Religia. Racja stanu, kariery,przekonan...

Obrazek użytkownika Zygmunt Zieliński
Kraj

Anima naturaliter Christiana – powiedzenie sięgające starożytności, bo pochodzące od apologety Tertuliana (+240 po Chr.) straciło może swe pierwotne znaczenie, gdyż Tertulian przeciwstawił duszę chrześcijanina duszy poganina, chcąc przekonać, że człowiek ma z natury w sobie presumpcję Boga jedynego. Co prawda, Jahwe u Żydów także potwierdzał monoteizm, potem w islamie było podobnie. Ale w kulturze śródziemnomorskiej teza Tertuliana utrwaliła się w nieco zmienionym znaczeniu. Rozumie się ją jako religijność jednostki. Jest przeciwstawieniem ateizmowi, odrzuceniu Boga. Można by to ująć w sposób może nie dosłownie odpowiadający temu co powiedział Tertulian, ale co wyraża jego stwierdzenie: w duszy ludzkiej mieści się potrzeba Boga, dopóki człowiek jej nie przepędzi.

Ciekawie sprawa ta wygląda w przypadku osób, którym z takich czy innych względów nie wypada zamykać sprawy swego stosunku do religii wyłącznie w swej prywatności. Nie chodzi tu oczywiście o to decet – wypada – w przypadku ludzi polityki obozu konserwatywnego, czy też uznającego zaplecze ideologiczne w postaci jakichś wartości transcendentnych, sięgających poza granicę doczesności. Nie dotyczy też tych, którzy z urzędu, czy prywatnie wyznają materializm filozoficzny i przyjęli go jako swój znak rozpoznawczy, co z góry wyklucza jakiekolwiek związki z religią. Tak było, i chyba jest, w systemie komunistycznym i jemu podobnych. Mówiąc o sprawie przekonań religijnych mamy zatem na myśli zarówno ich akceptację jak też i odrzucenie.

Religia nie znosi jednak połowiczności, albo się ją przyjmuje albo odrzuca. Racje takich postaw są tu drugorzędne. Argumenty za i przeciwko istnieniu Boga równoważą się. Powoływanie się zatem na ratio – rozum w obu przypadkach niczego nie wyjaśnia. Wywód teoretyczny ateisty będzie bazował na filozofii, człowiek wierzący też do niej sięga, ale odwoła się w pierwszym rzędzie do Objawienia. Dyskurs taki nie może zbaczać na ścieżki argumentacji ad hominem, co wszakże często się dzieje, bo w obu przypadkach wyznawane przekonanie kształtuje życie. Dojrzały intelektualnie wybór doczesności zamykającej krąg ludzkiego życia lub też opcję eschatologiczną omijają na ogół sytuacje, w których na czoło wysuwa się pragmatyzm. Tak jest zwłaszcza w przypadkach, kiedy w grę wchodzi polityka.

Istnieje wszakże kategoria ludzi traktujących te sprawy inaczej niż tu powiedziano. Właściwie oddzielają oni problem religijności od sfery osobistych przekonań. Jest to dla nich pole manewru i każdy ruch na nim jest możliwy. Niektórzy określają siebie w takiej sytuacji jako agnostyków. Nie jest to zupełnie ścisłe, albo może nie do każdego ma zastosowanie, gdyż w tej kategorii niewiedza w odniesieniu do problemów eschatologicznych nie jest na pierwszym planie. Agnostyk, tak siebie określający, stwarza raczej zasłonę, blokującą jednoznaczne jasne zdefiniowanie swych poglądów. I o takich właśnie osobach znanych z pierwszych stron gazet będzie tu także mowa. Oczywiście przywołać można tylko ograniczoną ilość osób, ale w jakiś sposób reprezentatywnych dla określonej warstwy ludzi, chociażby polityków.

Gabriel Narutowicz – ograniczmy się tu do chronologii nie sięgającej wstecz poza rok 1918 – postrzegany był jako człowiek niewierzący, sam zresztą stwierdzał, iż jest bezwyznaniowy, jednak jako prezydent zwrócił się do kardynała Kakowskiego o błogosławieństwo i podobno przyjął je na klęczkach. Był to gest o tyle zrozumiały, iż będąc prezydentem kraju w przewadze katolickiego czuł się zobowiązany do okazania szacunku dla wyznania większości obywateli, czego nie należy łączyć z jakimś wyznaniem wiary, gdyż był to akt religijny motywowany racją stanu, a nie wyraz osobistego przekonania prezydenta.

