Sen o Rio

Obrazek użytkownika wojcicki
Idee

Na specjalnie zwołanym przez redaktora Tadeusza Mazowieckiego zebraniu nasi szczęśliwcy spotkali się z nami młodymi i uśmiechając się niby do nas, ale raczej do siebie mówili o swojej radości, nazywając ja chyba zaszczytem czy wyróżnieniem i takie ecie-pecie, jak to zwykle bywa. My też wpatrzeni w onych (już onych???) czekaliśmy na deklaracje i nie ruszaliśmy się z miejsc tak długo aż się doczekaliśm

 

Pogoda była nijaka, część drogi jechałem autobusem, resztę pokonałem pieszo i znalazłem się chyba na Kościelnej. Szukałem pani dyrektor L., miałem zapisane jej nazwisko, a nawet telefon i chciałem się spotkać, abyśmy wyjaśnili jakieś ważne kwestie sprzed lat, które chyba mnie męczyły, chociaż nie byłem spięty i zdenerwowany.

Stałem na piętrze, a właściwie przy balustradzie, okalającej klatkę schodową, zastanawiając się jak się ten element architektoniczny nazywa. Stały tam biurka, a wokół były pootwierane pokoje urzędników też z biurkami, bo niby jakżeby nie. Stałem i czekałem, az ktoś litościwie wskaże mi drogę do gabinetu dyrektor L. W pewnym momencie przyszła mi do głowy , w kategorii sennej, genialna myśl i spytałem przechodzącej obok dziewczyny czy na pewno pani L. tu pracuje? Tak, pracuje w tej instytucji, ale w innym jej biurze i podała mi adres jakiś, chyba  w okolicach Nowego Światu i Wareckiej czy sam nie wiem gdzie, może gdzieś na obrzeżach miasta np. w Wawrze?

Wybiegłem z Kościelnej i skręciłem w kierunku postoju taksówek na rogu Długiej i nie pamiętam jakiej. Mijałem restauracyjny ogródek, słysząc dziewczyny mówiące po portugalsku, ubrane w brazylijskie suknie z dekoltami. Rzuciłem w ich kierunku jakieś pełne sympatii zdanie i przyspieszyłem kroku. Usłyszałem za mną szybkie i drobne kroki oraz pytanie „Do you speak English?” bez „sir” przed znakiem zapytania. Potwierdziłem i wdałem się w dość bezładna konwersację o moim zachwycie kultura iberoamerykańską w ogóle i brazylijską tez, z pełnym poszanowaniem jej odrębności i przynależności do tradycji nieznanego mi języka portugalskiego w jeszcze bardziej nieznanej mi wersji brazylijskiej (pewnie się nawet taka wersja nazywa i od razu wiadomo, ze to po brazylijsku, którego nie ma).

Trochę mnie zirytowała piękna (bo taka była) rozmówczyni, że nie zareagowała na nazwisko: Joao Guimaraes Rosa ze wszystkimi odpowiednimi ptaszkami nad „a”. Dodałem z rosnąca złością: „No ten od Wielkiego Pustkowia” i jeszcze rzuciłem jak hasło „Soropita. Buriti” czyli tytuły opowiadań z cyklu „Corpo de Baile”, które dały pisarzowi światowy rozgłos.

„Dziwnych pisarzy pan wynajduje” – skwitowała moje erudycyjne wytryski. Pobiegłem do taksówki.

Stanęliśmy pod piętrowym budynkiem w owym hipotetycznym Wawrze. Tak, była tam dyrektor L., a może nie było jej, ale tak jakby była, gdyż miłe, uśmiechnięte urzędniczki z powodzeniem ją zastąpiły wypytując mnie z czym przyszedłem i wysłuchując z nieudawanym zainteresowaniem mojej opowieści. No, może jednak i ta L. była, ale taka jakaś nie zindywidualizowana, niezauważalna, albo była zbiorową emanacją owych niestandardowo życzliwych pracownic.

