Vademecum konfidenta

Obrazek użytkownika kokos26
Blog

Minęło już ponad dwadzieścia lat od pamiętnej transformacji ustrojowej. Co prawda w 2009 roku, w okrągłą, dwudziestą rocznicę obrad okrągłego stołu czyniono jakieś próby podsumowań owych dwóch dekad i to w wielu obszarach naszego życia, to pominięto niestety jedną bardzo ważną dziedzinę.

Moim zdaniem nadszedł już najwyższy czas, aby właśnie z Polski poszedł w świat prawdziwy bestseller opracowany przez naszych rodzimych specjalistów i zatytułowany „Vademecum konfidenta”.

W III RP wypracowano, bowiem wiele bardziej lub mniej skutecznych sposobów na wybielanie, usprawiedliwianie i rozgrzeszanie kapusiów komunistycznej bezpieki. Oczywiście prym w tej jakże delikatnej materii wiodła załoga z Czerskiej i to właśnie Gazeta Wyborcza oraz mianowane przez nią autorytety posiadają większość patentów w tej dziedzinie. Z tego właśnie względu tylko ktoś ze stajni Michnika powinien dostąpić zaszczytu pierwszeństwa w opracowaniu i opublikowaniu owego poradnika.

Ktoś może powiedzieć, że te antylustracyjne histerie salonowców III RP, które trwają już od ponad dwudziestu lat to tylko taka uroda demokracji w wydaniu polskim. Ja jednak twierdzę, że świadczy to o czymś zupełnie innym. Otóż Polska suwerennym krajem nie jest z tej prostej przyczyny, że każdy niewygodny dla Berlina i Moskwy rząd w Warszawie musi upaść, pomimo iż zostaje powołany zgodnie z demokratycznymi procedurami.

Cała tajemnica zawiera się w pewnej wstydliwie skrywanej informacji, jaką pozyskał Antoni Macierewicz w 1992 roku i podał ją do publicznej wiadomości. Otóż archiwalne zasoby komunistycznych służb jeszcze przed transformacją ustrojową zostały zmikrofilmowane przynajmniej w trzech egzemplarzach, z czego dwie kopie znajdują się poza granicami naszego kraju.

Nie trzeba wielkiej inteligencji by dojść do wniosku, że polską racją stanu byłoby dokonanie uczciwej lustracji i zdemaskowanie obcej agentury, co wytrąciłoby obcym służbom specjalnym możliwość gry tą wiedzą tajemną. Niestety to, co wokół lustracji dzieje się w Polsce jest działaniem na rzecz Moskwy i Berlina w celu zapewnienia tamtejszym służbom specjalnym skutecznego rozgrywania polskiej sceny politycznej i gospodarczej z wykorzystaniem aktywów, w które wyposażyli je do dziś bezkarni renegaci poprzebierani w polskie mundury.

Gdyby nie powaga sytuacji to historia ochrony obcej agentury w Polsce mogłaby posłużyć do nakręcenia świetnej komedii opartej na oczywistych absurdach.

Ja postaram się w skrócie przedstawić najczęściej stosowane sposoby i jakoś je nazwać.

1. Sposób„Na Waltera i Weicherta”. Jest to dość prosty i nieskomplikowany sposób, którego podstawową wadą jest to, iż dotyczy stosunkowo niewielkiej grupy osób. Chodzi, bowiem tylko o członków rad nadzorczych mediów i niektórych właścicieli. Wystarczy zrezygnować z członkostwa w takiej radzie i podstawić tam zaufanego człowieka i już nie trzeba składać oświadczenia lustracyjnego. Kolejną wadą takiego rozwiązania jest to, że nasza konfidencka przeszłość i tak może kiedyś wypłynąć, lecz jeśli nie mamy wiedzy czy coś się w archiwach zachowało to możemy po prostu spokojnie przeczekać ufając w Kiszczaka i jego akcję niszczenia akt, którą przeprowadzał pod okiem charyzmatycznego premiera Mazowieckiego.

2. Druga metoda ma zastosowanie u wszystkich tych, którzy wiedzą, że teczka się zachowała, ale nie są do końca pewni czy jest kompletna. W takim przypadku występujemy publicznie i oświadczamy, że co prawda coś tam podpisaliśmy, ale uczyniliśmy to dla jaj - sposób zwany popularnie „Na Piwowskiego" lub z ciekawości i chęci przygód - „Na Wołoszańskiego" albo podpisaliśmy, ale nic nie robiliśmy - „Na Zegarek" czy jak niektórzy wolą - „Na Solorza".