Józef Piłsudski był wychowany w domu katolickim, ale w atmosferze fin de siècle’u, kiedy u wielu młodych było „niebo w płomieniach”, a w dodatku Piłsudski wcześnie wszedł w kręgi socjalizmu, wprawdzie tego patriotycznego, ale i tam Kościół i religia były na cenzurowanym. Z okresu, kiedy komplikowały życie Piłsudskiego problemy małżeńskie pochodzi określenie się jego jako bezwyznaniowca. Należy jednak zauważyć, że rozwód cywilny był w tamtych czasach niemożliwy, zatem kto, będąc katolikiem chciał się rozwieść zazwyczaj udawał się do kościoła reformowanego, gdzie sprawa była łatwa do sfinalizowania. Czy to była apostazja? W sensie kanonicznym tak, ale subiektywnie najczęściej tylko zawarcie powtórnego małżeństwa w zborze kalwińskim było jedynym aktem religijnym dokonanym w tym kościele. Tak było także z Piłsudskim, aczkolwiek jego późniejsza rzekoma czy prawdziwa, konwersja stanowi do dziś problem. Piłsudski będąc naczelnikiem państwa, czy później jako minister brał udział w uroczystościach państwowych mających oprawę kościelną, co na zewnątrz ukazywało go jako katolika, podobnie jak po 1945 r. postępowali Bierut, Rola-Żymierski, Ochab i szereg innych oficjeli komunistycznych, przez wielu także postrzeganych jako osoby religijne. Z Piłsudskim była wszakże inna sprawa, państwo bowiem w tym czasie nie separowało się od Kościoła, co po 1945 r. otwarcie czynili komuniści. Także pogrzeb Piłsudskiego, mimo bardzo dyskusyjnego jego pojednania się z Bogiem na łożu śmierci, był manifestacyjnie katolicki. Wchodziła tu w grę racja stanu, podobnie jak w przypadku Narutowicza. Jednak dodać należy, że niezależnie od wiary, będącej zawsze sprawą subiektywną człowieka, Piłsudski praktykującym katolikiem nie był. Jego sentyment do Matki Boskiej Ostrobramskiej miał zgoła inne zaplecze.

Podane tu dwa przykłady mogą funkcjonować jako pars pro toto. Oczywiście to totum oznacza nie wszystkich ludzi jednej klasy, ale pewną ich ilość i to w zależności od czasów, zgoła pokaźną. N. p. w II Rzeczypospolitej można mówić o pladze rozwodów i powtórnych małżeństw wśród polityków, wojskowych i tzw. noblesse de robe, a więc osób dzięki stanowiskom zaliczanych do wyższej warstwy. Wielu z nich szło drogą Piłsudskiego przez zmianę wyznania, z reguły na kalwińskie. Nie może to być świadectwem ich apostazji w sensie dogmatycznym, ale znaleźli się poza Kościołem via facti, czyli poprzez popełniony czyn. O wierze czy też niewierze świadczyć to nie mogło, gdyż tu miernik tkwi głęboko w człowieku i rzadko jest zewnętrznie dostępny. W każdym razie kariera czy racja stanu tu nie odgrywały roli, a jeśli to drugorzędną. Decydowały sytuacje w życiu osobistym.

W Polsce pod rządami komunistycznymi stosunek do religii warunkowany był konkretnymi okolicznościami. Najczęściej korzyści bytowe dyktowały ukrywanie religijności autentycznej czy też tradycyjnej. Bywało wszakże, że osoby skądinąd niereligijne fingowały coś wręcz przeciwnego, traktując to jako swoisty ruch oporu wobec władzy komunistycznej. Znany był dowcip – choć, czy rzeczywiście dowcip – o spotkaniu dwóch osób na procesji Bożego Ciała. Pada pytanie: ty także tu, przecież jesteś niewierzący? I dopowiedź: trzeba im pokazać, że jesteśmy przeciw. Warunki, w jakich żył człowiek w komunizmie zdeformowały także tę dziedzinę życia. Nawet udział w kulcie nie zawsze świadczył o religijności, podobnie jak przeciwna postawa o jej braku. Racja stanu była tu całkowicie wykluczona, kariera wpływała na postawy części społeczeństwa, wszechwładny był oportunizm.

Właśnie on dał znać o sobie po roku 1989. Początkowy zryw religijności u osób indyferentnych lub wręcz religijnie obojętnych budził w wielu przypadkach spore wątpliwości. Kariera była tu motywem aż nadto widocznym. W „Polityce” czytamy: „Były bliski współpracownik Donalda Tuska (57 l.), współzałożyciel PO Jacek Merkel (60 l.), zdradził, dlaczego po 27 latach od ślubu cywilnego lider partii rządzącej zdecydował się na ślub kościelny. - Bo chciał zostać premierem - przekonuje Merkel. Co na to duchowni? - Aby wziąć ślub kościelny, trzeba mieć szczere intencje, gdyż małżeństwo zawarte np. dla celów politycznych może być nieważne - komentuje nam ksiądz Dariusz Oko (54 l.)”.

