Sąd ostateczny nad opozycją. Niepoprawna relacja z narady u Premiera.

Obrazek użytkownika Recenzent JM
Humor i satyra

Kroniki teleportowane z kraju normalnego inaczej.

Gdzieś, na obrzeżach galaktyki , w jednym z normalnych wreszcie krajów, z którego już nikt się nie śmieje, sprawowała rządy nowoczesna Partia Obiboków. Z ramienia partii rządził krajem premier, który znany był z tego, że się kapłanom nie kłaniał. Krajem rządził, jak teatrem, odgrywając przed ludem różne sceny, poczynając od scen miłosnych, a kończąc na tragicznych. Żaden gatunek sztuki dramatycznej nie był mu obcy i w każdym potrafił się znaleźć. Kunszt aktorski i wysoki poziom iluzji w odgrywanych sztukach budziły zazdrość nawet u profesjonalnych iluzjonistów. Gdy premier mówił o miłości, miłowali prawie wszyscy. Gdy wieszczył nadejście ciężkich czasów, wielu popełniało samobójstwo. Gdy dawał przedstawienie, jego słowa miały niesamowitą moc. Mówił, o tu i teraz, i było tu, i teraz. Mówił o wyginięciu dinozaurów i dinozaury wyginęły. Gdy coś obiecywał, wierzyli prawie wszyscy. Nikt nie potrafił obiecywać tak, jak wódz Partii Obiboków. Cudownie brzmiące obietnice w ustach tego czarodzieja słów potrafiły czynić cuda i na oczach wszystkich zmienić się w zupełnie inne obietnice. To zauroczenie trwało kilka lat. Później „sukcesy” zaczęły jakby blaknąć, poparcie zaczęło topnieć, a słowa premiera już nie miały takiej siły przekonania jak dawniej. Przepracowany premier udał się więc na zasłużony, zagraniczny wypad na narty, zaś jego przyboczni mieli w tym czasie zdiagnozować sytuację, przeprowadzić analizę i opracować zwalający z nóg scenariusz działań. Czas wypoczynku właśnie upłynął i premier zaraz po powrocie z domu, w poniedziałek po południu zwołał naradę zaufanych przybocznych.

- Cześć! – premier wypoczęty, na scenicznym luzie przywitał przybyłych i usadowił się w fotelu. – Co tak stoicie? Siadajcie, bo nie będę gadał i gapił się na wasze brzuchy, - zażartował.

Który to już raz? – pomyśleli wszyscy i roześmiali się, jak z naprawdę dobrego żartu, po czym usiedli kręcąc z udawanego rozbawienia głowami.

- No co się działo, gdy mnie nie było? – Spytał premier.

- Nic specjalnego, Panie Premierze, - relacjonował rzecznik rządu. – Tak, jak wszędzie. Wszystko się trochę rozjeżdża i pęka.

- Skąd wiecie, że mi się rozjechały narty i pękły wiązania? – Zapytał podejrzliwie premier. – Kto chlapnął?

- Nikt nie chlapnął, – zaczerwienił się rzecznik, - miałem na myśli pęknięcia na autostradach i harmonogramy ich budowy, które nam się rozjeżdżają.

- To jak, - zainteresował się premier, - mogę już wreszcie ogłosić, że z tymi autostradami odnieśliśmy sukces? Że będą przejezdne?

- Ja bym się jeszcze na chwilę z tym wstrzymał, - odezwał się minister transportu – zapewniam, że przyspieszyliśmy z robotą, aby ten sukces można było ogłosić jak najszybciej.

- Mów, jak to wygląda, bardzo otwarcie i bez propagandowego zacięcia, - premier spojrzał ostrzej na ministra, zaś ten podniósł się z fotela i drżącym głosem zaczął relacjonować.

