Alkoholizm intelektualny i polityczny

Obrazek użytkownika wojcicki
Kraj

 

Alkoholizm intelektualny i polityczny

Doskonale wiadomo, co musi zrobić alkoholik, chcący zmienić swe życie na lepsze i wiadomo też, że innej drogi ku poprawie nie ma. Otóż musi wziąć na twarz prawdę o swoim nałogu - ze wszystkimi takiego kroku konsekwencjami.
W przeciwnym wypadku pozostanie w beznadziejnie splątanej sieci fałszu i zaprzeczeń, i będzie nadal tkwił w stanie czynnej choroby.

Profesorowie i dziennikarze, tworzący lobby protestu antylustracyjnego i przeciwników składania oświadczeń wydają się być całkowicie odporni na tę wiedzę. Zachowują się jak zaatakowani faktami alkoholicy, zachowują się tak, jak ja bym się zachował dwadzieścia kilka lat temu, utwierdzając się w przekonaniu o własnej niezawisłości i integralności wewnętrznej, o jakości nieskażonego "ja", zagrożonego zewnętrzną opresją.
Nie bez przyjemności poddając się alkoholowej gorączce miewałem chwile spotkań z jakimiś ludźmi z innego świata, ze świata, zwanego trzeźwym, nastawionymi krytycznie (aczkolwiek tolerancyjnie) do procedury, w jaką ująłem swoje życie. Ci najmądrzejsi z rozmówców nie oceniali mnie, a jedynie prezentowali oczywiste fakty, które jak najbardziej przemawiały przeciwko mnie - ujmijmy to górnolotnie - jako jednostce ludzkiej.
I jakże ja - intelektualny czaruś, salonowy "błyskotliwiec", chyba ze szczerą sympatią traktowany przez ludzi z tzw. towarzystwa, a jednocześnie ulubieniec meliniarzy i niekoniecznie atrakcyjnych meliniarek z ulicy Dobrej, Łuckiej, Pereca i kilku ulic praskich z Brzeską na czele - a więc, i jakże ja reagowałem na oczywiste fakty i jeszcze bardziej oczywiste argumenty z owych faktów wynikające, wypowiadane przecież spokojnym głosem przez spokojnych, myślących ludzi???
Reagowałem totalnie - bezlitośnie ciąłem zarzutem agresji, skierowanej przeciwko mojej odrębności osobowej i jednostkowej niezależności. Miażdżyłem Bogu ducha winnego interlokutora przypisaniem mu zamiaru odarcia mnie ze wszystkich możliwych i niemożliwych atrybutów godności ludzkiej, wmawiałem mu niecny zamiar dokonania psychicznej, mentalnej i umysłowej "urawniłowki", obdarzałem go podejrzeniem o chęć dokonania kastracji wyobraźni, rozumu oraz wszelkich objawów twórczego indywidualizmu, a także o chęć napiętnowania mnie żółtą gwiazdą inności i wystawienia mnie zakutego w pręgierz na publiczną agorę.

Czułem rozpierającą mnie dumę z mojej śmiałej pryncypialności, z mojej absolutnej wyższości nad marnym sługusem rozumu, a może nawet pachołkiem - broń Boże - rozsądku.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że właśnie grzęznę w bagnie fałszu i zaprzeczeń - to bym mu pokazał, gdzie raki zimują i pewnie znowu odczułbym pełnię satysfakcji, jaką daje poczucie własnej wyjątkowości.

Jakimi torami podążały, moje myśli (moje uzasadnienia), moje emocje czy raczej śladowe przebłyski uczuć, że tak to sobie zręcznie wszystko wykombinowałem na mój zafajdany użytek?

A co z kolei buzowało w owym nieszczęsnym księdzu Czajkowskim, że robił przez lat dwadzieścia kilka to, co robił, a potem przez ładny szmat czasu na różnych łamach i ekranie nadmuchiwał moralną banię z miną zadowolonego z siebie eksperta do spraw ogólnoludzkich? A jaką pompą szprycował się pisarz Szczypiorski, że znalazł w sobie tyle siły, aby prawić kazania, oświecające lud telewizyjny?

Minęły lata i mogę znów zapytać, co łyknęła tak lubiana przeze mnie Pani Profesor, jakim uraczyła się miazmacikiem, zmieniającym świadomość, aby wymyślić argument obronny w postaci określenia "profesor nie-agent", którym jakoby miałaby być napiętnowana, gdyby podpisała oświadczenie lustracyjne?
To tak, jakbym słyszał siebie sprzed lat, siebie tkwiącego w stanie, który uważałem za wyjątkowo mnie wyróżniający. Człowiek bez właściwości przyswajania faktów (no, dobrze - niektórych faktów).

Nastąpił jednak moment, że podołałem prawdzie i skwituję rzecz krótko - jest mi z tym znacznie (niebotycznie) lepiej.

Natomiast w sferze publicznej nastąpił moment, że niejaki Andrzej Olechowski wziął na twarz prawdę ze wszystkimi jej konsekwencjami (i kto by się tego spodziewał po tym niezwykle obytym, cynicznym salonowcu). Można go nie lubić za wiele cech, czy poglądów, ale okazał się jednym z niewielu trzeźwych na tej upojnej imprezie, zwanej życiem politycznym. Odcierpiał swoje - to znaczy z kamiennym spokojem przez kilka lat odpowiadał na pytania dziennikarzy na temat swojej agenturalnej przeszłości. Później wszystko umilkło i w ten sposób polityk ten odzyskał błogi spokój - jest kryty, nikt mu nic nie zarzuci, nikt mu krzywdy już nie zrobi, a co najważniejsze - on sam też nikomu już nie zaszkodzi.

No, może wyszedł tu ze mnie skrajny optymista, ale niech tam.

Ocena wpisu: 
Brak głosów