Sprawa była niecierpiąca zwłoki. W 1981 r. pracowałem w Tygodniku Solidarność, a czas był gorący jak jasny gwint. Pewnego dnia Stacha powiedziała mi w tajemniczym uniesieniu, że czy wiem, iż kilkoro naszych koleżanek i kolegów jedzie na stypendium na zaproszenie władz brazylijskich do Rio de Janeiro, co już samo w sobie brzmiało i tajemniczo i sensacyjnie. Mieli jechać tacy bardziej – jak wyraziła to Stacha – „zasłużeńsi”, Artur Hajnicz, Wiesia Grochola, Waldek Kuczyński i tede. Oboje skonstatowaliśmy, że są wybrańcami losu, bo losem nazwaliśmy czynnik sprawczy.

Na specjalnie zwołanym przez redaktora Tadeusza Mazowieckiego zebraniu nasi szczęśliwcy spotkali się z nami młodymi i uśmiechając się niby do nas, ale raczej do siebie mówili o swojej radości, nazywając ja chyba zaszczytem czy wyróżnieniem i takie ecie-pecie, jak to zwykle bywa. My też wpatrzeni w onych (już onych???) czekaliśmy na deklaracje i nie ruszaliśmy się z miejsc tak długo aż się doczekaliśmy:

„Kochani – powiedzieli oni też przez swoją jednoosobową emanację, niech na przykład będzie nią słodko uśmiechający się pan Artuś Hajnicz – jasne, że o was nie zapomnimy. Naszym celem będzie stałe porozumienie z władzami Rio o współpracy stypendialnej między nimi, a opozycją demokratyczną w naszym kraju. W ramach tych negocjacji w sposób stanowczy zawrzemy kwestię wysłania każdego z was obecnych tu na podobne stypendium do bratniej Brazylii”.

Odetchnęliśmy z ulgą, będzie sprawiedliwie. Bardzo im onym ufaliśmy. Chyba jeszcze nie wiedzieliśmy, przynajmniej nie wszyscy, że chodzi o żłób, a przy żłobie nie ma miejsca dla wszystkich, oprócz stypendystów.

Moja opowieść o dawnych czasach bardzo spodobała się paniom urzędniczkom. Ale jedna z nich (czyżby wyemanowana dyrektor L.) spytała się mnie o co mi właściwie chodzi, czego tak naprawdę chce się dowiedzieć? To przecież dawne czasy, trzeba żyć dalej, a nie tkwić przycumowanym  do przeszłości, choćby była kontrowersyjna. Właśnie tak powiedziała, „kontrowersyjna”. Nie warto być przycumowanym do kontrowersyjnej przeszłości, bo czemu to może służyć?

Spodziewałem się takiego pytania i wiedziałem, że bardzo nie lubię odpowiadać na tak zadane pytania. Tak odpowiedziałem:

„Wiem, częściowo ma pani dyrektor rację. Nie trzymałem się z kurczową bezradnością przeszłości, szedłem swoja drogą, wiele ciekawych zdarzeń przeżyłem i było mi dobrze. Ale chciałem owych szczęśliwców zapytać czy przynajmniej starali się rozmawiać o nas młodych z władzami Rio. A może nawet maja zaprotokołowane negocjacje w naszej sprawie. Chodzi mi o ich onych wiarygodność. I tylko tyle, i aż tyle”

Dlatego postanowiłem wywołać tę sprawę na wokandę. A „Titao Passo – pisał Rosa w Wielkim Pustkowiu – człowiek w swej prostocie roztropny uznał moja myśl za słuszną. Inni również. (…) Przyznam, że miałem niepomierną satysfakcję, bo najwięcej radości sprawia zaspokojona próżność. (…) Obudziły się wyrzuty sumienia, tyle grozi niebezpieczeństw, ciężkie przed nami życie, a ja dla drobnych przyjemności obmyślam wykręty i kruczki. Zawsze taki byłem: beztroski, niestały. Ale moja rada wywarła skutek: nowe rozkazy. Titao Passos wysłał dwóch zwiadowców na dwie różne strony, a my oczekując ich powrotu z wielkim ukontentowaniem odpoczywaliśmy jeszcze pięć dni u czarnego Pedro de Rezende.(…) Nie żałuję tych dni – były inne niż wszystkie pozostałe dni życia”. (tłum. Helena Czajka).

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)

Komentarze

Bo nie widzę, a tak podobno tęskniono za mną!. Nie, no wiem, ze to jest automatyczne wezwanie do aktywności: "Blogerze, dawno cie u nas nie było...", czy cos w tym guście....

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1533870