- Mamy pewne opóźnienia w budowie. Obiektywne. Były deszcze na jesieni i na wiosnę, a zimą był śnieg i mróz. Archeolodzy też utrudniali. Stanowiska archeologiczne sobie porobili na trasie autostrady. Posłałem tam ludzi i przenieśliśmy je kilometr w bok od autostrady, ale trochę czasu uciekło. Pojawiły się też na autostradach poprzeczne pęknięcia. Dokładnie je zbadaliśmy. Są na całej szerokości i się powiększają. Nie są aż tak głębokie, jak pierwotnie myśleliśmy, ale klucz wchodzi jak drut w masło.

- Mówiłem - bez propagandowego zacięcia. Jaki klucz? – premier podniósł głos.

- No taki, jak to się nazywa? - Minister rzucił pytanie w stronę zaufanego, rządowego eksperta do spraw budów, którego przyprowadził ze sobą.

- Zrobiłem sobie notatkę. Już sprawdzam i mówię Panu Ministrowi. – Ekspert zaczął wertować notatnik, - O już mam, to się nazywa klucz francuski, rozmiar max 80.

- Właśnie, klucz francuski, ale to sprawa drugorzędna. Już to zasypują i autostrada będzie na 100% przejezdna. Oczywiście na razie dla rowerów.

- Mówiłeś, że szczeliny się powiększają. – Premierowi nie umknęło ani jedno słowo, - a jak się za bardzo powiększą?

- Spoko. Mamy plan „B”, – pochwalił się minister, – zabudujemy kładki dla rowerów w poprzek pęknięć, oczywiście z zachowaniem wszystkich rygorów bezpieczeństwa. Żadnej partaniny.

- Osobiście za to odpowiadasz, - premier spojrzał jeszcze ostrzej na ministra, - wiesz, że liczyłem na ten sukces. W zeszłym tygodniu żadnego nie ogłosiłem.

- A ten z rozkładem jazdy pociągów? – Podpowiedział rzecznik rządu.

- Weź mnie nawet nie wnerwiaj – zdenerwował się Premier – To było - dwa tygodnie temu. Jak nie pamiętasz, to sobie zapisuj!

- Izwinitie, - wyjąkał skarcony rzecznik, - eta była prosta aszybka.

- Co ty mi tu pieprzysz? – uniósł się premier – jaka prosta, jaka szybka? Skorzystałeś z pomocy publicznej służby zdrowia, czy jak?

- Panie Premierze. Przepraszam! To ze zmęczenia. – Rzecznik zaczerwienił się i zaraz dodał, - Ciężko harowaliśmy, gdy szefa nie było.

- A ty myślisz, że ja co robiłem? - uniósł się premier. - Że cały czas leżałem w śniegu?

- Szefie, jak ja Pana denerwuję, jeśli straciłem Pana zaufanie, to ja stawiam się do pana dyspozycji. – Rozpłakał się rzecznik.

- Przestań się mazać, - zniesmaczony premier pokręcił głową, - przecież wiesz, że mam do ciebie i twoich słów pełne zaufanie i tego się na razie trzymajmy. A teraz mów mi, dlaczego nam spada? Tylko tak, żebym cię zrozumiał.

- Premierze, nie będę owijał, tylko powiem wprost.

- Chyba chciałeś powiedzieć w „Newsweek”, premier się rozluźnił i znowu zażartował.

Roześmiali się wszyscy oprócz rzecznika rządu. Ten nic nie rozumiejąc wybałuszył oczy jak żaba.

- Widzę, że dzisiaj nic nie kumasz, - zażartował kolejny już raz premier – ale nie pora na żarty. Kontynuuj, bo nie będziemy tu przecież siedzieć do wieczora. Mów krótko.

- Bruździ nam opozycja. – Wyrzucił z siebie, jak automat rzecznik.

- Jaka opozycja? – Zdziwił się premier. – Ja ciebie dzisiaj jednak nie potrafię zrozumieć. Mów lepiej ty, bo on jest przemęczony. – To mówiąc premier wskazał na ministra spec-służb.

- Pan Premier zasadniczo ma rację, - zaczął wyjaśniać minister, - bo co to za opozycja? Kaszka z mleczkiem. Generalnie miesza nam prezes z oberministrem. Nazwisk celowo nie wymieniam, bo nie wiadomo, czy ktoś nie nagrywa.

