O czym marzy premier Izraela?

Obrazek użytkownika piotr.wolejko
Świat

Niepokojące wieści dla izraelskiej prawicy oraz pro-izraelskiego lobby w Stanach Zjednoczonych nadeszły w ostatnich dniach z Europy. Choć Izraelczycy przywykli do lekceważenia europejskiego głosu w sprawie Palestyny, trudno przejść im do porządku dziennego nad wypowiedziami Catherine Ashton i Miguela Moratinosa.

Europa krytykuje, Izrael nie reaguje

Ashton, nowa "minister spraw zagranicznych UE" potępiła izraelską okupację ziem palestyńskich, domagała się zniesienia blokady Strefy Gazy oraz skrytykowała tzw. Mur Bezpieczeństwa. Moratinos, minister spraw zagranicznych Hiszpanii, która od 1 stycznia przejmuje unijną prezydencję, zapowiedział natomiast poparcie dla idei powstania państwa palestyńskiego jeszcze w 2010 roku. Jeśli dodamy do tego nieprzyjemną dla obecnego rządu Izraela postawę przewodzącej unii Szwecji, otrzymamy niepokojący miks oburzających izraelską prawicę poglądów. Oczywiście, należy być umiarkowanie sceptycznym co do możliwości wpłynięcia Europy na Izrael, ale nastawienie krytyczne do poczynań tego państwa wobec Palestyńczyków staje się coraz powszechniejsze (pomijam tu całkowicie nakaz aresztowania ex-premier Cipi Livni, wydany przez brytyjski sąd).

Tymczasem Izrael, jakby nigdy nic, podgrzewa atmosferę dotyczącą drugiego "niekończącego się kryzysu", tj. irańskiego programu atomowego. O czym marzy premier Netaniahu? Najpewniej o wymazaniu z mapy irańskich instalacji nuklearnych i o tym, aby nastąpiło to jak najszybciej.  Izraelską wykładnię prezentuje Caroline Glick na łamach Jerusalem Post, w niezwykle interesującym artykule .

Zły Eisenhower

Już sam tytuł tekstu jest intelektualną prowokacją: Rozważyć ponownie kampanię sueską. Czyli atak Izraela, Wielkiej Brytanii i Francji na Egipt w 1956 roku, będący efektem znacjonalizowania Kanału Sueskiego przez władze Egiptu. Mimo sukcesu militarnego trójka agresorów poniosła polityczną klęskę, gdyż ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Dwight Eisenhower, był bardzo krytycznie nastawiony do całej operacji. Pod naciskiem Ameryki agresorzy wycofali się z podkulonym ogonem, a twarde stanowisko Eisenhowera wobec agresji jest ważną cezurą, do której Glick nawiązuje w swoim artykule.

Postawa legendarnego dowódcy wojsk sprzymierzonych podczas drugiej wojny światowej, gen. Dwighta Eisenhowera, wobec izraelsko-brytyjsko-francuskiego ataku na Egipt jest bowiem ostatnim tak zdecydowanym sprzeciwem wobec działań Izraela. Eisenhower w ogóle nie był wielkim zwolennikiem bliskich stosunków Ameryki z Izraelem, starając się prowadzić na Bliskim Wschodzie zrównoważoną politykę, której nadrzędnym celem było powstrzymanie sowieckiej ekspansji. Prezydent Eisenhower postawił się Izraelowi, jego następcy nie potrafili tego zrobić.

Efektem ustępliwości przywódców USA wobec Izraela jest obecne poczucie bezkarności i pewność, że Ameryka nie zrobi niczego wbrew interesom Izraela (nawet jeśli jakieś posunięcie byłoby korzystne dla Ameryki). Doszło nawet do tego, że to Izrael decyduje, co Ameryka może zrobić w regionie. Krytyczne podejście do tego tematu zaprezentowali m.in. politolodzy Stephen Walt i John Mearsheimer, których książkę " The Israel Lobby and U.S. foreign policy" dość obszernie omawiałem  na swoim blogu w grudniu 2008 r., m.in. tutaj .

Obama to nie "Ike", uderzyć na Iran!

Jednak, optymistycznie dla izraelskiej prawicy i premiera Netaniahu, komentatorka Jerusalem Post wskazuje, że Obama nie jest Eisenhowerem. Legendarny generał, zauważa Glick, był nietykalny w kraju i na świecie. Obama natomiast ma ledwie 50-procentowe poparcie w zaledwie 11 miesięcy od objęcia urzędu. Autorka pięknie powiązała 26-procentowe zrozumienie Amerykanów dla przyznania Obamie pokojowej nagrody Nobla z jego brakiem wiarygodności w polityce zagranicznej, chapeau bas Pani Glick!

Co z tego wynika? Obama jest słaby i można, nie - nawet trzeba! - wykorzystać nadarzającą się okazję, by zlikwidować największe, śmiertelne zagrożenie, jakim dla Izraela jest irański program nuklearny. Dawid Ben-Gurion, premier Izraela podczas kampanii sueskiej, podjąłby ponownie decyzję o agresji na Egipt. Nie wahałby się także uderzyć na Iran, twierdzi publicystyka, mobilizując obecnego szefa rządu, Beniamina Netaniahu, do wysłania izraelskiego lotnictwa na irańskie niebo.