Tu również trzeba wykazać się mocnymi nerwami i zaufaniem do Kiszczaka.

3. Metoda trzecia ma swoje źródła w starożytności i nosi nazwę „Na Platona" lub bardziej swojsko „Na Ewę Milewicz" po jej słynnym tekście „Moja przeszłość jest moja”, mówiącym o dumie, moralności i głupim, nieludzkim prawie tworzonym przez kaczystów, którego to prawa w imię owej dumy i moralności nie należy wykonywać. Metoda ta dotyczy wszystkich tych konfidentów, na których temat zachowały się materiały, lecz oni dalej chcą zachować dotychczasowe pozycje i tytuły „autorytetów moralnych”.

Jest to nic innego jak wzywanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa i łamania prawa, czyli jak mówił Platon: „Zohydzają sprawiedliwość w obawie, że zostanie im wymierzona"

4. Czwarty sposób można śmiało określić mianem „Na profesora Wolszczana”. Jeżeli istnieje opatrzone własnoręcznym podpisem zobowiązanie do współpracy oraz pokwitowania odbioru pieniędzy i prezentów, wtedy na melodię starego szlagieru „Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody”opowiadamy przed kamerami o tym, jak to zaraz po wyjściu ze spotkania z esbekiem wrzucaliśmy otrzymane dobra i pieniądze z mostu do wody.

Gdyby żył nieodżałowany Stanisław Bareja to dramatyczny gest profesora Wolszczana mógłby wyglądać tak:

Na toruńskim moście na Wiśle stoi ambitny naukowiec znany z ogromnych wprost ambicji i skłonności do życia w luksusie i w świetle jupiterów. Rzecz dzieje się w latach 70-tych, kiedy to brakuje niemal wszystkiego. Nasz bohater jednak, jako człowiek niezwykle uczciwy i wrażliwy wydobywa zza pazuchy szynkę konserwową marki „krakus” i wrzuca ją do falującej wody. Następnie sięga po koniak „Napoleon” i kawę „Mocca” z Pewexu czyniąc z nimi to samo. Napięcie narasta w momencie, kiedy kamera najeżdża na wyciągnięty przez bohatera z kieszeni skórzany portfel. Naukowiec odlicza to, co zarobił uczciwie na uczelni od tego, co otrzymał od bezpieki za nic nie warte donosy i ciska w wodę plik banknotów z wyraźnym obrzydzeniem. Scenę kończy powoli znikający w kadrze, odchodzący powolnym krokiem donosiciel tajnych służb komunistycznych, który odgrywa to wzruszające katharsis kilkadziesiąt razy w ciągu prawie dziesięciu lat.

5. Piąty sposób poradzenia sobie z donosicielską przeszłością zasygnalizuję tylko dla porządku i poinformowania czytelników, że taka metoda w ogóle istnieje. Zwie się ona „Na frajera” i polega ona ni mniej ni więcej jak na wyznaniu całej prawdy i przyznaniu się do winy oraz przeproszeniu za krzywdy , okazaniu skruchy i szczerej prośbie o wybaczenie.

Tej metody stanowczo nie zalecam, jako niewypróbowanej, a co za tym idzie nieznane są jej zalety ani wady. Właściwie już sama jej nazwa skutecznie odstręcza od stosowania.

Źródła:

http://ewamilewicz.blox.pl/html

Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie (8/2011)
 

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jak zawsze 10.
Wydaje mi się, że ta platońska maksyma opisuje obecny Parlament, rząd, administrację,wymiar sprawiedliwości i inne autorytety  "drobniejszego płazu".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#138987

Była jakaś zmiana ustroju?Chyba coś przespałem.
Pozdrowienia
zib1

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pozdrowienia
zib1

#139063

Problem 1.
Wbrew obiegowej opinii eSBecy nie zawsze trzymali się reguł.

I tak np nie wolno im było werbować partyjnych szych bez zgody odpowiednich organów partii. Oczywiście werbowali ich jak leci, ale zamieszczenie tego w papierach mogłoby w razie kontroli eSBekowi zniszczyć karierę.

Dlatego podpinali donosy od towarzysza sekretarza do teczek tych wtyczek, które ze strachu podpisały, ale współpracować nie chciały.

Efekt:
1. Oficer nie musiał się tłumaczyć z zwerbowania kogoś kogo werbować nie mógł
2. Oficer nie musiał się tłumaczyć z tego, że ma agentów którzy nie współpracują. Ostatecznie wg papierów regularnie donosili.

