Koszmar zbrodni

Obrazek użytkownika Andrzej Wilczkowski
Kraj

Polskie Państwo Podziemne, które zaczęło powstawać praktycznie już w pierwszym okresie okupacji krzepło i rozwijało się powoli.
Furia okupanta nie notowana w tym stopniu w żadnym innym podbitym kraju bardzo spowalniała wysiłki elity w tej mierze, bowiem stale kogoś aresztowano, zabijano lub przymusowo przesiedlano. Trzeba się było do tego przyzwyczajać. Tymczasem pracy było mnóstwo.
Pierwszym zadaniem było zorganizowanie zbiórki broni zakopanej lub zgoła pozostawionej na polach bitew. To wymagało ogromnego wkładu pracy i możliwie największej prędkości działania. Nie mówiąc już o tym, że wymagało odwagi bowiem posiadanie broni okupanci „wycenili” na karę śmierci znacznie wcześniej niż pomoc Żydom.
Broni z odzysku okazało się zbyt mało. Wszczęto produkcję. To znowu pociągało ofiary w ludziach. Przed bramami zakładów, w których gestapo odkryło tajną produkcję broni długo wisiały ciała pracowników, których złapano na takiej działalności.
Ludzie, którzy zaangażowali się w pracę państwową nie tylko ginęli. Musieli z czegoś żyć, utrzymywać rodziny, a nigdy nie zainteresowałem się jak to było zorganizowane i skąd brano na to pieniądze. Ludzie do tej puli rządowej wkładali najczęściej swoją pracę lub czyn zbrojny, znacznie rzadziej pieniądze, bo mało kto miał je w nadmiarze.
Poza strukturami rządu i armii czy szkolnictwa – od podstawowego do wyższego – powołano w owym czasie tajne sądownictwo. Dysponowało ono praktycznie jedną i tylko jedną karą – karą śmierci, bowiem tylko ją można było w warunkach konspiracji egzekwować. Więzieniami dysponował okupant. Wsadzał kogo chciał i wypuszczał kogo chciał. Otóż sądy Państwa Podziemnego – z tego co mi wiadomo – wydały wyroków – ok. 5000 i zapewniam, że nie były to wyroki na kieszonkowców tylko na renegatów. Z tych pięciu tysięcy wykonano ok. 2.500 egzekucji. Przypuśćmy, że takich osobników, którymi sądownictwo podziemne nie zdążyło się skutecznie zainteresować było 10 razy więcej – a więc – można szacować – 50 tysięcy na ok. 25 milionów rdzennych Polaków. Przytoczony przykład świadczy o tym, że Rzeczpospolita Podziemna zdawała sobie sprawę z istnienia tego zbrodniczego marginesu i że go intensywnie zwalczała. Odróżniało nas to w sposób zasadniczy od takich państw jak Niemcy i ZSRR gdzie zbrodniarze byli u władzy i w dużej mierze od państw przez nich okupowanych gdzie nie zorganizowano tak drastycznej formy walki z przestępcami i kolaborantami. Nie zapewniało to jednak bezpieczeństwa nikomu, bowiem lasów w Polsce było ciągle dużo i zapełniały się one nie tylko wojskiem „państwowym” ale i formacjami partyjnymi, jak również zwykłymi bandytami. W Warthegau mieliśmy tego znacznie mniej, ale też było.

Co do tego, że łajdacy byli, są i będą – nikt z nas nie ma złudzeń, bowiem nawet dziś, w pół wieku po wojnie, starsi ludzie boją się wieczorami wychodzić na ulicę, pomimo, że mamy świetnie zorganizowane państwo, gdzie policjanci zarabiają lepiej niż nauczyciele, a w więzieniach siedzi powyżej 100.000 osób.

Skupmy się teraz na zbrodni jedwabieńskiej, bowiem dzisiaj przede wszystkim w tej sprawie chcę zabrać głos.
Może powinienem z tym jeszcze poczekać, ale zacząłem już dość dawno moje prywatne wyścigi z czasem, które kiedyś przyjdzie mi przegrać. Nie mam zapewne nic tak strasznie ważnego do powiedzenia, ale może jakimś autorom z powojennych roczników coś się z tego przyda.

W sprawie Jedwabnego dziś można już z całą pewnością przyjąć dwa pewniki.
Pierwszy, że jacyś Polacy brali udział w zbrodni – co było wiadome oficjalnie od pół wieku.
Drugi, że tej zbrodni nie można w żaden sposób usprawiedliwić – co stało się jasne od chwili, kiedy w dole śmierci znaleziono szczątki dzieci. Nawet jeśli pogrom w Jedwabnem potraktować jako odwet za jakąś formę kolaboracji Żydów z sowietami, to nie ma we mnie zgody na taki odwet. Żaden odwet nie dotyczy dzieci.

