Nadjeżdża EURO na białym koniu

Obrazek użytkownika rewident
Gospodarka

W ciągu ostatnich 24 godzin partia rządząca przeprowadziło medialną ofensywę wymierzoną w opozycję. Najpierw minister Rostowski w dosyć bełkotliwym i chaotycznym przemówieniu atakował Prezesa PiS, następnie premier Donald Tusk mówił o tym, że kancelaria Prezydenta „wbiła mu nóż w plecy”. Później media i rząd skupiły swoje siły na przekonywaniu Polaków do szybkiego wprowadzenia euro i podniosły problem jakichś bliżej nieokreślonych „euroobligacji”, które mają odciąć nasz kraj od rynków finansowych.
Zastanówmy się zatem, czym mogą być owe tajemnicze „euroobligacje”. Zgodnie z definicją euroobligacja jest papierem dłużnym plasowanym na rynkach międzynarodowych, nominowanym w dowolnej walucie obcej. Dla przykładu euroobligacją jest nominowany w dolarach papier dłużny emitowanym przez bank Japonii, lub też nominowany w euro papier emitowany przez rząd Węgier. Polska w każdej chwili może wyemitować euroobligacje, podobnie jak każdy inny kraj o stabilnym ratingu kredytowym. Stąd teza, że Polska zostanie pozbawiona możliwości emisji euroobligacji jest absurdem.
Z histerycznych wypowiedzi Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny i Sławomira Nowaka wynika jednak, ze państwa strefy euro postanowiły wyemitować nominowane w euro obligacje, które byłyby gwarantowane przez wszystkie rządy strefy euro. Możemy tylko wyobrażać sobie jak miałby wyglądać ten mechanizm. Państwa strefy euro określają swoje sumaryczne potrzeby pożyczkowe i następnie emitują transze obligacji (lub innych papierów dłużnych) z zastrzeżeniem, że zabezpieczają je wszystkie rządy strefy euro. Dziś przedstawiciele Platformy twierdzą, że taka emisja miałaby pozbawić Polskę możliwości uplasowania na rynku naszych obligacji. Jest to nonsensem, gdyż Polska w dalszym ciągu mogłaby emitować swoje obligacje, które – tak, jak to ma miejsce dzisiaj – byłyby oprocentowane wyżej niż obligacje gwarantowane przez strefę euro. Co więcej obligacje emitowane przez konglomerat państw o różnym poziomie rozwoju, zadłużenia i wiarygodności kredytowej, byłyby obarczone raczej większym ryzykiem niż obecne papiery dłużne niemieckie czy francuskie, gdyż ciążyłby na nich niższy rating kredytowy krajów takich, jak Grecja, Hiszpania czy Irlandia. Już dziś przecież rząd Niemiec mógłby teoretycznie udzielić gwarancji emisjom innych krajów, również tym spoza strefy euro. Rzecz w tym, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się na takie obciążanie niemieckiego systemu finansowego.
Poza tym działacze Platformy nie rozumieją podstaw działania rynków finansowych. Normalną rzeczą jest istnienie obok siebie papierów dłużnych o różnym poziomie ryzyka i rentowności. Każde z nich trafia do portfela rozsądnego inwestora, który zdywersyfikuje (dzieli, zmniejsza) ryzyko swoich inwestycji. Zależnie od poziomu awersji (niechęci) do ryzyka zmienia się w takim portfelu udział papierów bardziej ryzykownych i o wyższej rentowności. Stąd polskie papiery zawsze znajdą nabywców. Oczywiście słowo „zawsze” zakłada, że polskimi finansami nie będzie zarządzał szaleniec albo zaślepiony doktryner.
Załóżmy jednak przez chwilę, że powstaje jakiś megarząd paneuropejski, który zgodnie z nową teorią ekonomiczną Tuska-Rostowskiego odcina Polskę od kredytu. Wtedy i tak nie jesteśmy w stanie uplasować naszych obligacji i idziemy z torbami. Skoro nasi sponsorzy z Zachodu zamierzają wbić nam nóż w plecy (swoją drogą, już zapomnieliśmy, kto przez 45 lat PRL wbijał w plecy nóż komunistom i utrudniał rozwój tego systemu politycznego), nie mamy i tak żadnych szans na przetrwanie. Wejście do korytarza ERM2 (przedsionka euro) w tym roku, może przyciągnąć tylko kolejną falę spekulantów, którzy – mając świadomość osamotnienia Polski - rozpoczną zmasowaną akcję rujnowania wartości złotego. Co więcej, zafiksowanie kursu złotówki na poziomie prawie 5 złotych za euro sprawi, że nasze pensję zostaną trwale pozbawione wartości nabywczej poza granicami kraju.
I tak dalej i tak dalej. Dzisiejsza debata nad paktem antykryzysowym została przez koalicję rządzącą i stowarzyszone media obrócona w farsę. Euro pojawia się w niej jak tajemniczy zbawca, fetysz, bądź wszechmogący mag, który ochroni polskie portfele przed zawieruchą. Nasze elity zachowują się trochę jak członkowie sekty, bądź ludzie odurzeni narkotykami, którzy jak jeden mąż opowiadają niesłychane wprost dyrdymały o euro, budżecie, ograniczaniu deficytu i obcięciu dotacji dla partii politycznych. Ten wodewil obserwują zachodni finansiści, którzy w końcu mogą udzielić Polsce prawdziwego coup de grace. Nie wiem co wtedy wymyślą nasi manipulanci, aby odsunąć od Platformy odpowiedzialność za załamanie polskiej gospodarki

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

zafiksowanie euro na poziomie 5zl,pozbawi nas siy nabywczej,ale za to uczyni moze najtańszą siłą roboczą i może o to biega.
a teraz czekam,az Donaldu wyjdzie na ambonę,wyjmie ten nóż z pleców i wyrwie sobie resztki tych ryzych kłaków.

pzdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#14071