Oczywiście trzeba by to udowodnić, że jedynym motywem zawarcia małżeństwa była tu kariera polityczna. Jest to trudne, nawet, jeśli w przypadku Tuska taka supozycja równa się niemal pewności. Świadczy o tym całe późniejsze jego postępowanie. Znamienna jest wypowiedź na temat spotkania, jakie odbył w Brukseli z Martą Lempart. Jego autorytet polityczny i moralny legł w gruzach, skoro mogło się ukazać następujące stwierdzenie: „Dziś w Brukseli ważna i ciekawa rozmowa z Martą Lempart. Jak burzyć mury i budować mosty”. Nie trudno domyślić się o jakich murach i o jakich mostach mowa.

Gdyby jeszcze ktoś wątpił w szczerość owego gestu jakim był ślub katolicki, to rozwiewały by te wątpliwości następujące wypowiedzi Tuska:

Donald Tusk odniósł się do czwartkowego spotkania w Brukseli z liderką tzw. Strajku Kobiet Martą Lempart. Podkreślił, że "bardzo sobie ceni" spotkanie z Lempart oraz wysiłki Strajku Kobiet "na rzecz godności kobiet i w ogóle Polaków". - Nie mam żadnych wątpliwości, że te wielotygodniowe, bardzo masowe protesty, one nabrały charakteru w jakimś sensie ogólnonarodowego, i na pewno pokoleniowego”.

Podobno nawet kobiety walczące o swe prawa, a ściślej rzecz biorąc o prawo do aborcji, nie chcą łączyć swych postulatów ze „strajkiem kobiet”. Ale Tusk tego nie dostrzega i dalej dywaguje:

"Coraz więcej ludzi w Polsce rozumie, i ja też należę do tej grupy, że skoro nie będziemy mieli nigdy zdolności rozstrzygnięcia jednoznacznego na gruncie etycznym, moralnym, a każdy będzie miał swoje argumenty i rację tutaj, a poza tym autorytety, takie jak episkopat straciły właściwie moralne prawo, żeby zabierać głos, w tego typu kwestiach, to kobieta powinna o tym decydować. A państwo powinno robić wszystko, aby decyzja o urodzeniu (dziecka) była możliwie najbardziej ułatwiona".

Taka wypowiedź na temat życia i śmierci osoby ludzkiej – wszak dziecko w łonie matki takową jest – nie pozostawia wątpliwości, że pochodzi ona od człowieka niewierzącego. Zatem tym bardziej intryguje ten ślub katolicki po 27 latach wyobcowania z życia sakramentalnego.

Takim tonem, jakim epatował Tusk w Brukseli nie zawsze dziś mówi nawet lewica, nowa czy stara, nieważne, gdyż idee, którymi zachwyca się Tusk, to nie tylko uderzenie w naszą religijną i narodową tradycję, we fundamenty porządku moralnego, ale są to nośniki najbardziej prymitywnego populizmu przetkanego nihilizmem i rozpadem wszelkich wartości, w dodatku artykułowanym najpodlejszym żargonem rynsztokowym przez podziwiane przezeń osoby. Ktoś uważający się za polityka, w dodatku mającego namaszczenie pewnych kół europejskich, manifestujący w tak żenujący sposób swe wyzwolenie z wszelkich wartości, jakie niesie ze sobą chrześcijaństwo i nasz polski etos narodowy, zaprawdę nie powinien nadużyć sakramentu małżeństwa, nawet jeśli miałoby to przynieść, w tym przypadku, turpe lucrum w postaci premierostwa. Mowa tu o najgorszego gatunku chciwości, gdyż rzecz pożądana nie przynosi nikomu pożytku, tylko pożądającemu jej. W stosunku do premierostwa T. można bez obawy błędu takiego zwrotu użyć.

Tak więc to, co było kiedyś, nawet fingowaniem religijności dla racji stanu czy dla kariery, bardzo się różni od licznych „konwersji” w III RP. Kiedyś spytał mnie pewien profesor o poglądach lewicowych czy wierzę w „nawrócenia” posierpniowe? Cóż można było powiedzieć? Chyba tylko, że wiara należy się Bogu. Zwykle nawrócenia dla kariery bardzo szybko weryfikowały się negatywnie, zwłaszcza kiedy okazało się, że ideologia peerelowska wcale w 1989 r. nie poszła w zapomnienie.

Rzecz jasna, w naszym życiu politycznym zdarzały się i teraz się zdarzają znacznie drastyczniejsze urągowiska wobec rzeczy dla wielu Polaków świętych, za które tak liczni życie oddawali, ale to wcale nie usuwa w cień tego co Tusk pokazał, odkrywając karty.

Gwoli prawdy, nie on jeden. A gwoli pociechy – wielu z podobnym bagażem, hałaśliwie usiłujących zakrzyczeć sumienie odeszło w niepamięć i kolejni odchodzą.

Religijność służąca jako wytrych odmykający drzwi do kariery, jaka by ona nie była, w rażący sposób uwłacza Stwórcy. Jest to nieroztropne, gdyż wierzący, że Bóg nie istnieje pewności co tego mieć nie mogą

Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (1 głos)