Co do całej reszty można dyskutować i pozwalam sobie to uczynić, jako jeden z tych, którzy widzieli wojnę i niejeden dół śmierci na własne – dziecinne – oczy. A jest nas coraz mniej i co gorsza z wiekiem stajemy się coraz mniej wiarygodni. I to przede wszystkim ośmiela łobuzów.

I teraz sprawa zasadnicza – ilu było tych „czynnych” Polaków w Jedwabnem? W moim najgłębszym przekonaniu w tym przypadku można się z całym zaufaniem opierać na wynikach śledztw przeprowadzonych w latach 1949-51. Dlaczego ja – dość konsekwentny krytyk komunistycznego systemu – tym razem chcę się zgodzić z tym, co ustalił znienawidzony przez większość społeczeństwa urząd bezpieczeństwa?

To bardzo proste. W tych latach tę tajną policję nadzorował Jakub Berman, a na bardzo wysokich stanowiskach znajdowali się tacy panowie – a raczej towarzysze (i towarzyszki) – jak Radkiewicz, Różański, Romkowski, Fejgin, Światło, Brystygierowa, i wielu, wielu innych. Ten wszechwładny aparat przemocy dysponował jak chciał takimi prokuratorami jak Zarako-Zarakowski i towarzyszka Wolańska i takimi sędziami jak tow. Michnik. Biorąc pod uwagę narodowość wszystkich wyżej wymienionych, można uznać, że istnieją przesłanki niosące ogromne prawdopodobieństwo (moim zdaniem – graniczące z pewnością), że mord w Jedwabnem został przez tych ludzi potraktowany w sposób szczególny i zbrodniarzy wyciśnięto z całej okolicy „do krwi ostatniej”. A wyciśnięto ich w czasie procesów (a nie procesu) – o ile mi wiadomo – dwadzieścia jeden osób. Z tego jeszcze kilku wypuszczono po śledztwie. Dołóżmy drugie tyle jakiś mieszkańców pobliskich wiosek, którzy przyjechali do miasteczka, zabili, zrabowali, znikli i nikt się wówczas o nich nie dowiedział. No to razem niech będzie czterdziestu. (Taką liczbę podaje również IPN.)

Z drugiej strony ofiar miało być 1600. Tej liczby sobie pan Gross własnymi siłami intelektualnymi nie wymyślił. Taką liczbę podano na pierwotnym pomniku, a więc taka musiała funkcjonować w czyjejś pamięci – już wówczas, w czasie procesów. Ktoś ją podał, ktoś uznał za prawdopodobną. A pan Gross ją zaakceptował, i nigdy się z niej nie wycofał.

Przypomnijmy szczegóły zdarzeń. To nie było tak, że czterdziestu morderców i podpalaczy – wcześniej zorganizowanych w oddział i przeszkolonych – uzbrojonych w kłonice widły, kije, motyki czy kosy otaczało dom po domu i niczego się nie spodziewających ludzi mordowało na miejscu, po czym atakowało następne obejście. Otóż nie.
Z tego, co wiemy, zbrodniarze nie byli wcześniej zorganizowani w jeden wspólny oddział pod konkretnym dowództwem, do którego mieli od dawna zaufanie. Nie było żadnych wspólnych manewrów, czy zgoła zorganizowanych akcji bojowych.
Wypadki w Jedwabnem rozegrały się w 18 dni po przejściu frontu, a więc i zmianie okupanta z sowieckiego na niemieckiego, w strefie ciągle jeszcze będącej pod jurysdykcją Wehrmachtu. „Dystrykt Białystok” – który nie został włączony do GG tylko do Prus Wschodnich - powstał dopiero w 10 dni później. Pogrom ten czasowo wpisywał się w liczbę ok. 60 innych, które odbywały się na całym obszarze dotychczasowej okupacji sowieckiej, który w ostatnich dwóch tygodniach zmieniał okupanta. Najintensywniejsze rzezie odbywały się zresztą w Galicji wschodniej, która nie wróciła już w granice Polski.
Pogrom jedwabieński miał z pewnością swoją specyfikę. Na przykład, ofiary od co najmniej 48 godzin wiedziały, że w sąsiednich osadach doszło do pogromów, w których trup słał się gęsto i miały czas się przygotować i zorganizować.
Ofiary miały pod ręką dokładnie taką samą broń jak bandyci. Wśród ofiar liczbę osób rodzaju męskiego, które były na tyle sprawne fizycznie, że mogły sięgnąć po tę broń można oceniać na około 35-40 procent całej populacji – czyli na około 600. Ci ludzie nie byli zabijani kolejno i skrycie. Oni – według wszelkich znanych wersji – zostali spędzeni na rynek. Na tym rynku były momenty, że drogę ucieczki kilku setkom ludzi zagradzało kilku facetów z kłonicą czy kijem. Nigdy nie byłem w Jedwabnem, ale znam dostatecznie dużo polskich miasteczek z tamtych czasów, żeby wiedzieć, że z rynku – poza ośmioma ulicami odchodzącymi z czterech rogów musiało być co najmniej dziesięć innych możliwości opuszczenia placu między domami i przez podwórka. Tymczasem mordercy dwoili się i troili. W pewnym momencie weszli w tłum i zmusili ofiary do zdemontowania pomnika Lenina i wzięcia go na ramiona. Potem wszyscy ruszyli w kierunku stodoły, chyba w głębokim przekonaniu, że powtarza się sytuacja z poprzednich pogromów w innych miasteczkach – czyli, że idą na śmierć. Proszę państwa! Nikt, kto pamięta wojnę nie uwierzy w taki scenariusz. On był po prostu niemożliwy psychologicznie. Tych sześciuset sprawnych mężczyzn w drodze do stodoły gołymi rękami rozerwałoby na strzępy swoich oprawców. Toż to było piętnastu na jednego! A ręce musieli mieć wolne, bowiem nikt związanymi rękami nie zdemontuje pomnika i nie przeniesie go z półtora kilometra dalej.
Był w owym czasie wojny totalnej jeden tylko element, który paraliżował ludzką wolę niczym grzechotnik swoją ofiarę i czynił ludzi uległymi. Tym elementem był otwór lufy. Dziś, mimo że bandyci coraz częściej grożą bronią, nikt nie wierzy, że ktoś odważy się naprawdę pociągnąć za spust. Wówczas to był pewnik. Po to wyciągano broń, żeby zabijać. A i tak tych otworów na 1600 ofiar musiała być odpowiednia liczba. To nie był jeden, ani dwa. Enkawudyści potrzebowali siedmiu nocy, żeby zabić 1600 polskich oficerów, którzy byli związani i unieruchomieni.

I dlatego najbardziej podejrzliwa i cyniczna tajna policja świata – czyli policja komunistyczna, nie mogłaby w latach czterdziestych wymyślić takiego scenariusza przebiegu zdarzeń. I dlatego na obalonym dziś kamieniu napisano o zbrodni niemieckiej.
W tamtym czasie nie zafunkcjonowała by wersja pana Grossa, bo by ją ludzie wyśmieli. Na taką wersję trzeba było czekać z górą pół wieku i to wieku, w którym w telewizji wszystko jest możliwe, a na ekranie jeden zbrodniarz czy bohater daje sobie radę z całymi dywizjami.
Ale wyobraźmy sobie, że jeszcze dziś jakiś Polak – żądny mołojeckiej sławy – opowiada o swojej młodości i wydarzeniach na Wołyniu. „Przyszedł Franek i powiedział, że trzeba dać wycisk tym Ukraińcom. Zebrało się nas chyba ze dwudziestu, wzięliśmy do ręki kije i poszliśmy do wsi zamieszkałej przez rezunów. Wszystkich powyciągaliśmy z chałup i spędziliśmy na rynek, a było ich pewnie z tysiąc albo więcej...” Już w tym momencie przerwano by mu opowieść, bo nikt nie lubi słuchać jawnych kłamstw. A Grossowi wierzą poważni ludzie. Czy dlatego, że to byli Żydzi a nie Ukraińcy?
Zwróćmy uwagę, że wg pana Grossa praktycznie zamordowano 1600 osób w ciągu kilku minut przy pomocy kilkudziesięciu nieuzbrojonych ludzi i paczki zapałek. Wynika z tego, że od naszych mętów społecznych NKWD powinna pobierać nauki.
Jeszcze rozumiem, że w Stanach Zjednoczonych takie czy inne środowiska żydowskie z takich czy innych powodów dają wiarę książce pana Grossa osnutej na kanwie wydarzeń w Jedwabnem. Oni nie wiele wiedzieli o szczegółach zagłady swoich współbraci pod niemiecką okupacją i nie chcieli wiedzieć. Teraz wierzą we wszystko. W Izraelu sytuacja powinna być jednak zupełnie inna. Tam młodzi ludzie śpią z bronią przy posłaniu, (a na pewno tak było w latach 60) żeby bronić swoich matek, żon czy dzieci przed obcą agresją i w każdej chwili są gotowi do odparcia ataku nawet znacznie silniejszego nieprzyjaciela. Dla nich sytuacja, kiedy piętnastu – nawet zupełnie nieuzbrojonych – mężczyzn nie potrafi dać rady jednemu uzbrojonemu w kij jest chyba zupełnie niewyobrażalna. Tak jak niewyobrażalną jest dla mnie. W Izraelu panu Grossowi powinien zostać wytoczony proces o zniesławianie Narodu Żydowskiego.

Instytut Pamięci Narodowej niejako przerwał swoje śledztwo nie mogąc dokończyć ekshumacji.

Spróbuję jednak przedstawić swoje wnioski.
. A więc moim zdaniem:
• – Mord w Jedwabnem był bezsprzecznie wielką zbrodnią – niezależnie od ilości ofiar.
• – W tym morderstwie musieli brać udział jacyś Polacy w liczbie ok. 40 osób.
• – W tym morderstwie musieli brać udział dobrze uzbrojeni Niemcy w znaczącej liczbie, wystarczającej do ewentualnego zabicia wszystkich uczestników zajść. (Przypuszczam, że gdyby po drodze wywiązała się bitwa pomiędzy Polakami i Żydami niemieccy żandarmi po prostu otworzyli by ogień do tłumu.)
• Trzeba pamiętać, że w kilka dni po Jedwabnem w Palmirach Niemcy dokonali kolejnej już egzekucji Polaków w tych lasach. Tylko ofiary egzekucji palmirskich miały z reguły wiązane ręce i zawiązywane oczy. Niemieckie Sonderkommanda znały swoją robotę.
• – Morderstwo w Jedwabnem zostało prawidłowo rozliczone w procesach z lat czterdziestych.
- (Ci, którzy uważają, że wówczas Peerelowskie organa ścigania lekceważąco potraktowały tę zbrodnię, powinni kierować pretensję do Jakuba Bermana i jego współpracowników. Oni mieli zarówno motywację, jak i wszelkie warunki, aby oprawców już pół wieku temu wygnieść jak pluskwy.)
- – Pan Gross pisząc swoją książkę zignorował wszystkie kanony warsztatu, obowiązujące w pracach naukowych.

I na koniec. Osmalony pomnik tow. Lenina – jak mnie zapewniają pracownicy IPNu – leży ciągle w dole przy zgliszczach stodoły w Jedwabnem.
Pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą dlaczego idący na śmierć ludzie podjęli trud niesienia na miejsce kaźni statuy bożka komunizmu.

Andrzej Wilczkowski

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Szanowny Panie Andrzeju (przepraszam za familiaryzm).
Odnośnie wniosków dot. mordu w Jedwabnem. Jestem jedynie historykiem amatorem, ale zaiteresowałem się kwestią Jedwabnego szczególnie z jednego powodu. Otóż w zbrodni tej, jak ustalono, uczestniczyło tzw. kommmando z Ciechanowa, którego roli w tej zbrodni do końca nie wyjaśniono. Tak się akurat składa, że ja pochodzę z Ciechanowa i trochę znam lokalną historię. I dlatego kwestia tego kommmanda wymagałaby dość szczegółowego dochodzenia ze strony historyków np. z IPN.
Dlaczego? Otóż:
1) Ciechanów i jego okolice zostały włączone bezpośrednio w obszar III Rzeszy, a nie do obszaru Generalnego Gubernatorstwa, zaś w samym Ciechanowie utworzono stolicę tzw. Regierungs Zichenau, czyli rejencji ciechanowskiej.
2) W związku z utworzenie stolicy Regierungs Zichenau, władze niemieckie podjęły działania, aby z Ciechanowa uczynić miasto czysto aryjskie. Dlatego też przeprowadzono różne akcje, mające na celu całkowite wysiedlenie z Ciechanowa wszystkich Polaków - do końca 1942 r. z miasta wysiedlono prawie wszystkich Polaków. Całkowitą likwidację getta w Ciechanowie przeprowadzono w listopadzie 1942 roku.
3) W okolicach Ciechanowa znajdowało się kilka wsi zamieszkanych przez kolonistów niemieckich (np. Wola Młocka, Kopacze). Ludzie ci mówili biegle po polsku, ale między sobą używali niemieckiego, jak również zachowali obyczaje i wyznanie luterańskie (do lat osiemdziesiątych XX w. w miejscowości Wola Młocka znajdował się opuszczony zbór luterański - obecnie wyburzony). Jak twierdził mój dziadek oraz stryj, duża część tychże kolonistów niemieckich włączyła się aktywnie w struktury działającego na terenie Regierungs Zichenau gestapo oraz SS. Chodzili oni w mundurach SS lub SA i wobec Polaków demonstrowali wyższość "rasy panów".
4) Jak twierdził mój zmarły w 2010 r. stryj (rok urodzenia 1915), w tym tzw. kommmandzie z Ciechanowa mogło być kilku Niemców ze wsi Kopacze, którzy biegle posługiwali się językiem polskim. Podobnie twierdził Pan W. Olszewski (rocznik 1919), znany w Ciechanowie społecznik. Ta kwestia wymagałaby dochodzenia historycznego.
To tyle moich uwag
Serdecznie pozdrawiam
_____________________________________________
Olszewik, Kaczysta, NadUBowiec, brakujący typ Michnika

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Olszewik, Kaczysta, NadUBowiec, brakujący typ Michnika

#156945