Problem 2.
Wyobraźmy sobie, że eSBecy potrzebują lokalu konspiracyjnego żeby obserwować opozycję. W wielkich blokowiskach problem ten nie istniał. Starczyło tylko działać w przebraniu.
Otóż taka Nowa Huta od samego powstania była znana z częstych okazji do mordobicia. Starczyło więc, że eSBek poszedł z flaszką na posterunek MO i poprosił kolegów, by dali mu listę osób które zgłosiły pobicie dziecka.

Następnie z listy wybierał najbardziej odpowiadającą mu rodzinę i szedł tam jako oficer MO na dodatkowe spisywanie zeznań. W czasie rozmowy narzekał na brak ludzi, sprzętu i możliwości operacyjnych po czym nagle odkrywał, że tu z okna świetnie widać gdzie się te łobuzy zbierają. Z reguły rodzice się zgadzali, by "milicjanci" przez tydzień z lunetą obserwowali okoliczne trzepaki.I dzięki temu trafiali do akt SB jako tajni współpracownicy - właściciele konspiracyjnego lokalu.

I problem 3 najpoważniejszy.
Na dobrą sprawę najgłośniej o potrzebie lustracji krzyczą ci, którzy już wielokrotnie archiwum przetrzepali. I podejrzewam, że zarówno coś z nich zniknęło jak i mogło coś przybyć.
Dlatego mam wrażenie, że po 22 latach używania eSBeckich archiwów jako narzędzia walki politycznej mają one głównie wartość opałową.
Co innego jakby się udało wykraść ruskim mikrofilmy.

=================================================
IQ tłumu równe jest IQ najgłupszego z uczestników podzielonemu przez liczbę osób w tłumie.

Demokracja - rządy tłumu

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

=================================================
IQ tłumu równe jest IQ najgłupszego z uczestników podzielonemu przez liczbę osób w tłumie.

Demokracja - rządy tłumu

#139273

Problem 1.
Wbrew obiegowej opinii eSBecy nie zawsze trzymali się reguł.

I tak np nie wolno im było werbować partyjnych szych bez zgody odpowiednich organów partii. Oczywiście werbowali ich jak leci, ale zamieszczenie tego w papierach mogłoby w razie kontroli eSBekowi zniszczyć karierę.

Dlatego podpinali donosy od towarzysza sekretarza do teczek tych wtyczek, które ze strachu podpisały, ale współpracować nie chciały.

Efekt:
1. Oficer nie musiał się tłumaczyć z zwerbowania kogoś kogo werbować nie mógł
2. Oficer nie musiał się tłumaczyć z tego, że ma agentów którzy nie współpracują. Ostatecznie wg papierów regularnie donosili.

Problem 2.
Wyobraźmy sobie, że eSBecy potrzebują lokalu konspiracyjnego żeby obserwować opozycję. W wielkich blokowiskach problem ten nie istniał. Starczyło tylko działać w przebraniu.
Otóż taka Nowa Huta od samego powstania była znana z częstych okazji do mordobicia. Starczyło więc, że eSBek poszedł z flaszką na posterunek MO i poprosił kolegów, by dali mu listę osób które zgłosiły pobicie dziecka.

Następnie z listy wybierał najbardziej odpowiadającą mu rodzinę i szedł tam jako oficer MO na dodatkowe spisywanie zeznań. W czasie rozmowy narzekał na brak ludzi, sprzętu i możliwości operacyjnych po czym nagle odkrywał, że tu z okna świetnie widać gdzie się te łobuzy zbierają. Z reguły rodzice się zgadzali, by "milicjanci" przez tydzień z lunetą obserwowali okoliczne trzepaki.I dzięki temu trafiali do akt SB jako tajni współpracownicy - właściciele konspiracyjnego lokalu.

I problem 3 najpoważniejszy.
Na dobrą sprawę najgłośniej o potrzebie lustracji krzyczą ci, którzy już wielokrotnie archiwum przetrzepali. I podejrzewam, że zarówno coś z nich zniknęło jak i mogło coś przybyć.
Dlatego mam wrażenie, że po 22 latach używania eSBeckich archiwów jako narzędzia walki politycznej mają one głównie wartość opałową.
Co innego jakby się udało wykraść ruskim mikrofilmy.

=================================================
IQ tłumu równe jest IQ najgłupszego z uczestników podzielonemu przez liczbę osób w tłumie.

Demokracja - rządy tłumu

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

=================================================
IQ tłumu równe jest IQ najgłupszego z uczestników podzielonemu przez liczbę osób w tłumie.

Demokracja - rządy tłumu

#139274