Aby zagęścić atmosferę izraelskie media, w tym przypadku portal DEBKAfile, publikują informacje o zaawansowaniu irańskich rakiet Sidżil-2, które podobno radzą sobie z systemami antyrakietowymi Izraela (Arrow) oraz Stanów Zjednoczonych (Patriot, THAAD czy Aegis). Test takiej właśnie rakiety Irańczycy przeprowadzili kilka dni temu, a największy polski portal Onet.pl straszył czytelników, że Sidżil stanowi zagrożenie dla Europy. Niestety, Onet.pl nie wyjaśniał, dlaczego Iran miałby Europę atakować. W tym samym artykule DEBKAfile przypomina o nieudolności Amerykanów i o kolejnych miesiącach spokoju danych Iranowi przez administrację Obamy, która próbuje porozumieć się z Teheranem.

Krótkoterminowa korzyść, długofalowe straty

Jak zwykle, pisząc o irańskim programie atomowym i możliwym ataku izraelskim (lub amerykańskim) na irańskie instalacje nuklearne powtórzę, że opcja militarna przyniesie niewiele pożytku. Przede wszystkim może cofnąć dość zaawansowane postępy gnicia reżimu od środka i odwlec zmiany, które nieuchronnie się zbliżają. Warto także zastanowić się, jakie byłyby regionalne konsekwencje nalotów na Iran. Tutaj skłaniam się do tezy, iż Teheran nie próbowałby zanadto odpłacić "pięknym za nadobne", gdyż przyniosłoby to mu więcej strat niż korzyści. Mogą zawieść także sojusznicy (Hezbollah, Hamas, Syria), niechętnie patrzący na możliwość frontalnego starcia z izraelską armią i służbami specjalnymi.

Naloty mogą cofnąć irański program atomowy o kilka lat, nie wywołując jednocześnie wstrząsów wtórnych w regionie. Cofną jednak nadchodzące zmiany reżimu irańskiego, a patrząc na obecne władze islamskiej republiki, prace nad atomem byłyby kontynuowane ze zdwojoną siłą. Kupowanie czasu kosztem wzmocnienia władzy twardogłowych w Iranie wydaje się kiepskim pomysłem.

Trudno w ogóle rozważać uderzenie na Iran tuż przed uroczystościami pogrzebowymi zmarłego wielkiego ajatollaha Alego Husajna Montazeriego, szanowanego teologa i jednego z największych krytyków systemu rządów w Iranie oraz ekipy prezydenta Ahmadineżada. Do Kom, gdzie odbędą się uroczystości, ściągają tysiące Irańczyków. Władze obawiają się, że opozycja wykorzysta okazję do zamanifestowania swojej siły. Atak, nieważne przez kogo dokonany, ułatwi władzom represje wobec opozycji, jednocześnie zbliżając obywateli do rządzących w obliczu zewnętrznego zagrożenia.

Lepiej więc, aby Netaniahu nie próbował odgrywać roli Ben-Guriona i wykorzystywać domniemanych ani rzeczywistych słabości Obamy, który bez wątpienia nie jest i nie będzie Eisenhowerem. Krótkoterminowo Izrael na tym zyska, długoterminowo stracą wszyscy w regionie.

Piotr Wołejko

grafika: jpost.com

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna :


Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

żydowski. To było oczywiste. Patriotyzm czy nacjonalizm - to bez znaczenia. Dla lewactwa to jedna i ta sama rzecz. Najbardziej żal mi tylko tych [tu epitet dotyczący rozumu] Żydów, którzy są z lewactwem za pan brat.

Ale to dopiero początek boleści. Najlepsze jest to, że już nie da się tego powstrzymać. Obojętnie czego by nie robili to i tak nie mają szansy. Nikt jej już nie ma. Był czas w przeszłości.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#41000

Głosi Pan w nim tezę, że reżim irański jest "gnijący od środka". To - moim skromnym zdaniem oczywiście - dość ryzykowna teza. Reżim irański poradził sobie bardzo dobrze z ostatnimi niepokojami społecznymi (przez "bardzo dobrze" rozumiem "skutecznie"), utrzymuję kraj w jako takim stanie (pomimo sankcji i wysiłków Zachodu), prowadzi potwornie kosztowny program atomowy nie mówiąc już o zbrojeniach konwencjonalnych. Tzw. poparcie społeczne ma dosyć duże mimo wysiłków liberalnych zachodnich mediów starających się by było inaczej. Mówiąc krótko, Iran jest czołowym graczem w lokalnej lidze i trudno mi dostrzec - przy mojej całej antypatii do tego reżimu - jakieś oznaki jego gnicia.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#41037

Dogorywająca gospodarka, bezrobocie wśród młodzieży, ogólny brak perspektyw, irytujące młodych zakazy i nakazy religijne (coraz ściślej egzekwowane), korupcja etc.

Władza także nie jest monolitem. Nigdy nim nie była, ale obecnie, po wyborach w czerwcu i kilkutygodniowych protestach, widać wyraźnie linie podziału. To, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach to coś w rodzaju puczu twardogłowych wraz z elementami wojska. Jednak klerycy w Kom nie są zachwyceni Ahmadineżadem, a zaczynają nawet podważać kompetencje rahbara Chameneiego. Od razu przypomina się, że Chamenei tak naprawdę nie jest nawet ajatollahem.

Opozycja rośnie w siłę, ale jeśli ktoś wierzy, że reżim upadnie szybko i nagle, to się mocno zdziwi. Przemiany w Iranie nastąpią, ale jeszcze chwilę to potrwa. Drugim zawodem może być kierunek przemian, gdyż opozycji chodzi raczej o reformę obecnego modelu niż budowanie czegos nowego na gruzach dotychczasowego systemu politycznego.

dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
PW

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#41085

Sądze, że dobrym komentarzem będzie film dokumentalny o prostytucji w Iranie:

http://religiapokoju.blox.pl/2009/05/Iran-Prostytucja-za-zaslona-film-dokumentalny.html

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#41109