- Bardzo rozsądnie. – Pochwalił premier. - Rozumiem, że chodzi o tego prezesa i tamtego oberministra. Co więc radzicie?

- Plan jest taki. Nie możemy tego tak zostawić, bo będą nadal bruździć. Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że musimy to jakoś załatwić.

- Też tak myślałem, koniecznie trzeba ich załatwić, - powtórzył po swojemu premier – jaki macie scenariusz?

- Nasz scenariusz wygląda skrótowo tak. Trzeba coś na nich namotać, następnie ich dopaść i już nie odpuścić. A następnie dokręcić śrubę, żeby się nie mogli wywinąć. Potem już tylko podgrzać sędziów, osadzić i czapa. Temu przedstawieniu nadaliśmy kryptonim „Sąd ostateczny”.

Premier chwilę się zastanawiał, po czym udając, że wszystko zrozumiał, pokiwał z aprobatą głową.

- Dobra. Kryptonim jest bardzo dobry, W razie, gdyby coś poszło nie tak, zwalimy to na kościół. Za co możemy ich zahaczyć? – spytał spoglądając na ministra sprawiedliwości.

- Żeby było sprawiedliwie i zgodnie z prawem, musielibyśmy pozbawić ich immunitetu, potem aresztować i postawić przed trybunałem ostatecznym. Powodem mógłby być całokształt działalności. Wtedy trudniej się wywinąć.

- Wszyscy wiedzą, że naciskali, kłamali, robili przekręty, - wtrącił się szef klubu – myślę, że na lewicy znajdziemy kilku świadków, co widzieli, jak mordowali tę biedną kobietę.

- Zwyrodnialcy, chamy, karły moralne – zawołał jeden z uczestników narady, drzemiący dotąd w kącie, – oni dla mnie już umarli, wykopali sobie grób.

- Dajcie mu coś na uspokojenie, - rzucił premier do byłej minister zdrowia, - a my nie traćmy czasu. Czy mamy tu jakieś słabe punkty?

- Parę punktów trzeba jeszcze doprecyzować, – kontynuował minister sprawiedliwości. – Pierwszy, jak się ich pozbyć. Nie ma u nas kary ostatecznej.

- Psia jego babka, - teraz już premier mocno się zdenerwował, - a mówiłem zgódźmy się, gdy prezes proponował przywrócenie kary śmierci. Teraz już wiatr to gwizdał. Ja się im nie będę rzucał na szyję i mocno ściskał, choć pewnie dałbym radę. – Gdy nieco ochłonął, dodał. - No dobra, potem się zobaczy. A teraz trzeba działać. Słuchajcie, policzmy najpierw głosy. Kto jest za? Później nie będzie już odwrotu.

- Mnie intuicja mówi, że są winni, - odezwał się ten nerwowy. - Dlatego z przyjemnością swoją rękę podniosę. A nawet dwie.

- Dobra, - wszedł mu w słowo premier, - To mamy już dwa głosy

- Premierze, Pan wie, że jestem zawsze z panem, - odezwał się drżącym głosem minister sprawiedliwości, - ale moje sumienie mi nie pozwala. Przepraszam, ale swojej ręki w tej sprawie nie podniosę.

Premier spojrzał ze zdziwieniem na ministra i zaczął się zastanawiać. - To może zróbmy tak, - odezwał się po chwili, - Kto jest przeciw?

Nie podniosła się żadna ręka.

- Dobrze, to mamy konsensus. – zawołał zadowolony premier. - Czy mamy z realizacją scenariusza jeszcze jakiś problem?

- Jest jeszcze jedna sprawa. Z oberministrem damy sobie radę, ale prezes ma ochroniarzy. Nie mamy pomysłu, jak go tu ściągnąć i pojmać?

W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Po chwili odezwał się premier.

- Ja mam pomysł. Zaproszę go na rozmowy. Napiszę do niego list. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów