Zasiew moskovii * Karolina Lanckorońska, zapis Lwowa

Obrazek użytkownika wilre
Kultura

Karolina Lanckorońska

 

Wspomnienia wojenne

 

Zamieszczony fragment pochodzi z książki "Wspomnienia wojenne" Karoliny Lanckorońskiej, wydanej w 2001 roku przez Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK i został umieszczony za zgodą Wydawcy. Rozdział I LWÓW (22 września 1939-3 maja 1940)

 

W nocy 22 IX 1939 armia sowiecka zajęła Lwów.

 

Rano wyszłam na zakupy. W małych grupach kręcili się po ulicach żołnierze Armii Czerwonej, która już od paru godzin była w mieście. "Proletariat" palcem nie ruszył na jej powitanie. Sami bolszewicy bynajmniej nie wyglądali ani na radosnych, ani na dumnych zwycięzców. Widzieliśmy ludzi źle umundurowanych, o wyglądzie ziemistym, wyraźnie zaniepokojonych, prawie wystraszonych. Byli jakby ostrożni i ogromnie zdziwieni. Stawali długo przed wystawami, w których widniały resztki towarów. Dopiero po paru dniach zaczęli wchodzić do sklepów. Tam bywali nawet bardzo ożywieni. W mojej obecności oficer kupował grzechotkę. Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie:

 

"Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie".

 

A myśmy tymczasem wchodzili w pierwszą fazę naszego nowego życia. Wiedzieliśmy, że przez całą zimę bolszewicy tu zostaną, że na to rady nie ma, że musimy przetrwać aż do dalekiej wiosny. Mieliśmy radio, słuchaliśmy wszystkich rozgłośni Europy, powtarzaliśmy więc sobie, że nie jesteśmy naprawdę odcięci, bo wiemy o wszystkim, co się dzieje. Wiedzieliśmy też od pierwszej chwili, że Warszawa broni się dalej, zazdrościliśmy jej bez granic. Później dowiedzieliśmy się tą drogą, że mamy rząd w Paryżu i że tym razem "Bóg powierzył honor Polaków" generałowi Sikorskiemu. Z radia też, a to z głośników, które się natychmiast po naprawie elektrowni pojawiły na rogach głównych ulic, dowiedzieliśmy się jeszcze o czymś innym, mianowicie o tym, że Lwów jest stolicą "zapadnej [Zachodniej] Ukrainy", która nareszcie wchodzi jako nowy członek do wielkiej rodziny szczęśliwych narodów Sowieckiego "Sojuzu". "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!", dudniło nam zewsząd po raz pierwszy. Równocześnie radio nadawało obelżywe tyrady o "pańskiej Polsce" i jej "byłej" armii. Audycje te były ilustrowane karykaturami, które się pojawiły na murach domów. Te wszystkie występy miały jeden ważny skutek: polski robotnik lwowski został od pierwszej chwili do nowych rządów zrażony, po prostu "wściekł się", zgodnie z wrodzonym temperamentem tego miasta.

 

Ukraińskie miejscowe komitety zaczęły tymczasem wyrastać jak spod ziemi. Pałac Gołuchowskich, naszych przyjaciół, został zajęty na siedzibę ich centrali. Był to jeden z pierwszych aktów skierowanych przeciwko własności prywatnej. Podczas dość już utrudnionej wyprowadzki dzieci właściciela porwałam ze strychu zajętego już pałacu jedenaście koszul frakowych po śp. ministrze Agenorze Gołuchowskim. Cenną zdobycz zaniosłam natychmiast tak zwanemu Komitetowi Krakowskiemu, który opiekował się ludnością przybyłą z Krakowa. Na czele Komitetu stali wówczas profesorowie Kot i Goetel.

 

Zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju garderobę męską było oczywiście gwałtowne. Ministerialne frakowe koszule, uzbrojone zresztą w groźne "vatermoerdery" (wysokie, sztywne kołnierze), zostały więc przyjęte entuzjastycznie i wylądowały natychmiast na grzbietach potrzebujących. Lwów był w owej chwili miastem podobno milionowym. Trudno się było przeciskać ulicami, gdyż dosłownie cala Polska tu się zjechała. Wszystkie możliwe środki lokomocji barykadowały ulice. Po chodnikach poruszać się nie można było wcale. Cisnęły się tam setki tysięcy ludzi, którzy w bezmyślnej ucieczce, bombardowani wielokrotnie w drodze, utraciwszy wszelkie mienie i nieraz kogoś z najbliższych, tutaj się zjechali, a teraz nie mieli pojęcia, co dalej ze sobą robić. Wyjazd legalny do Rumunii był od chwili wkroczenia bolszewików niemożliwy, a przejście na Węgry utrudnione. Pomimo to jedni wyjeżdżali lub wychodzili, a drudzy, liczniejsi, ciągle jeszcze przyjeżdżali. Wszyscy bez przerwy pytali jedni drugich: "Co będzie?".

 

Problem ogólny uchodźców był ciężki z powodu braku żywności i pomieszczenia. Sytuacja jednak poprawiała się z każdym dniem. Aprowizacja ze wsi ożyła, a fala ludzka poczęła odpływać na Zachód, na "tamtą stronę" pod Niemca, który się cofnął za San. Przejście rzeki było trudne, ale wówczas jeszcze możliwe. Tłumy na ulicach po paru dniach wyraźnie rzedły, równocześnie sylweta jesiennego Lwowa została wzbogacona o nutę nową, o dużą ilość ludzi w świtkach i czapkach futrzanych - ziemian, którzy zdołali się schronić do miasta. Oni to przywieźli pierwsze wiadomości o mordach - sporadycznych zresztą - oraz o licznych aresztowaniach "pomieszczyków" po wsiach. Wówczas też przyjechał urzędnik z Jagielnicy, majątku mego brata pod Czortkowem, i doniósł mi, że brat mój z siostrą wyjechali na dziesięć minut przed wkroczeniem bolszewików, w kierunku granicy rumuńskiej. Wydostali się oboje z siostrą w ostatniej chwili przez Zaleszczyki, gdzie spotkali cały szereg krewnych i znajomych. Później mieli dotrzeć do Genewy. Dowódca pierwszej watahy zapytał, wjeżdżając na folwark, o brata, wymienił jego nazwisko i oświadczył, że ma zamiar go zastrzelić.

 

Pierwsze wiadomości z Komarna ode mnie z domu przywiozła moja wierna służąca Andzia, prosta dziewczyna ze wsi. Taszczyła ciężką walizkę. Za nią kroczył monumentalny jej opiekun, siedemdziesięciopięcioletni Mateusz, emerytowany służący i tyran domowy, o śnieżnych, "franciszko-józefińskich" bokobrodach. Przywitawszy się, Andzia wskazała na walizkę i oświadczyła: "Przywiozłam papiery i zeszyty naukowe. Proszę zobaczyć, czy jest wszystko". Było wszystko, m.in. jeden mój rękopis gotowy do druku, owoc ośmioletniej pracy. "Mam jeszcze i inne rzeczy, ale przywiozłam najpierw naukowe, bo wiedziałam, że te najważniejsze". W Komarnie odbyły się z chwilą wyjścia władz polskich wizyty chłopów we dworze i sceny normalne w każdej naszej pożodze. Następnie weszli Niemcy, którzy po paru dniach pobytu i bardzo dokładnym rabunku musieli się cofnąć aż do Przemyśla.

 

Od tego czasu rządziły tam miejscowe komitety ukraińskie, przypływ elementów sowieckich był na razie bardzo słaby. Odtąd płowa Andzia znów przy mnie zamieszkała. Wyjeżdżała często do Komarna po aprowizację dla mnie i dla moich przyjaciół, przywoziła - z dużym zresztą narażaniem się - bardzo cenną żywność i sporo moich rzeczy osobistych. Zjeżdżali też do mnie dość często chłopi miejscowi i służba folwarczna i opowiadali, co się dzieje. Przywozili też nieraz prowiant. Pamiętam, że otrzymałam raz w prezencie ser owinięty w dwie kartki jednej z ilustrowanych publikacji o malarstwie florenckim XV wieku z mojej biblioteki.

 

Bolszewików zjeżdżało tymczasem coraz więcej, mężczyzn i niezwykle brzydkich kobiet. Kupowali wszystko, co im podpadało pod rękę. W każdym sklepie było ich pełno. Wyżej opisana scena z grzechotką powtarzała się wiele razy dziennie. Ponieważ zaś przeznaczenie wielu przedmiotów nie zawsze było im znane, przeżywali i pewne niepowodzenia, jak na przykład ukazanie się towarzyszek w teatrze w powłóczystych jedwabnych koszulach nocnych, nabywanie hegarów do podlewania kwiatów itd. Z ich zachłannością w zdobywaniu towaru dziwnie nie licowało ciągle opowiadanie o zasobności Rosji, o tym, że w Sowietach jest wszystko, czego dusza zapragnie. Na zapytanie lwowian: A czy Kopenhaga jest?, zapewnili, że jest, i to milionami. A pomarańcze są? Jeszcze i ile! Zawsze było dużo, ale teraz, gdyśmy zbudowali tyle nowych fabryk, to jest jeszcze więcej!

 

Już dość prędko mieliśmy się zetknąć po raz pierwszy z nowymi władzami na terenie własnym, na uniwersytecie. Zaproszono na meeting 29 września profesorów, docentów, asystentów, studentów i woźnych do Collegium Maximum. Zebranie było bardzo liczne. Nad katedrą u góry wisiał portret Stalina, z profilu, kolorowy, rozmiarów olbrzymich. Takie dymensje znane nam były jedynie z Bizancjum; portret zaś, który wisiał przed nami, świadczył o mentalności odciętej zupełnie już od klasycznych korzeni, z których wyrosła niegdyś kultura bizantyńska. Patrzałam z przerażeniem na rysy i czoło, które odtąd mieliśmy widzieć zawsze i wszędzie, czy na wystawach sklepowych, czy w restauracjach, czy na rogach ulic lub w tramwaju. Twarz owa wydawała mi się zasadniczo inna od twarzy naszych, które są odbiciem naszych uczuć i myśli. Jest to chyba istotą twarzy ludzi Zachodu, owe rysy zaś, które miałam wówczas przed sobą, wydały się tych uczuć i myśli nieprzepuszczalną zasłoną. Z tej twarzy, wówczas jeszcze dla nas niezwykłej, dziś tak znanej, a zawsze równie obcej, dowiedzieliśmy się w sposób niezbity a przejmujący, że zapanowała nad nami mentalność absolutnie nam obca.

 

Tymczasem weszli na salę Sowieci, rosyjski komendant Lwowa ze świtą oraz człowiek wysoki, o grubych, lecz niezwykle inteligentnych rysach, w bluzie bolszewickiej, którego komendant wyraźnie honorował. Weszli na podium i zaprosili do siebie rektora Longchampsa z dziekanami. Przemówił pierwszy komendant, pięknym, jak mi się zdawało, językiem rosyjskim. Witał zebranych, oświadczył, że sam pragnął otworzyć pierwszy meeting w tym gmachu, który odtąd służyć będzie kształceniu nie panów, lecz ludu. Następnie oddał głos towarzyszowi Kornijczukowi, członkowi Akademii Kijowskiej. Kornijczuk wstał, podszedł powoli do katedry i stamtąd zaczai mówić do nas powoli, głębokim, mocnym głosem. Mówił po ukraińsku, językiem Kijowszczyzny, odmiennym trochę od narzecza stron naszych. Mówił o wielkości i potędze prawdy i wiedzy, o tym, ile kultura polska wniosła do kultury świata, oddał hołd wielkości Mickiewicza w słowach wyjątkowo pięknych, mówił dalej z porywającą już wymową o sile i wartości nauki, która ludzkość jednoczy, o posłannictwie uniwersytetów, w szczególności Wszechnicy Lwowskiej, której zadaniem jest złączyć obie kultury, polską i ukraińską, w jedną całość. Pomimo że nie rozumiałam każdego słowa i że niejeden zwrot mi umknął, zawsze wspominać będę tę mowę jako jedną z najbardziej porywających, jakie w życiu słyszałam. Gdy Kornijczuk skończył, zgłosiły się przyszłe asy komunistyczne uniwersytetu - Ukraińcy, Żydzi i Polacy. Zaczęły się sypać demagogiczne frazesy. Gdy padło zdanie o wykluczeniu klas dawniej "uprzywilejowanych" z uniwersytetu, zażądał głosu stary profesor Krzemieniewski, były rektor - uczestnik walk 1905 roku, były więzień polityczny. Gdy monumentalna jego postać ukazała się na estradzie, przyjęliśmy go żywiołowymi oklaskami. Krzemieniewski ostentacyjnie zwrócił się z ukłonem głowy do rektora i zaczął głośno i spokojnie: "Magnificencjo!", spojrzał w stronę Kornijczuka:

 

"Panie Akademiku!", wreszcie zwrócił się do publiczności: "Panie i Panowie!"

 

Niski dość wzrostem komendant miasta, pan życia i śmierci, którego mówca nie raczył w ogóle wymienić, poruszył się niespokojnie na krześle.

 

"Szanowny przedmówca" (siedzący wśród publiczności adresat wyraźnie się skulił) "chce wykluczyć część społeczeństwa z dostępu na uniwersytet, a ja mu na to odpowiem:

 

Jeśli Nauka jest jedna, tak jak jest Prawda jedna, jeśli nie uznajemy różnic klasowych, to dla mnie wszyscy są równi, chłop, robotnik, inteligent i szlachcic. Ja będę kształcił chłopa, robotnika, inteligenta i szlachcica. Mnie nie obchodzi pochodzenie człowieka, który chce służyć Nauce i Prawdzie".

 

Na piskliwe reakcje przeciwników Krzemieniewski nie odpowiedział i zszedł z estrady wśród owacji całej niemal sali. Teraz komendant wstał, miał minę niepewną, jakby się coś nie wiodło, co sam nie bardzo rozumiał i przeczytał nam depeszę zebranych do Stalina. Była ona ułożona w sposób ostrożny, niezbyt wiernopoddańczy, widocznie by nas zbytnio nie zrazić. "Kto jest za wysłaniem, niech podniesie rękę". Na kilkuset obecnych podniosło się kilkanaście rąk. Komendant z ledwie dostrzegalnym uśmiechem zapytał powtórnie: "A kto jest przeciwny?". Oczywiście ani jedna ręka nie poszła w górę. Teraz z wyraźnym już uśmiechem oświadczył: "Wniosek o wysłanie telegramu przyjęty jednomyślnie".

 

Wyszliśmy z uczuciem niesmaku. Było już szaro. Pomimo wszystko jednak byliśmy pod wrażeniem mowy Kornijczuka, pełni nadziei, że Uniwersytet Jana Kazimierza da się uratować, że będziemy mogli go bez uszczerbku uchronić do wiosny, jako naufragi in Patriae ereptum monumentum. W parę tygodni później mieliśmy się dowiedzieć, że tego samego dnia, o godzinie dziewiątej wieczorem, ten sam Kornijczuk wygłosił drugą mowę, zapewne równie płomienną, tym razem na zebraniu ukraińskim, w której obiecał wykluczenie wszystkich elementów polskich z Uniwersytetu Lwowskiego. A myśmy ciągle czekali. Mieliśmy wrażenie, że Przeznaczenie nas prowadzi w nieznane, a byliśmy ciekawi niezmiernie. Muszę przyznać, że u mnie na przykład ta ciekawość historyka, przed którym nagle otwiera się możliwość zetknięcia się z jednym z głównych ruchów współczesnych, przeważała nade wszystko. Jeśli już tak się stać musiało, że kraj cały na szereg miesięcy - aż do wiosny - utracił niepodległość, to byłam zadowolona, że się znalazłam po stronie sowieckiej. To doświadczenie było na pewno ciekawsze, poza tym przecież pojęcie godności ludzkiej, która tworzy podstawę naszego wewnętrznego bytu, zajmuje duże miejsce w teorii komunizmu, a przez Hitlera zostało przekreślone i zastąpione zoologicznym kultem rasy.

 

Wiadomości, jakie nas dochodziły "z tamtej strony", zdawały się to potwierdzać. Słyszeliśmy z radia o masowych rozstrzeliwaniach w naszych prowincjach zachodnich, dowiedzieliśmy się wreszcie o aresztowaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i o ich wywiezieniu do obozu koncentracyjnego. Ta ostatnia wiadomość oczywiście podziałała na nas jak piorun. Za nią płynęły już bez przerwy audycje radiowe o rozbiciu wszelkich ośrodków kulturalnych, o metodycznym niszczeniu bibliotek i archiwów, wszystkich śladów naszej przeszłości historycznej. Choć łudziliśmy się jeszcze nadzieją, że to nie może być wszystko prawdą, że choć część tych wiadomości należy kłaść na karb propagandy antyhitlerowskiej, to jednak w przeciwieństwie do tego przyznać było trzeba, że Sowieci okazywali poszanowanie dla nauki i kultury, które zapewne pozwoli wiele uratować. Wrażenie to jeszcze się utrwaliło, gdy uniwersytet został naprawdę otwarty. "Wszyscy mają wykładać normalnie", brzmiało polecenie. Zabraliśmy się więc do roboty, jak gdyby nigdy nic. Wykładałam i ja. Zespół słuchaczy był dość osobliwy. Polskiej młodzieży męskiej nie było ani śladu, ukrywała się, uczniowie przychodzili pojedynczo do naszych mieszkań po książki i po wskazówki do dalszej pracy. Na wykłady chodziły dawne słuchaczki, które twierdziły, że godziny spędzone ze mną ułatwiały im jakoś przetrwanie, oraz słuchacze nowi, narodowości niepolskich, przysłani przez nowe władze. Ponieważ, według dawnego planu, wykładałam najspokojniej w świecie malarstwo sieneńskie XIV wieku, biedni ci przybysze odsiadywali godziny bezradnie, wpatrzeni nie w przezrocza na ekranie, tylko w pustkę gdzieś przed siebie. A przychodzić musieli, bo kontrolowano nas wszystkich ściśle. Nieraz zasypiali i akompaniowali mojemu wykładowi rytmicznym chrapaniem, podczas gdy ja starałam się tłumaczyć, kim był Simone Martini, przyjaciel Petrarki...

 

Rządy na uniwersytecie sprawował rektor Longchamps, jeszcze w poprzednim roku akademickim legalnie wybrany, aż go pewnego dnia zwolnił następca, profesor Uniwersytetu Kijowskiego, Marczenko. Mówił wszystkim, że jest synem i wnukiem wyrobnika, zresztą nikt się wiele od niego nie dowiedział, bo nie był mądry, czego nie można było powiedzieć o jego nieodstępnym towarzyszu Łewczence. Ten ostatni był "komisarzem politycznym" uniwersytetu, nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest, ale nazwa nam się nie podobała. Towarzysz Łewczenko też się zainteresował nami żywo, aczkolwiek nigdy w sposób natrętny. Otrzymaliśmy formularze do wypełnienia, coś w rodzaju curriculum vitae. Dwie rubryki były w tym naprawdę ważne, pochodzenie społeczne oraz ilość zrobionych wynalazków. To ostatnie trochę nas zdziwiło. Starałam się wytłumaczyć sekretarce Łewczenki, że humanista, a szczególnie historyk, nie uważa, aby celem jego badań naukowych był właśnie wynalazek. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i powiedziała tonem pobłażliwym:

 

"No, to trudno, towarzyszko, jeśliście ani jednego wynalazku nie zrobiła, to trzeba to napisać".

 

Tenże Łewczenko kazał nam też założyć kooperatywę dla stałych pracowników uniwersytetu, od profesorów do woźnych. Gdy po paru tygodniach w tym konsumie zabrakło żywności, zażądał komisarz wykluczenia woźnych. Na oświadczenie, że takie postępowanie nie odpowiada naszemu poczuciu społecznemu, Łewczenko odpowiedział zniecierpliwiony:

 

"Bo też u was jest ta jakaś równość, u nas tego nie ma".

 

Tymczasem powstawały ciągle, i jakby niepostrzeżenie, coraz to nowe katedry dla fachów nowych, dla darwinizmu, leninizmu, stalinizmu i inne. Katedry te obsadzane były zawsze przybyszami z Kijowa. Pewnego dnia medycyna została wyłączona jako "Medinstytut" samodzielny, co oczywiście znów znacznie uszczupliło grono profesorów polskich na uniwersytecie. W tym samym czasie zlikwidowano też szereg katedr, jedną po drugiej w pewnych odstępach - były to katedry prawnicze i humanistyczne. Z Wydziału Prawa nie zostało wkrótce nic zupełnie, a grono nasze topniało z każdym dniem.

 

Z początkiem zimy przyjechała z wizytą grupa profesorów z Moskwy. Zachowywali się poważnie i rzeczowo, niektórzy nawet zdradzali częściową znajomość form cywilizowanych. Do spraw Wydziału Historycznego przyjechał profesor Gatkin. Zamówił i mnie na rozmowę do dziekanatu. Wymiana myśli napotykała jednak poważne trudności techniczne, gdyż mój interlokutor, profesor historii Niemiec, nie władał w ogóle żadnym językiem poza rosyjskim. Ponieważ zadawał mi ciągle pytania co do moich studiów i specjalności, a odpowiedzi w żadnym języku nie rozumiał, z rozpaczy zaczęłam mówić do niego strzępami łaciny. Teraz Moskal bardzo głową kiwał, i choć sam słowa po łacinie nie powiedział, dalszych pytań jednak zaniechał. Podczas tej "rozmowy" wszedł profesor Kuryłowicz. Gdy usłyszał mnie mówiącą do Moskala strzępami łaciny, wycofał się błyskawicznie, nie mogąc opanować wesołości. Wreszcie Gatkin oświadczył po rosyjsku, że cały wydział, szczególnie grupa archeologii i historii sztuki, musi być bardzo rozbudowany, bo brak jest muzeologów, i że mam jak najprędzej pojechać zwiedzić Ermitaż. Na tym się skończyło. Gdy w parę dni potem profesorowie rosyjscy wyjeżdżali, pożegnali się z naszymi, prosząc z naciskiem, żeby na wypadek jakichkolwiek trudności zwrócić się do nich. Skąd miały się wyłonić owe trudności, zaczęło się pokazywać nieomal bezpośrednio po ich wyjeździe. Już w czasie ich bytności można było wyczuć dość duże napięcie między nimi, a napływającymi ciągle profesorami kijowskimi. Ci ostatni, póki Moskale byli we Lwowie, rozumieli doskonale po polsku. Delegacja moskiewska bowiem ciągle podkreślała, że ich nic nie obchodzi ani narodowość profesora, ani język wykładu. Po wyjeździe kolegów do Moskwy kijowianie natychmiast zapomnieli po polsku, ani słowa już zrozumieć nie mogli. Równocześnie nacisk w sprawie wykładów w języku ukraińskim stał się prawie przymusem. Minimalna była liczba profesorów i docentów, wśród nich byłam i ja, do których nigdy nie przystąpiono z żądaniem wykładania po ukraińsku. Urządzono kursy tego języka. Słabsi ulegali, wielu zaś - pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu - nadal wykładało po polsku.

 

Gdzieś w lutym 1940 zjawił się nowy dziekan naszego Wydziału Historycznego, prof. Brachyneć. W futrzanej czapie, w butach silnie łojem pachnących, przyjął mnie w dziekanacie i zlecił mi kurs ogólny pt. "Barok, renesans, renesans, barok". Ten dziwny tytuł najprawdopodobniej pochodził stąd, że mój nowy szef nie był pewny, które z tych dwóch słów należy wymieniać najpierw. Dowiedziałam się bowiem później, że to jedna z moich uczennic Ukrainek specjalność moją podała, robiąc dla mego bezpieczeństwa starania, abym dostała wykłady zlecone. Usuwanie bowiem kogoś, komu Sowieci sami zlecili kurs, do tego czasu jeszcze nie miało miejsca. Towarzysz Brachyneć nie znał też podobno liter łacińskich, w każdym razie nic nigdy nie przeczytał przez cały okres swego dziekanatu, co by było tymi literami napisane. Były mu one zresztą zupełnie niepotrzebne, skoro był profesorem leninizmu i stalinizmu. Wraz z usunięciem profesora znikał też jakoś jego zakład. Książki z zakresu filozofii niematerialistycznej i bardzo wiele innych książek, nie odnoszących się entuzjastycznie do naszych wschodnich sąsiadów (a takich prac było sporo), wędrowały do Prohibitur, natomiast wyszły stamtąd i zostały oddane do dyspozycji publiczności książki pornograficzne.

 

Praca na uniwersytecie chroniła podwójnie - i osobę, i mieszkanie. Miałam sposobność przekonać się o tym w zetknięciu z towarzyszem Pawłyszeńką, kapitanem Armii Czerwonej. 19 listopada 1939 zjawił się bowiem u mnie oficer sowiecki i zajął jeden pokój. Tłumaczyłam mu, że przyjęłam już do siebie rodzinę, której mieszkanie we wrześniu zniszczyła bomba, a do trzech pokoi mam prawo jako pracownik uniwersytetu, mieszkając z wychowanicą (Andzią) i posiadając bibliotekę. Nic nie pomogło. Wlazł i rozgościł się. Gdy byłam w mieszkaniu siedział mniej więcej cicho, gdy wychodziłam - szalał. Pierwszej nocy latał po pokoju jak opętany, myśmy obok siedziały z Andzią i czekały, uzbrojone w możliwie duże patelnie. Wreszcie około drugiej zaczął przesuwać u siebie wszystkie meble - budował barykadę przy drzwiach do mojego pokoju. Widocznie niepokoił go los kilku lokatorów sowieckich, których w lwowskich mieszkaniach robotniczych przeprowadzono nocą na tamten świat. Ten jego manewr podziałał na nas kojąco, widocznie zaś i jego nerwy się odprężyły, gdyż po chwili usłyszałyśmy potężne chrapanie. Zasnęłyśmy więc i my jak kamienie. Rano przedstawienie zaczęto się na nowo. Zasięgnąwszy informacji o mnie u stróża, wpadł do mieszkania i z ogromnym wrzaskiem zażądał od Andzi moich złotych mebli, które przed nim ukryłam. Tłumaczył jej, że on wie dobrze, że taka "pomieszczyca" przed wojną miała meble szczerozłote. On nie taki durny, żeby uwierzyć, że mieszkała w tych paskudnych gratach (miałam stare włoskie meble niepoliturowane), które teraz pokazuję. Wpadł do mojego pokoju, oglądał bibliotekę, w której było szczególnie dużo książek włoskich, i pokazawszy nieprawdopodobną ilość białych kłów zaczął wykrzykiwać: "Faszystowska biblioteka!" W tej samej chwili wróciłam do domu i weszłam do pokoju. Pawłyszeńko mi oświadczył:

 

"Ja was budu aresztowaty".

 

"Teraz nie mam czasu" - odpowiedziałam z godnością i powagą. -"Muszę iść na uniwersytet"

 

Zapytał wtedy, już znacznie ciszej, kiedy będę wolna; umówiliśmy się na trzecią po południu. Oczywiście nie stawiłam się na to spotkanie, stawili się natomiast trzej bracia Andzi, chłopi z naszych stron, obecnie robotnicy lwowscy. Pawłyszeńko na widok tych trzech budrysów podobno zbladł, a oni mu oświadczyli krótko i węzłowato, że jeśli ich siostrze włos z głowy spadnie, to on będzie miał z nimi do czynienia. Najmłodszy powiedział mi wieczorem, że mój lokator wygląda jak "tygrys na malunku". Definicja była bardzo ścisła.

 

Wynosiłyśmy w tych dniach z mieszkania co się dało i składałyśmy u znajomych. Stwierdziłam wówczas, jak bardzo niewygodnie jest cokolwiek posiadać, wkrótce miałam się dowiedzieć, że nieposiadanie niczego jest również niewygodne. Współżycie jednak okazało się zupełnie niemożliwe. Pawłyszeńko starał się niszczyć wszystko, z czym nie umiał się obchodzić; wyrzucił z kuchni wszystkie bardziej skomplikowane urządzenia. Szczególnie groźną postawę zajął wobec instalacji wodociągowych. Już Andzia mnie uprzedziła, że "coś jest źle, bo on daje nura do klozetu". Na drugi dzień latał już za nią z rewolwerem, oskarżając o sabotaż. Za jej to sprawą bowiem woda po pociągnięciu za łańcuch nie spływa bez przerwy, tak że on nigdy nie może nadążyć z umyciem głowy. Nie było już w domu chwili spokojnej. Gdy wychodziłam, nie pozwalałam i Andzi zostawać w mieszkaniu, bo niebezpieczeństwo dla młodej i ładnej dziewczyny wzrastało z każdą chwilą. Gdyśmy wracały, zawsze zastawałyśmy jakąś nową katastrofę.

 

Postanowiłam więc pójść do prokuratury wojskowej i podjąć walkę z moim lokatorem. Przyjaciele moi byli przerażeni. "Jak pani ten próg przekroczy, nigdy już pani stamtąd nie wyjdzie!" Ja zaś nie miałam ochoty czekać, aż mnie wykończy Pawłyszeńko i poszłam w towarzystwie Andzi i moich "sublokatorek" na ulicę Batorego. Przyjął nas prokurator i wysłuchał uważnie. Najmądrzej i najodważniej mówiła Andzia, która umiała dobrze po ukraińsku. Prokurator kazał nam spisać w domu protokół i wrócić na drugi dzień. Spisałam więc wszystko, sublokatorki przetłumaczyły na język ukraiński. Na drugi dzień prokurator znów gadał z nami i kazał powtórnie wrócić "zawtra". Gdyśmy tak szły po raz piąty, przyjaciele się ze mną żegnali, nieomal jakbym odchodziła na wieki. Po dokładnym spisaniu moich personaliów wraz z przedwojennym stanem posiadania kazano nam wrócić do mieszkania, z tym, że tam otrzymamy odpowiedź. Wieczorem po wykładzie zastałam u siebie sytuację nową. Na drzwiach wisiało pismo, że tu mieszka Profesor Uniwersytetu, że mu mieszkania zająć nie wolno. Andzia i "sublokatorki" stały w sieni, na mój widok zaczęły opowiadać wszystkie równocześnie, że przed chwilą był tu wiceprokurator z Pawłyszeńką, że ten ostatni był bez broni, oznaki oficerskie miał zdarte, a na głowie zamiast furażerki miał rodzaj barchanowego hełmu, jak każdy sołdat. Wiceprokurator kazał mu zabrać rzeczy i oświadczył osłupiałym niewiastom, że towarzysz został ukarany za zhańbienie honoru Armii Czerwonej, a "chadziajka" ma już odtąd spokojnie pracować naukowo. To ostatnie życzenie niestety spełnić się nie miało. Już spokój dni najbliższych był poważnie zakłócony niezliczonymi wizytami znajomych i nieznajomych, którzy mieli Sowietów w mieszkaniach, a chcieli koniecznie wiedzieć, jak to się robi, żeby sobie poszli. Wizyty, które zaczęły przychodzić po nich, były mniej niewinne. Okres wojskowej okupacji Lwowa się skończył, władzę objęto NKWD. Atmosfera miasta zmieniała się z dnia na dzień. Do osób podejrzanych o "zapatrywania antyrewolucyjne" włazili o wszystkich godzinach do mieszkań komisarze ubrani po cywilnemu w nowiutkie brązowe kurtki skórzane lub wojskowi w czapkach z granatowym denkiem. Ze mną był kłopot szczególny; byłam notoryczną "pomieszczycą", a zarazem - dzięki uniwersytetowi - nietykalną, niczym poseł. Strasznie ich to złościło:

 

"A szczo wy robyły pered wojnoj?" -pytali z ironią.

 

"To samo, co teraz, uczyłam na uniwersytecie, tylko miałam spokój i mogłam poza tym pisać książki, a teraz to nawet wykładów nie mogę przygotować, bo co rano kolbami walicie w moje drzwi, potem wchodzicie, siedzicie, pytacie, co dzień o to samo, uniemożliwiacie wszelką pracę, a przy tym się mówi, że w Sowietach dbają o pracę naukową".

 

- "A że wy grafini".

 

- "U was to nie wiem, ale w Polsce to nie""

 

- Jako w Polsze niet?"

 

- "Konstytucja nie uznawała tytułów".

 

Gdy padało święte słowo "konstytucja", baranieli. Pokazywałam wówczas moje dokumenty i legitymacje, oczywiście bez tytułu dziedzicznego.

 

- "Prawilno że nema! Ałe wasz bat'ko, kto był?"

 

-"Mój ojciec był mecenasem sztuki". Na takie dictum moich interlokutorów brała rozpacz.

 

"Chodyte na NKWD".

 

Poszłam. Tam się scena powtarzała. Mecenas sztuki bardzo się przydawał, nikt nie wiedział, co to za zwierz. Raz jednak się znalazł komisarz, który mu prawie dał radę. Był to chłop ogromny w futrzanej czapie. Wyszczerzył zęby na mnie od ucha do ucha i powiedział:

 

"Ale my znamy, że wy grafini z dida pradida".

 

- "Z dziada pradziada to tak, ale w Polsce to nie, bo konstytucja nie uznawała tytułów".

 

I tak "w koło Macieju".

 

Sprawy polityczne też szybko posuwały się naprzód. Skoro -wedle Konstytucji - kraj może tylko sam decydować, czy chce przynależeć, a raczej prosić o przyjęcie do Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, Zachodnia Ukraina miała więc dość szybko po uwolnieniu wyjawić wolę swego ludu. Został ogłoszony plebiscyt i kampania rozpętana. Polskie Radio z Francji nawoływało w imieniu Rządu do głosowania, ponieważ wszelkie plebiscyty, organizowane przed zawarciem traktatu pokojowego, są ipso facto nieważne, Rząd Rzeczypospolitej nie życzy sobie, aby się którykolwiek z jej obywateli narażał, nie idąc głosować. Było to przykre bardzo, ale głosowaliśmy prawie wszyscy. Mnie się udało dzięki fałszywej ortografii mego nazwiska nie znaleźć siebie na liście i nie głosować, ale był to przypadek. Tego dnia wieczorem o jedenastej (głosować można było do północy) wpadł do mnie patrol milicji z wielkim krzykiem, uzbrojony po zęby, z pretensjami do mnie, dlaczego mój mąż nie głosował. Oświadczyłam, że za niego nie odpowiadam, bo wpływu na niego nigdy nie miałam. Irytacja gości na mego męża wzrastała. Dopiero gdy zrozumieli, że nie mogę doprowadzić nieistniejącego człowieka do głosowania, ryknęli śmiechem i poszli.

 

Później odbyło się głosowanie drugie. Po wielomilionowym, żywiołowym wyjawieniu się woli ludu Związek Socjalistycznych Republik raczył przyjąć tego Beniamina. (W listopadzie 1939 r. Zachodnia Ukraina została przyłączona do Ukrainy), Zachodnią Ukrainę do grona rodziny, teraz trzeba było wybrać jej przedstawicieli. Fotografie kandydatów wraz z wydrukowanym życiorysem widniały na murach domów. Jednym z głównych przedstawicieli Lwowa był profesor Studynśkyj, który jako wybitny badacz literatury ukraińskiej został dla nadzwyczajnych zasług jeszcze przez Austrię mianowany profesorem nadzwyczajnym; gdy zaś w roku 1918 zapanowała wroga mu Polska, zdegradowała go na profesora zwyczajnego (sic!) itd., itd. I tym razem Rząd Polski zajął to samo stanowisko, głosowaliśmy więc wszyscy. Wiem, że opór tu nie miałby sensu, ale przyznaję pomimo to, że taki akt pozostawia po sobie duże poczucie niesmaku. Głosowanie było tajne, milicjant odprowadził Andzię i mnie za kurtynę do urny i przypilnował wrzucenia wręczonej nam uprzednio kartki. Wola ludu objawiła się więc i wola Konstytucji była spełniona.

 

Tymczasem robiło się coraz duszniej i coraz ciaśniej wokoło nas. Dnie były coraz krótsze i coraz ciemniejsze, zaczęty się silne mrozy owej wyjątkowo srogiej zimy, a nam z każdym dniem coraz bardziej ciążyła ta najstraszniejsza na świecie rzecz, jaką jest niewola. Brnęliśmy w nią coraz głębiej, tak jak coraz wyżej piętrzyły się przed nami góry brudnego śniegu na ulicach sowieckiego Lwowa. Mnożyły się aresztowania. Brali przede wszystkim młodzież męską. W Brygidkach było jej pełno, poza tym chłopcy znikali gdzieś bez śladu. Poszli wpierw młodziutcy za śpiewanie patriotycznych pieśni w szkole. Znikli - i wtedy po raz pierwszy gruchnęła między nami pogłoska złowroga, padło po raz pierwszy zdanie: "Wywieźli ich do Rosji". Powtarzały się sceny z opowiadania Sobolewskiego z III części Dziadów - słowo w słowo - z tą tylko różnicą, że tym razem pojechało tych dzieci bardzo dużo.

 

Później poczęli znikać i dorośli, i tych było niemało. Znikali bez śladu, tylko wzdłuż toru kolejowego znajdowano kartki: "Wywożą nas do Rosji. Zaklinamy was, upominajcie się o nas po wojnie" i szereg podpisów. Profesorów nie brali. W pierwszych dniach tylko znikli Leon Kozłowski, Stanisław Grabski i Ludwik Dworzak, prokurator w procesach komunistycznych, od tego czasu był spokój. Za to wśród inteligencji były aresztowania liczne, nie mówiąc o oficerach, których zabrali zaraz po kapitulacji, a których wielka część dawała znać o sobie z Kozielska i ze Starobielska. Cieszyliśmy się, że są razem w grupach, łatwiej im będzie przetrwać...

 

Wywozili też szczególnie nam drogich. Raz w niedzielę zabrał mnie ze sobą jeden z naszych asystentów, wzięliśmy prowiant i poszliśmy do dawnego szpitala Ubezpieczalni, do rannych wojskowych, którzy tam jeszcze leżeli. Moskale pozwalali na ich odwiedzanie, notowali zaś odwiedzających i kręcili się między łóżkami, przysłuchując się naszym rozmowom. Wynędzniali i zagłodzeni lwowianie tam byli i przynosili rannym to wszystko, czego sami nie mieli. Wiadomo było, że ci ludzie, jeśli wyzdrowieją, będą wywiezieni w nieznane, ale tymczasem niech czują, że jeszcze są we Lwowie. Z jednej z sal prowadziły drzwi do małego pokoju. Chorzy i odwiedzający zwracali z widoczną uwagą oczy ku tym drzwiom, gdy się tylko otwierały.

 

Tam niczego nie trzeba, ma wszystko, stan był ciężki, teraz już lepiej. Na pewno go już prędko wywiozą, na to rady nie ma",

 

szepnął mi mój towarzysz. Wtem musiał się spostrzec, że się nie orientuję, o kim mowa, bo dodał:

 

"Tam leży generał Anders".

 

Tymczasem zmieniało się i zewnętrzne oblicze miasta. Polskie nazwy ulic zastąpiono ukraińskimi, znikły polskie szyldy na sklepach i przedsiębiorstwach. Polscy właściciele tych instytucji siedzieli wywłaszczeni w jednym pokoju swych dawnych mieszkań i tak samo jak ekswłaściciele kamienic - czekali. Gdy im poza nieruchomościami zabierano i ruchomości, tj. urządzenia mieszkania, a oni się upominali, że wedle brzmienia Konstytucji mają do tych rzeczy prawo, otrzymywali wyczerpującą odpowiedź: "Konstytucję stosujemy tam, gdzie już jest porządek, tutaj dopiero musimy zrobić porządek, potem wprowadzimy w życie Konstytucję". Po takim oświadczeniu ludzie czekali dalej, aż się miało spełnić ich przeznaczenie.

 

Z wolnych zawodów najlepiej wiodło się z początku lekarzom. Mieszkania ich były nietykalne. Leczyli się u nich Sowieci, w szczególności dzieci sowieckie, które były wielokrotnie w stanie fatalnym. Wśród nich było wyjątkowo dużo wypadków gruźlicy kości. Dzieci zdrowe też były dziwnie niedziecinne. Chodziły po ulicach poważne i blade - nie śmiały się nigdy i nigdy nie biegały, bezgraniczny smutek przemawiał z ich dużych oczu, rezygnacja i jakby beznadziejne zmęczenie. Z początku wystawały przed sklepami i patrzała - nawet wtedy im się oczy nie śmiały. Ale na wystawach sklepowych robiło się pusto, towarów nie było, na ich miejscu stawał portret Stalina.

 

Tylko w antykwariatach było i oraz ciaśniej, rzeczy coraz ładniejsze tam wypływały - to Lwów wyprzedawał swoją tradycję i swoją kulturę, żeby żyć. A o to było właśnie najtrudniej. Nie tylko żywności, ale i wszelkiego rodzaju towarów trzeba było szukać poza sklepami. Pierwszym tego rodzaju targiem stal się pasaż Mikolascha w samym sercu miasta. Chodziłam tam regularnie i spędzałam tam dużo czasu. Kupowałam bowiem lekarstwa, zastrzyki, watę, ligninę i wszelkiego rodzaju opatrunki. Zdawało mi się, że to jest pierwsze, co robić należy, aby przygotować się na tę wiosnę, "obfitą we zdarzenia"...(Cytat pochodzi z XI księgi ("Rok 1812") Pana Tadeusza A. Mickiewicza ("O wiosno! Kto cię widział wtenczas w, naszym kraju [...] obfita we zdarzenia, nadzieję brzemienna...)

 

Kupowałam od nieprawdopodobnych handlarzy ten towar, widocznie porwany z aptek przed ich upaństwowieniem. Składałam te skarby u siebie i u znajomych i zdawało mi się, że się jeszcze na coś przydaję. Chodziło mi oczywiście o zupełną tajność tej sprawy. Toteż byłam zła, gdy raz porządkowałam u siebie dużą ilość rozłożonych po dywanie opatrunków, w czym mi pomagała bliska znajoma, Jadwiga Horodyska, rzeźbiarka, a weszła w tej chwili przyjaciółka tej ostatniej, Renia Komorowska, żona pułkownika. Irytowało mnie, że ta nieznana mi prawie osoba to wszystko widzi i zapewne przy sobie nie zachowa.

 

Po paru miesiącach milicja poczęła zbytnio się interesować pasażem, dwukrotnie zamknęła wszystkich, których tam zastała, przenieśliśmy się więc za gmach Skarbkowski, na żydowskie przedmieście Lwowa. Tam na dużym placu, wśród niesamowitych mas śniegu i błota, wśród nieprzebranych tłumów wszelkiego rodzaju szumowin i ludzi cywilizowanych, kupowało się i sprzedawało absolutnie wszystko, czego było i czego nie było potrzeba. Były tam i meble, i części samochodów i wszelkich innych maszyn, i czarna giełda na dolary, i obrazy, i firanki, i kołdry, koce, prześcieradła, poduszki nowe i stare, fenomenalnie brudne, spodnie męskie nowe i przenoszone, całe i podarte, cerowane i niecerowane, były wszystkie inne części garderoby męskiej i damskiej, od sukien wieczorowych do kwiecistych barchanowych szlafroków, były klucze i gwoździe, była porcelana cała i nadbita, guziki i szpilki, srebra prawdziwe i nieprawdziwe, instrumenty lekarskie i muzyczne oraz tłumaczenia romansów kryminalnych Wellsa. To wszystko się sprzedawało i kupowało wśród niezmiernego wrzasku i ścisku.

 

Gdy się tylko pokazywałam, moi dostawcy środków opatrunkowych zaraz zjawiali się przy mnie. Nazywali mnie doktorką i radzili mi sprzedawać chorym ten towar bardzo drogo, bo go już wkrótce nie będzie. Tymczasem inny handlarz sprzedawał koło mnie kajdanki, zupełnie nowe, które szerokim rzędem zwisały mu z ramienia, a obok na jednej z bud widniało żółte kółko gumowe dla chorego z przetkniętą przez środek mandoliną. Tę martwą naturę zapamiętałam sobie przez te długie lata. Patrzałam na to wszystko i przerażenie mnie ogarniało na widok tego kawałka Azji, który spadł na Lwów. Tu było tak tragicznie widoczne, że się do nas wdarł Wschód i że nas zalewa.

 

Wszelkim zresztą tego rodzaju wyprawom w celach handlowych i inwestycyjnych położyło kres zarządzenie sowieckie z 21 grudnia 1939, unieważniające walutę polską. Z godziny na godzinę stanęliśmy wszyscy wobec niczego. Szok był silny, zdenerwowanie w mieście ogromne. Ludzie, nie wiedząc o niczym, wchodzili do sklepów i żądali towarów. Na zapytanie kupca, czy mają ruble, bo złote już nie istnieją, osłupieli, trzeba ich było ze sklepu wyprosić. Inni wsiadali do tramwaju; gdy chcieli płacić, a nie mieli sowieckich pieniędzy, konduktor zatrzymywał tramwaj i kazał wysiadać. Nikt nic nie rozumiał. "Gdzie i po jakim kursie wymienia się złote na ruble?" "Po żadnym i nigdzie, złote są nieważne". Minimalna liczba Polaków we Lwowie miała wówczas ruble, trzeba było na to pracować u Sowietów. Przez Święta Bożego Narodzenia sytuacja była rozpaczliwa; potem się do pewnego stopnia poprawiła, dzięki czarnej giełdzie. Żydzi kupowali złote, ważne jeszcze "po tamtej stronie" u Niemca, i dawali za dużą ilość złotych bardzo małą ilość rubli.

 

Święta były więc ciężkie, nie tylko z braku pieniędzy, ale więcej jeszcze - z zupełnego braku wiadomości politycznych. Ta panująca na całym świecie cisza przygnębiała nas pomimo wszystko, pomimo żeśmy nie wątpili, że to przecież już "nie może być długo". Napełniała nas nadzieją obecność generała Weyganda na Wschodzie, wierzyliśmy, że z wiosną alianci i ci z Bliskiego Wschodu ruszą na Niemców, no i oczywiście bolszewicy wówczas "automatycznie wyjdą stąd". Zdarzali się tacy, którzy twierdzili, że to może potrwać trochę dłużej, ale myśmy ani chwilę nie wątpili... Ponieważ dobrych wiadomości nie było, sypały się proroctwa najwspanialsze, kolportowane z ust do ust lub, co gorsza, wielekroć przepisywane, chowane po mieszkaniach, aby później przy rewizjach stać się materiałem wielce obciążającym. Na pierwszym miejscu stała przepowiednia rymowana, która wprawdzie mówiła o wojnie czteroletniej, co czasem niepokoiło głosicieli przepowiedni, ale przecież nie znaczyło to, aby wojna w Europie, a szczególnie w Polsce, gdzie się zaczęła, miała trwać tak długo, a to proroctwo obiecywało, że "krzyż splugawiony razem z młotem padnie" i że Polska będzie od morza do morza. W okresie zimowym szczególne wzięcie miało rzekome proroctwo św. Andrzeja Boboli, który obiecywał, że Rosjanie wyjdą z Polski 7 czy 9 stycznia, o czym głośno mówiły dzieci w szkołach i potem je za to aresztowano. Wernyhora też nas niepokoił coraz to nowymi objawieniami. Walka z proroctwami była ciężka, bo ludzie ich używali jako narkotyków, od których, jak wiadomo, trudno odzwyczaić kogokolwiek. Wojna Finlandii z Sowietami" również napełniała wszystkich nadzieją i wiarą w jakąś urojoną słabość Rosji, za to kapitulacja i koniec tego epizodu wywołały ogromne przygnębienie.

 

A wiadomości z tamtej strony Sanu były hiobowe. Radio ciągle donosiło o coraz to nowych wysiedleniach ludności polskiej z Pomorza i z Poznańskiego do Generalnej Guberni, jak Niemcy nazwali tę część Polski. Rok 1940 rozpoczął się dla mnie pod znakiem nowym. Drugiego stycznia złożyłam przysięgę wojskową, jako członek ZWZ - Związku Walki Zbrojnej. Od dawna pragnęłam należeć do organizacji wojskowej, lecz decyzja się opóźniała, bo związki tajne wyrastały spod ziemi jak grzyby po deszczu, ale wiele z nich nosiło wyraźne piętno partyjniactwa. Dopiero gdy mi się udało wreszcie stwierdzić, że jest organizacja wojskowa, która podlega Naczelnemu Dowództwu we Francji, rozpoczęłam starania o przyjęcie, uwieńczone złożeniem przysięgi na krucyfiks, 2 stycznia, na ręce pułkownika Władysława Żebrowskiego. Od tego dnia przez póltrzecia roku wszystkie moje myśli i uczucia koncentrowały się wokoło treści tej przysięgi. Myślę, że kto pracował w konspiracji, jeśli nie było mu dane dokonać wielkich czynów, przyzna, że niejednemu z nas data ona więcej niż my jej. Była nam ciągłym źródłem sil do przetrwania. Stałe niebezpieczeństwo wytwarza atmosferę, w której większość Polaków czuje się dobrze; za to nie odpowiadamy, odwaga nie jest zasługą. Poza tym każdy z nas zawdzięcza jej wzniosłe, wielkie chwile; dała nam też przyjaźnie zahartowane w ogniu. Ale konspiracja ma i drugą stronę. W założeniu swoim jest, a raczej powinna być, przedsięwzięciem krótkotrwałym. Po wysiłku przygotowawczym, wymagającym sprytu i ostrożności, powinien przyjść czyn, sukces, który daje odwaga. A tymczasem konspiracja Armii Krajowej trwała tyle lat! Tym samym wyrabiała w ludziach i wiele stron ujemnych. Próżność, jedno z największych niebezpieczeństw ludzkości, zawsze trafia na podatny grunt tam, gdzie się można czymś pochwalić, o czym nikt inny nie wie. Ta próżność, chełpliwa zresztą, sprowadziła na nas wiele nieszczęść. Poza tym inne niebezpieczeństwo - pochopnych sądów, tak dodatnich, jak ujemnych - było w tych warunkach bardzo duże, szczególnie przy krańcowym usposobieniu naszym, lubującym się w nominacjach na bohaterów lub na zdrajców. Przede wszystkim zaś wypaczały się charaktery słabsze i przyzwyczaiły do ciągłego kłamstwa, do ciągłej nieszczerości, do nieufności wzajemnej. Przyzwyczaiły się też - a to u młodych stanowi niebezpieczeństwo ogromne - do zupełnie nieregularnych zajęć, do utraty nieraz dziewięciu tygodni na czekanie. Odpadał obowiązek stałego, zdyscyplinowanego wysiłku i ciągłości pracy, tej podstawy każdego charakteru, który w jakimkolwiek okresie życia nie chce się wypaczyć. Tacy konspiratorzy w przyszłości zapewne więcej będą mówić o sobie do tamtych, którzy się poprzez te wszystkie lata tułali, bez nazwiska, bez imienia, bez dachu nad głową, szczuci przez wroga jednego i drugiego, dniami i nocami, często bez strawy i prawie bez odzieży, po lasach i po brudnych lochach piwnicznych, a dokonali czynów godnych homeryckiej epopei.

 

Ale wówczas, owego 2 stycznia 1940 roku, pojęcia o tym wszystkim nie miałam. Wiedziałam tylko, że jestem przyjęta i że będę pracować. Na razie roboty nie było prawie żadnej, zestawiałam biuletyny radiowe, co parę dni odbywały się u mnie zebrania oficerów, to odprawy, to narady i pertraktacje z innymi grupami. Z ludzkich spotkań owych dni pozostał mi w pamięci i sercu jeden człowiek. Nie był zawodowym wojskowym. Ze wszystkich, z którymi miałam wówczas do czynienia, miał wolę najsilniejszą i najbardziej twardą, najbardziej zimną i roztropną zarazem; był to proboszcz kościoła św. Marii Magdaleny, ksiądz Włodzimierz Cieński. Jemu się teraz zwierzyłam z własnej reakcji dla mnie samej niezrozumiałej a bardzo silnej. Na odprawy w moim mieszkaniu przychodził wysoki major "Kornel", którego widok za każdym razem wywoływał we mnie gwałtowny wstręt, pomieszany z ordynarnym strachem, z trudem podawałam mu rękę. Gdy zresztą dziś po latach o początkach tej naszej konspiracji myślę, to mi bieleje włos. Owe zebrania stale powtarzały się w tym samym miejscu, u osoby notorycznie przez swe pochodzenie narażonej, w mieszkaniu, które nie miało drugiego kuchennego wyjścia, a było ciągle nawiedzane przez władze, o czym oczywiście regularnie meldowałam przełożonym. Nie dość na tym. Pułkownik Żebrowski wkrótce u mnie zamieszkał, a zebrania odbywały się nadal!

 

Wspominając to wszystko, dochodzę do przekonania, że chyba szczęście, które mieliśmy, nie świadczy zbyt chwalebnie o naszym rozumie! W tym czasie zaczynaliśmy powoli poznawać pewne aspekty polityczne naszej sytuacji. Konstytucja daje republikom Związku dość dużą autonomię. Moskwa (przynajmniej nominalnie) rezerwuje sobie tylko politykę zagraniczną, sprawy wojskowe oraz oczywiście sprawy "bezpieczeństwa rewolucji". Resztę pozostawia "sojuszniczym rządom", w naszym wypadku - Kijowowi. Toteż odczuwaliśmy ciągle i na każdym kroku, że w życiu codziennym rządzi nami nie Moskwa, lecz Kijów, że mamy do czynienia nie z Rosją, tylko z problemami naszego tragicznego XVII wieku, z chmielnicczyzną. Od Wschodu zalała ziemie nasze, jak za Władysława IV, nieukształtowana społecznie dzicz i walczyła z nami w imię haseł społecznych wypływających w bardzo dużej części z kompleksu niższości, z nienawiści dla kultury, której najeźdźca nie posiadał. Ponieważ ta kultura była polska, trzeba było niszczyć wszystko, co polskie. Mieliśmy, o ile chodziło o sprawy powszednie, o wiele częściej do czynienia we Lwowie z prostym i nieraz bardzo prostackim nacjonalizmem ukraińskim niż z komunizmem i imperializmem rosyjskim, który się "do spraw drobnych nie mieszał". Z drugiej strony ten imperializm, z Moskwy idący, obiecywał nam (głównie przez radio) nieraz w słowach zupełnie jasnych, że czas jest niedaleki, gdy Rosja zdobędzie wszystkie ziemie polskie, że zniknie wtedy granica, "która was teraz tak boli".

 

Rosjanie też mieli przed I wojną wielką własną naukę i kulturę. Zginęły one w morzu krwi. Naukę w niektórych działach zdołano odbudować, w przeciwieństwie do kultury, bo bez tradycji kultury nie ma. Moskale o tym wszystkim wiedzą doskonale, dlatego ludzi nauki otaczają szacunkiem, o ile są absolutnie pewni, że wyniki ich badań nie sprzeciwią się nigdy i nigdzie ani koncepcjom klasowym, ani filozofii materialistycznej, ani imperialistycznym założeniom Rosji. Tymczasem zaś byliśmy na uniwersytecie świadkami walki Kijowa z Moskwą o rzecz symboliczną i tym samym ważną, o nazwę uniwersytetu. Poszło właściwie o jedno słowo. Kijów zwrócił się do Moskwy o zatwierdzenie następującej nazwy: Ukraiński Uniwersytet Lwowski im. Iwana Franko. Moskwa zgodziła się po skreśleniu słowa: ukraiński. Nie miała nic przeciwko dedykowaniu uniwersytetu poecie ukraińskiemu, ale sama uczelnia nie miała mieć przymiotnika narodowościowego. Ukazały się więc wszędzie napisy i ogłoszenia Uniwersytetu Lwowskiego im. Iwana Franko. Wiedzieliśmy jednak, że Ukraińcy nie dali za wygraną, że ten "zdekompletowany" napis ciągle ich drażnił. Rzecz poszła po raz drugi do Moskwy, z silnym poparciem wpływowych towarzyszy. Wreszcie pewnego dnia ukazały się przy wejściu na Uniwersytet dwie duże tablice barwy purpurowej, z pełnym napisem, na jednej w języku rosyjskim, a na drugiej, raczej na pierwszej, w ukraińskim. Kijów zwyciężył na Ukraińskim Uniwersytecie Lwowskim imienia Iwana Franko.

 

Kijów jednak miał jeszcze i inne trudności. Początkowo liczył na bezwzględne poparcie miejscowej ludności ukraińskiej i jej inteligencji. Po krótkim czasie zaś okazało się, że różnice między naszymi ludźmi, którzy jeszcze tak niedawno - do pierwszej wojny światowej - nazywali się Rusinami, a ludnością Kijowszczyzny były po prostu przepastne. Z Zaporoża na Ruś Czerwoną jest droga daleka a 700 lat sąsiedztwa z kulturą zachodnią zatrzeć się nie da. Ludzie wychowani z dziada pradziada w atmosferze kulturalnej polskiej, choć politycznie wrogo wobec nas usposobieni, z rozterką nieraz do nas przychodzili i wprost przyznawali, że ta Ukraina która nagle nimi zawładnęła, jest czymś niewymownie dzikim, wskroś im obcym.

 

Takie rozmowy budziły w nas wówczas najlepsze na przyszłość nadzieje na zgodę i porozumienie. l łudziliśmy się też co do innych wewnętrznych trudności sowieckich. Niektórzy bardziej cywilizowani oficerowie Armii Czerwonej, szczególnie rodowici Rosjanie, nie kryli się często przed gospodarzami swych mieszkań ze swoją bardzo żywą antypatią, a nawet pogardą dla NKWD i jego metod. Szczególnie silnie wyrażał się ich skrajny antysemityzm w stosunku do Żydów, przeważających ilościowo w tej instytucji. Zdawało się nam, że są to zasadnicze już rysy w gmachu Moskwy. Zadziwiła nas rosnąca z każdym dniem dokładność ewidencji obywateli, ich pochodzenia społecznego i ich zajęć. Wyjątek stanowili jedynie uchodźcy "z tamtej strony", których wprawdzie zarejestrowano, na razie jednak pozostawiono w spokoju. Było ich zresztą coraz mniej.

 

W listopadzie Niemcy i Moskale zawarli coś w rodzaju układu, który umożliwił w ciągu paru dni legalne przejście przez San dużej ilości uchodźców. Wszyscy przedwojenni mieszkańcy naszych stron, poza starcami i dziećmi, podlegali przymusowi pracy. Jedynie karta pracy dawała prawo do egzystencji, do mieszkania, do jedzenia, nieomal do powietrza i wody. Kto nie pracował, był wrogiem rewolucji. Wedle artykułu 118 Konstytucji każdy obywatel ma prawo do pracy i do zapłaty wedle ilości i gatunku pracy. Na takie zasady istnienia społeczeństwa można się bezwzględnie zgodzić. Jedynym pracodawcą jednak jest Państwo. Jeśli ten, który nie pracuje, ma zginąć, i jeśli tylko Państwo może dać pracę, to ten jedynie otrzyma prawo do egzystencji, któremu Państwo, tj. Partia chce tę pracę dać. Innymi słowy - kto się Partii nie podoba, nie otrzyma pracy i musi zginąć. Odkrycie to było dla nas wstrząsem. Życie prywatne pozostawało więc wszędzie i zawsze pod kontrolą władz, które docierały do każdej jego komórki. Każdy kontakt z władzą (a tych żadną miarą nie dało się uniknąć) miał jeszcze i konsekwencje inne. Obywatel był bez przerwy prowokowany i zmuszany do wypowiadania swego zdania co do reżimu, zmiany ustroju, nowych stosunków itd. Był ciągle pytany, czy uważa sowieckie rozwiązanie problemu społecznego za sprawiedliwe, czy mu się podobają zaprowadzone reformy, czy - to pytanie najczęściej wracało - czuje się dobrze w Sowietach, czy się raduje z ich przybycia. Wymijające odpowiedzi były bardzo źle widziane, a każde słowo było brane nieomal pod mikroskop- Zaostrzały się tymczasem też problemy szkolne. Szkoły zostały szybko po wkroczeniu ponownie otwarte, nowy plan zajęć równie szybko wprowadzony w życie. Dużą ilość godzin poświęcono na naukę języka ukraińskiego; tak samo jak na uniwersytecie, języka rosyjskiego nie uczono. Polski został zredukowany do czytania i pisania, nauka religii skasowana. Na jej miejscu urządzano pogadanki o raju sowieckim, o dobroci bat'ki Stalina, najlepszego opiekuna, o okrucieństwach panów polskich i o prześladowaniu robotnika. Ta propaganda sprawiała rodzicom najwięcej kłopotu, bo dzieci reagowały na nią bardzo źle albo raczej tak doskonale, że liczba aresztowanych wzrastała z każdym dniem. Jeśli chodzi o historię i literaturę polską oraz o naukę religii, to dzieci w latach wojennych kształcone niewątpliwie o tych rzeczach wiedziały znacznie więcej niż ich poprzednicy. Uczono się w domu przedmiotów zakazanych z namiętnością dawniej nie widzianą, Polsku i religia zlały się w młodzieńczych umysłach w jedną nierozerwalną całość, zgodnie z tradycją, a wylana za te ideały ofiara krwi młodzieży szkolnej była również zgodna z tradycją...

 

Przyznać trzeba, że poza skasowaniem nauki religii w szkole, prześladowania religijnego w prawdziwym tego słowa znaczeniu, wbrew oczekiwaniom, nie było. Księża oczywiście znajdowali się pod bardzo ścisłą obserwacją, ale aresztowań wśród kleru, o ile nie wyszły konkretne polityczne powody, nie było. Zabrano się w inny sposób do życia religijnego. Nałożono olbrzymie podatki na kościoły. Miałam o rozwoju tych spraw regularne wiadomości z domu. W czysto polskiej wsi Chłopy pod Komarnem wystawiliśmy właśnie nowy, duży kościół, gdy wybuchła wojna. Władze sowieckie nałożyły zań olbrzymi podatek na wieś, która w okresie wojennym dużo zarabiała i podatek natychmiast zapłaciła. Nie dość na tym. Chłopi na wyścigi pracowali nad wykończeniem kościoła i kupowali urządzenie wewnętrzne. Raz, idąc ulicą Sykstuską, usłyszałam za sobą ostentacyjnie głośne:

 

"Niech będzie pochwalony!"

 

To jeden z gospodarzy chłopskich z ogromnym worem na plecach.

 

"A pani nic nie wiedzą, co ja tam mam!" - oświadczył, mrugając obiecująco.

 

"Nie mogę wiedzieć, ale jestem bardzo ciekawa".

 

"A świętego Antoniego, właśnie go kupiłem" - brzmiała odpowiedź triumfalna.

 

"Proszę pani, oni tacy głupi, jak przechodzą koło budowy, to na nas wołają, żeśmy wariaty, i nie wiedzą, że przecież ten jest wariat i dureń, który w Pana Boga nie wierzy".

 

Tego samego zdania byli dość często niektórzy bolszewicy, którzy podobno wcześnie rano, gdy jeszcze było ciemno, wsuwali się cichutko do konfesjonałów, a po spowiedzi przystępowali do Stołu Pańskiego. Opowiadano sobie, że pewnego dnia ksiądz, gdy rozdawał Komunię św., przystanął nagle i zawahał się, widząc klęczącego przed sobą sowieckiego żołnierza. Ten zrozumiał, o co chodzi, podniósł głowę i powiedział podobno półgłosem: "Dawajte mi Boha!", na co kapłan miał uczynić zadość jego życzeniu.

 

Chłopi przyjeżdżali do mnie dość często, opowiadali, co się w domu dzieje, a uważali, że się dzieje bardzo źle. Głównym celem tych wizyt było zasięgnięcie informacji o sprawach publicznych. Miałam ja im powiedzieć, "jak długo to jeszcze trzeba będzie czekać, kiedy nareszcie będzie znowu Polska". Ziemię folwarczną rozdano między nich, z podziału nie byli zadowoleni, spostrzegli się przy tym, że tej ziemi jest mało, a fakt, że ją otrzymali za darmo, napełniał ich nieufnością w stosunku do tych, którzy im tę ziemię dali, nie będąc jej właścicielami. Wobec mnie przynajmniej akcentowali, że uważają ten stan za prowizoryczny. Niepokoili się też wyraźnie, gdy spostrzegli, że się mnie osobiście wcale nie spieszy do ewentualnego powrotu do dawnych stosunków, do wielkiej odpowiedzialności i do wielkiej niechęci, którą ostatnio w dużej części społeczeństwa tzw. wielka własność była otaczana. Wracając ode mnie, opowiadali w Komarnie, że "jej bez nas wcale nie jest źle, zarabia sobie na uniwersytecie i ma nareszcie spokój. Całkiem jej do nas niespieszno, a to niedobrze". Dopiero gdy zaczęto mówić o tworzeniu kołchozów, zapanował wśród tych ludzi popłoch. Sytuacja tych włościan była szczególnie trudna, ponieważ chodziło o wsie rdzennie polskie, Chłopy, Buczały, Tuligłowy, o prastare kolonie kazimierzowskie.

