjski. Żeby przeprowadzić tenże ostrzał musieli wiedzieć gdzie, a nie wiedzieli. Zanim się zorientowali ot Niemcy albo sobie poszli gdzie indziej albo ich okrążyli. Myśliwce osłaniające wojska latały wg rozkazów z poprzedniego dnia, w międzyczasie front się przesuwał i latali już po stronie niemieckiej, ostrzeliwani z ziemi, a własne wojska bez osłony.

Armie

"Do Rzeczy" na stronie 35 zamieszcza mapkę z orientacyjną liczbą żołnierzy i sprzętu. Po naszej stronie jako czołgi liczą tankietki. To niechże po tamtej policzą też samochody pancerne. Konwencją już jest podawanie oddzielnie czołgów (200), tankietek i przestarzałych gruchotów FT 17. Te ostatnie były tak wolne i awaryjne, że wliczanie ich do ogólnej liczby czołgów jest tylko czczym nabijaniem statystyk. Niemcy takich gruchotów nie mieli bowiem wcale. W owym czasie tankietkę zaś definiujemy jako pojazd pancerny o mniejszej masie niż czołg, na ogół bez obracalnej wieżyczki, nieodporny na ostrzał z karabinów (w tym maszynowych) w pełnym zakresie. Definicja ta jest niedoskonała nieco, ale za to jest reakcją na próby zaliczania Pz I do tankietek. Zamiast kolorowania mapki flagami mogli zaznaczyć, kto i gdzie stacjonował. Armia brytyjska, nieprzerzucona jeszcze, w inkryminowanym okresie jeszcze się nie liczy. Ale sztuka jest sztuka. Czołg na Linii Maginota, pod Paryżem, w Anglii liczymy tak samo. A że ten z Londynu nigdzie nie zdąży to szczegół. Jakby w Honolulu stał to też by doliczali?

Zychowicz podaje, że 16 września płk Jaklicz otwiera butelkę szampana, upojony polskim tryumfem. Tylko połowa armii zmarnowana, została jeszcze druga połowa. Ale za to Francuzi mają ruszyć nazajutrz. Moczulski podaje, że mogli przełamać obronę Niemiecka w 2 dni. A nie powie, jak taka ofensywa miałaby wyglądać? Najpierw piechota powinna doczłapać do Linii Zygfryda. Potem zaczyna się okopywać, budować umocnienia itp. W tym czasie trzeba dowieźć na pozycje wyjściowe ciężkie działa. Potem odpowiednie zapasy amunicji do nich. Samo pisanie rozkazów zajmie z tydzień. A przygotowania bliżej nieokreśloną liczbę dni, tygodni, miesięcy. Dopiero potem można rozpocząć szturm na bunkry wroga. Dowożenie amunicji to już pod niemieckimi bombami, czyli nierealne.

Ale Francuzi mieli rozpocząć działania ograniczonymi siłami już wcześniej [data-termin]. Ograniczone siły to kilka korpusów wzmocnionych działami. Mogły one bez problemu dojść do głównej pozycji niemieckiej i w jakichś punktach rozpocząć jej szturmowanie. Takich działań nie przeprowadzili jednak. Czyli widoczne było grubo przed 16-stym, że obietnice francuskie to  lipa.

O tym, że Francuzi nie są w stanie zdążyć nasi wiedzieli już dużo wcześniej. Rydz-Śmigły dostawał raporty od obserwatorów ćwiczeń francuskich, że tempo jest potwornie powolne i ospałe. Zajmował się raczej ukrywaniem swojej niekompetencji.

Tymczasem rozmaite frankofony podnoszą zastrzeżenia, ze zobowiązania francuskie nieratyfikowane. W zaistniałych okolicznościach jak Francja nie chciała ich dotrzymać to powinna od razu powiedzieć, że nie dotrzyma. Skoro wypowiedziała wojnę Niemcom to zaczęła je realizować i brak ratyfikacji niczemu tu nie przeszkadzał.

Mamy bowiem trzy najważniejsze grupy: frankofony, germanofile i komuchy. Frankofony opiewają stanowiska Francji i są aktywne na forum dws.org.pl. Germanofile jak Zychowicz pomijają zbrodnie III Rzeszy, która była ucieleśnieniem miłości Narodu Niemieckiego do Fuhrera. Odpowiadają obecnym nastrojom europejskim. Komuchy wiadomo - zwolennicy Stalina i jego mordów i rzezi. Eksterminacji. O Polsce i Polakach myśli mało kto.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

 

 

Nathanel

Nie da się iść dwiema drogami na raz.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#378541

"Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1972 r. i cały nakład został natychmiast sprzedany. Po interwencji ambasady radzieckiej książka stała się przedmiotem totalnego ataku ze strony władz i środków przekazu. Na polecenie Ministerstwa Kultury wycofano ją z obiegu."  Atak trwa.

cui bono

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-1

cui bono

#378565

skoro zarzucasz Moczulskiemu brak wiedzy nt. sytuacji na Zachodzie w latach 1933-39.

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#378648