 

Już przed wojną tarcia zawsze były silne między tymi wsiami, pod względem narodowościowym bardzo uświadomionymi i mówiącymi prześliczną, trochę archaiczną polszczyzną, a otaczającym je morzem ukraińskim. Teraz trzymali się świetnie, ale było im ciężko bardzo. Raz przyszedł do mnie gospodarz z sąsiedniej wioski Klicko-Kolonia, Była to osada nowa, powstała po pierwszej wojnie światowej, gdy mój ojciec rozparcelował dawny folwark Klicko. Nabywcami tej ziemi byli wyłącznie chłopi polscy z wsi sąsiednich -elementu napływowego tam w ogóle nie było. Gość był wyraźnie stroskany i przygnębiony, po rozwlekłych rozmowach o rzeczach obojętnych powiedział nagle:

 

"Ja dziś tu przyjechałem, bo u nas jest coś nowego, a ja jeszcze nie wiem co".

 

"Co takiego? Powiedzcie!"

 

"A zapisują nas".

 

"Kogo?"

 

"No nas, cośmy ziemię folwarczną kupili po tamtej wojnie, całe Klicko-Kolonię".

 

"Kto zapisuje?"

 

"A Sowieci, co się zjechali. Co tu robić?"

 

"Starajcie się, aby nie robili dokładnych spisów".

 

"A kiedy Ukraińcy nasi tak strasznie pilnują, że każdą duszę liczą, każdego dziecka się doszukują. Żeby to tylko nie było na jaki wyjazd do Rosji, bo coś tak Ukraińcy gadają".

 

"Chcą was straszyć, to przecież nie do pomyślenia".

 

Poszedł. To było w styczniu, było wcześnie rano i bardzo ciemno. 11 lutego w dzień równie ciemny, równie wcześnie rano, wpadł do mojego mieszkania chłop z Buczał, który na Andzi i na mnie zrobił wrażenie obłąkanego. Bełkotał i płakał; krzyczał, że pojechali. Było 30 stopni mrozu, próbowałam więc doprowadzić go do przytomności za pomocą ciepłego napoju. Wypił i usiadł. Wtedy się dowiedziałam, że w nocy przyszło wojsko i zabrało w bardzo krótkim czasie całe Klicko-Kolonię, tzn. wszystkie te rodziny, które, pochodząc z sąsiednich wsi polskich, osiadły po pierwszej wojnie na byłych gruntach folwarcznych. Ukraińcy z pobliskich wsi w pół godziny po wypędzeniu naszych ludzi, jeszcze w nocy, zajęli zagrody. Deportowanym pozwolono zabrać tylko to, co "w prędkości" zdołali wziąć ze sobą, trochę jedzenia i pierzyny. Sądząc z opowiadania, mieli najwyżej godzinę czasu.

 

 

 

"Dokąd ich zabrali?"

 

"Na pociąg".

 

"A pociąg?"

 

"Jeszcze stoi u nas na stacji, ale sołdaty nikogo nie dopuszczają"-

 

Podczas całej tej sceny jedna myśl mnie prześladowała, mianowicie że Klicko-Kolonią nie może być odosobnione, że tu chyba chodzi o coś jeszcze gorszego.

 

"Czy zabrali kogoś z Buczał?" - zapytałam.

 

"Nikogo, ani od nas, ani z Chłop".

 

Po godzinie odszedł, obiecując wrócić, jak się tylko dowie czegoś nowego.

 

W południe już był drugi. Był to człowiek osobiście mi nieznany, równie nieprzytomny jak jego poprzednik, ale u niego objawiało się to inaczej. Był to bowiem nie chłop tym razem, lecz inżynier spod Lwowa. Ten nie bełkotał ani nie płakał, tylko mówił tak straszliwie prędko urywkami zdań, że zrozumieć go było bardzo trudno, przy tym jeszcze przerywał te opowiadania ciągle powtarzającym się, kategorycznym żądaniem pomocy ode mnie. Po jakimś czasie zrozumiałam, że jest szwagrem leśniczego, którego tej nocy z żoną i dwumiesięcznym dzieckiem wywieziono z lasów komarniańskich. Inżynier mówił, że pociąg jeszcze stoi w Komarnie, że leśniczemu udało się podać dziecko matce żony, która się zbliżyła do wagonu, ale żołnierz sowiecki zobaczył i zmusił babkę do oddania dziecka matce. Od owego inżyniera też się dowiedziałam, że na kilku stacjach między Lwowem a Komarnem stoją pociągi pilnowane przez wojsko, z których to pociągów rozlegają się śpiewy. Po południu przyszła wizyta trzecia. Tym razem był to starszy gospodarz ze wsi Chłopy. Ten znowu nie gadał prawie nic, siedział w kuchni, zaciskając pięści. Gdy po chwili trochę odtajał, powiedział, cedząc każde słowo, że on doskonale wie, którzy to Ukraińcy zrobili Sowietom spisy tzw. kolonistów, i że żaden z nich żywcem nie wyjdzie z jego rąk, jak tylko będzie znowu Polska. Wydawszy to oświadczenie, prawie bez pożegnania wyszedł znów z mieszkania.

 

Zrozumiałam wtedy, jak olbrzymią siłą jest nadzieja zemsty i jak naiwnymi marzycielami jesteśmy my, którym się nieraz zdaje, że po tej strasznej kuracji współżycie obu narodów będzie nareszcie możliwe, że znajdziemy wspólną platformę.

 

Na drugi dzień, 12 lutego, popłoch padł na Lwów. Na wszystkich dworcach zjawiały się coraz to nowe pociągi, długie rzędy wagonów bydlęcych stawały na torach. Rozlegały się śpiewy. Najczęściej śpiewano Gorzkie żale, gdyż był to przecież Wielki Post. Pociągów pilnowało wojsko. Ludność miejska i podmiejska spontanicznie rzuciła się na dworce. Jeśli wagonów pilnował Kirgiz czy Kałmuk, to rady nie było; jeśli tam stał Moskal, udawał nieraz, że nic nie widzi, czasem nawet podawał sam wodę czy strawę, mleko czy lekarstwa przez malutkie zakratowane górne okienko. Zimno było straszliwie. Tak rozpaczliwe były wówczas te nieprzerwane mrozy, jak rozpaczliwa była we wrześniu nieprzerwana pogoda. Pociągów na dworcach ciągle przybywało. Wagony były zamknięte, zezwalano tylko i to nie zawsze - na wyrzucanie zwłok. Zbierano je wieczorem na torach. Dużo było wśród nich zamarzniętych dzieci. Pokazało się, że nie wszędzie można było zabierać pierzyny jak w Klicku, z niektórych wsi kazano ludziom wyjść bez niczego, jeśli tego żądał miejscowy ukraiński sowiet.

 

Pociągi przybywały z okolic na zachód i na północ od Lwowa, a wiadomości przychodziły zewsząd, ze wszystkich województw i powiatów zaboru. Zewsząd wywożono Polaków pochodzących z sąsiednich wsi, którzy nabyli ziemię po roku 1918, jako element "napływowy", "sztucznie" tam przez Rząd Polski usadowiony. Poza tym zabierano wówczas tylko zawodowych leśników. Na torach za dworcami lwowskimi stał cały park wagonów bydlęcych, przeciętnie po 80 osób w wagonie, Jedni umierali, drudzy się rodzili - a mróz trzymał. Wreszcie pierwsze pociągi ruszyły na wschód. Zawsze, bez wyjątku, w tej chwili najstraszniejszej godzinie rozbrzmiewał śpiew zawsze ten sam, a raczej zawsze te same dwie pieśni: Rota lub Boże, coś Polskę...

 

W tym czasie, nie pamiętam dnia, miałam wizytę jedną z najważniejszych w moim życiu. Odwiedził mnie ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który czasami przychodził w różnych sprawach pomocy. Gdy mu otworzyłam drzwi, uderzył mnie wyraz jego twarzy, spokojny, prawie radosny, nawet promienny jakby jakimś wewnętrznym szczęściem. Dziwny to był kontrast z otaczającym nas wówczas cierpieniem.

 

"Przyszedłem się pożegnać".

 

"A dokąd Ksiądz jedzie?"

 

"Nie wiem".

 

Usiadł i wyjął z jednej kieszeni mały kryształowy kieliszek.

 

"To z domu" - powiedział z uśmiechem.

 

Z drugiej kieszeni wyjął malutką książeczkę, w której minimalnymi literkami były wypisane teksty stałych części mszy.

 

Zrozumiałam. Wiedziałam, że księża starają się wcisnąć do wagonów w chwili odjazdu na wschód, że strażnicy pilnują, by to uniemożliwić, ale ze się czasami udaje. Mój gość mówił, że z władzą duchowną już swój wyjazd uzgodnił, że ma nadzieję, iż mu się uda wskoczyć do ruszającego już wagonu. Liczył, że to nastąpi w najbliższych dwóch dniach. Prosił o modlitwę, by mu się udało. Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach. Gdy zamknęłam za nim drzwi, miałam wrażenie, że smuga światła po nim pozostała. Wyjechał wkrótce potem.

 

Po kilku godzinach był dzwonek do moich drzwi. Otworzyłam. Stal tam nieznany mi robotnik. Nie przywitał się, nic wszedł, tylko powiedział:

 

"Ksiądz Fedorowicz pojechał. Udało się".

 

Odwrócił się i odszedł. Zdołałam tylko zawołać za nim jedno słowo: "Dziękuję" (K.L.).

 

To się działo 11, 12 i 13 lutego 1940 roku w całej wschodniej Polsce. Mniej więcej w dziesięć dni potem miejscowe władze ZWZ były już w posiadaniu wiadomości, wedle których wywieziono wówczas około miliona chłopów polskich. Obliczenie to później okazało się dość ścisłe. Trzeba było wytrzymać, o co było coraz trudniej. Owa upragniona i oczekiwana wiosna zbliżała się szybko, a na horyzoncie politycznym wszystko pozostawało bez zmian. Pocieszaliśmy się nawzajem, że oczywiście w radio nie mogą opowiadać o tym, co się w rzeczywistości dzieje, w chwili gdy zapewne przygotowują generalny atak. Ciągle jeszcze było strasznie zimno, a aresztowań było coraz więcej.

 

Coraz więcej też było wiadomości o torturach stosowanych przy wymuszaniu zeznań. Tortury te, poza biciem do krwi itd., były nieraz wzorowane na sposobach wschodnich, często stosowano wbijanie gwoździ za paznokcie. Katami byli nieraz Żydzi. Przyczyniła się do tego duża liczba Żydów pracujących w NKWD oraz skomunizowanie proletariatu żydowskiego, który w dużej części od początku okupacji stanął przy bolszewikach. Ale pocieszałam się tym, że byli też i inni. Pewnego dnia przyszedł do mnie nieznany mi człowiek, przeprosił, że nazwiska nie wyjawia, oświadczył tylko, że jest oficerem i że dlatego do mnie przychodzi. Prosił, abym wyniosła z mieszkania wszystko, co mam cennego, bo inaczej wszystko stracę -i zabiorą się do wszystkich Polaków, a ludzie o pochodzeniu "antyrewolucyjnym" są oczywiście bardziej jeszcze narażeni. Na końcu dodał, że przyszedł jako Żyd, z obowiązku, choć mnie osobiście nie zna, ale przyjść musiał do osoby, która się na uniwersytecie sprzeciwiała się biciu Żydów - i poszedł. Tego rodzaj u wizyty nieraz z "ofertą" i z nędzy - powtórzyły się jeszcze dwa razy.

 

Społeczeństwo polskie ciągle czekało. Mieliśmy dużo czasu i to bardzo nam ciążyło. Na uniwersytecie roboty nie mieliśmy żadnej, wykłady były na takim poziomie, że ich prawie nie trzeba było przygotowywać, a o pracy naukowej ani marzyć nie było można. Ten i mnie męczący brak wysiłku ciążył na całym Lwowie, nie tylko i uniwersytecie. Wszyscy, nie tylko Polacy, ale i Ukraińcy, i bolszewicy "importowani" byli zajęci przez wiele godzin dziennie, ale nie pracował nikt. Tępa ociężałość i bezgraniczna obojętność wobec idei, w którą nie wierzył nikt, charakteryzowały atmosferę. W tym czasie dawałam lekcje angielskiego jednemu z naszych profesorów, który okazał się zdolny, tak że po paru miesiącach można było pójść do lektury. Miałam przypadkiem książkę, która mi się wydała najbardziej odpowiednia: Lord Acton, History of Freedom. Wątpię, czy prześliczna ta książka była kiedykolwiek czytana z większym przejęciem i zrozumieniem niż wówczas, gdyśmy ją czytali w rację tego najwyższego dobra, które jest jej wzniosłym tematem. Jej lektura była dla nas jakby jakimś protestem, jedynym dla niedostępnym, ale bardzo silnym, bo duchowym, wobec tego wszystkiego, co się wokoło nas działo.

 

W tym samym czasie nadchodziły z Komarna wiadomości różne. Został tam zaaresztowany dyrektor lasów, Karol Dudik, najwierniejszy przyjaciel naszej rodziny od lat trzydziestu paru. Przypłacił życiem przywiązanie do swojej pracy, bo Komarna nie opuścił, pomimo błagalnych mych próśb. Moskale go wkrótce wywieźli, wreszcie gdzieś umartw tej Rosji bezmiernej. Rodzina jego została wywieziona do Kazachstanu po jego aresztowaniu, Wtedy też dano mi znać, że przyszło z NKWD ze Lwowa zapytanie do lokalnych władz w Komarnie o mój stosunek do ludności przed wojną. Komitety gminne wystawiły mi świadectwo pochlebne, a kopię przestały uniwersytetowi. Miałam niemiłe przeczucie, gdy się o tym dowiedziałam, lecz wkrótce byliśmy wszyscy zajęci sprawami ważniejszymi.

 

Minęła Wielkanoc i z nią chwila wielkiego płaczu w kościele podczas intonowania pieśni Wesoły nam dzień dziś nastał. Święta wypadły na koniec marca, a 10 kwietnia Europa zatrzęsła się w posadach. Hitler zajął Danię i zaatakował Norwegię! Obudziliśmy się jakby z koszmarnego snu. Nareszcie! Zdawało się nam, że o tej samej porze, w której ruszają rzeki górskie wyswobodzone z pęt zimowych, potok wypadków i zacznie z nas zdzierać te więzy straszliwe. Nie odchodziliśmy od radia. Nic nas innego nie obchodziło. Wszystkie nieprzyjemności czy niebezpieczeństwa osobiste zdawały się niczym, "a zresztą - to już teraz tak niedługo". Toteż nie bardzo mnie wzruszyła wiadomość Andzi, że od dwóch dni coraz to przychodzi jakiś wysoki major i pyta o mnie. Andzia też wspomniała, że jego czapka ma denko granatowe. Wreszcie mnie zastał. Był to Rosjanin nie mający w sobie nic wulgarnego, wprost wykwintny w swych manierach, wysoki blondyn. Przedstawił się jako major Bedjajew. Usiadł i oświadczył mi bardzo grzecznie i bardzo spokojnie, że u mnie zamieszka. Odpowiedziałam, że mam już sublokatorów i że zresztą mieszkanie moje, jako członka uniwersytetu, jest zwolnione od rekwizycji, i wskazałam na bumagę wiszącą na drzwiach, jeszcze od chwili pokonania Pawłyszeńki.

 

Major tego wszystkiego wysłuchał, po czym powiedział spokojnie: "Wy już nie pracujecie na uniwersytecie", i podał mi pismo, które wyjął z portfela - było bardzo krótkie, skierowane do Bedjajewa z uniwersytetu, donoszące mu, że jestem zwolniona z pracy.

 

Powiedziałam, póki nie otrzymam oficjalnego zawiadomienia, nie mogę uważać za zwolnioną, muszę nawet zaraz iść na uniwersytet, bo mam wykład. Major odpowiedział tonem bardzo układnym, że dobrze i że zawiadomienie otrzymam.

 

Poszłam na uniwersytet. W zakładzie nikt o niczym nie wiedział. Poszłam na wykład. Przed wejściem do sali zastąpiła mi drogę nieznajoma pani i poprosiła o chwilę rozmowy w cztery oczy. Weszłyśmy w boczny korytarz. Tam mi powiedziała, że jest wsypa w ZWZ, prawdopodobnie chodzi o zdradę, że parę osób z mojej paczki wzięto, że ją przysłał znajomy inżynier, z którym mieszka w jej domu.

 

Przypomniałam sobie w tej chwili nazwisko jej na tabliczce jednego z parterowych mieszkań tejże kamienicy. Mówiła dalej, że mam uciec natychmiast, do mieszkania nie wracać. Wierzyłam tej osobie, ale nie było wolno bez rozkazu wdawać się w rozmowy z nią, zresztą wiedziałam, że ów inżynier jest człowiekiem bardzo szlachetnym i nerwowym, więc to, co mówiła, nie wydało mi się koniecznie prawdą.

 

Powiedziałam, że nic nie rozumiem, o niczym nie wiem i że muszę iść na wykład. Weszłam na salę i mówiłam o wczesnych rzeźbie Donatella. Tego samego dnia otrzymałam drogą oficjalną paszport kategorii I, tj. zamianowano mnie jako profesora uniwersytetu obywatelką sowiecką najwyższej użyteczności dla państwa. Wiedziałam że taki paszport, wydawany rzadko, chroni "absolutnie" przed wywozem i że władze sowieckie zamanifestowały w ten sposób, że dla moich kwalifikacji naukowych przeszły do porządku dziennego nad hańbą mojego pochodzenia.

 

Na drugi dzień, 11 kwietnia rano przyszło pismo, takie samo jako to, które pokazywał Bedjajew, zwalniające mnie z pracy na uniwersytecie, zaadresowane do zakładu. Profesor Podlacha, stojący na czele zakładu, poszedł w tej sprawie do "rektora" Marczenki, który mu oświadczył, że obowiązkiem jego jest nie ujmować się za takimi jak ja profesorami, tylko szkolić profesorów spośród synów robotników.

 

Tego dnia wieczorem poradzili mi przyjaciele, abym przez parę nocy w domu nie spala, skoro straciwszy pracę, jestem już tylko zwykłą "pomieszczycą", w dodatku taką, o której mieszkanie stara się major NKWD. Niechętnie się do tej rady odnosiłam, lecz ustąpiłam dla zasady, uważając wszelką brawurę za niedopuszczalną. Spędziłam więc noc u Wisi Horodyskiej, która miała wolną kanapę. Przegadałyśmy długie godziny, byłyśmy bowiem pod strasznym wrażeniem licznych aresztowań dni ostatnich. Wzięto w wielu wypadkach głowy rodzin, przede wszystkim lekarzy i ziemian. Wiedzieliśmy, że są oni jeszcze we Lwowie, wwiezieniu u Brygidek.

 

Następny dzień, 12 kwietnia, przeszedł normalnie; po południu odbyła się zwykła lekcja angielskiego w mojej bibliotece, po czym wyszłam z mieszkania. Po kolacji u przyjaciół odprowadził mnie znajomy "do noclegu", około dziesiątej przechodziliśmy pod moim domem. Położyłam się na gościnnej kanapie. Spałyśmy źle, całą noc jeździły samochody i dorożki, panował dziwny ruch. O świcie obudziła nas stróżowa z wiadomością, że w nocy zabrano pół Lwowa. Poszłyśmy do okien. Przy bardzo bladym świetle poranka przejeżdżały samochody ciężarowe pełne ludzi. Jadący byli ubrani dobrze, pamiętam panie w welonach żałobnych, siedzące na wozach jak posągi. Żołnierze Armii Czerwonej i milicjanci pilnowali ich, stojąc na stopniach. Gdyśmy tak patrzyły, wszedł ów znajomy, który mnie odprowadzał wieczorem. Miał dziwny wyraz twarzy, gdy mi w milczeniu wręczał paczkę. Rozwinęłam ją - były tam moje przybory toaletowe i trochę bielizny. "

 

To Andzia pani posyła, pani nie może wracać. Są w pani mieszkaniu i czekają".

 

Dowiedziałam się wtedy, że przyszli wieczorem, siedzieli już u mnie, gdy przechodziłam tamtędy, wracając z kolacji. W nocy przyszło ich więcej w pełnym uzbrojeniu, wreszcie było ich ośmiu. Od Andzi żądano z karabinami w ręku, by zdradziła, gdzie nocuję. Dziewczyna uporczywie twierdziła, że o niczym nie wie. Nad ranem wreszcie poszli, pilnowali jednak domu z ulicy. Wówczas Andzia się wymknęła, lecz nie przyszła do mnie, tylko odeszła w kierunku przeciwnym, by zmylić wartę. Pobiegła do moich przyjaciół i poprosiła o ostrzeżenie mnie.

 

Tymczasem nadchodziły wiadomości z różnych stron miasta. W południe już wiedzieliśmy, iż osoby zabrane znajdują się znów w wiadomych pociągach na dworcach Lwowa. Tym razem byli to wyłącznie ludzie z miasta, rodziny oficerskie, emerytowani urzędnicy, lekarze oraz ziemiaństwo. Te cztery grupy zostały wówczas straszliwie przetrzebione, przy czym zabrano między innymi i te wszystkie rodziny, których ojcowie byli aresztowani parę dni wcześniej. Z "bieżeńców", to znaczy z uciekinierów z zachodu pochodzących nie wzięto wówczas nikogo. Spośród ziemiaństwa poszli w pierwszym rzędzie ci, którym sowiety z ich byłych majątków wystawiły świadectwo pochlebne. "Pomieszczyk" bowiem, który nie tylko nie jest krwiopijcą, ale jeszcze i zdradza zmysł społeczny, zadaje kłam propagandzie i jest tym samym niebezpiecznym wrogiem rewolucji. Znowu ludność miejska i podmiejska rzuciła się na dworce, więc podawano do wagonów wszystko, co się podać dało, znowu przemycali się księża. Mienie zesłańców ulegało natychmiastowej sprzedaży, z tym że uzyskane fundusze miały być im przesłane w gotówce. Wiem o wypadkach, w których to rzeczywiście miało miejsce.

 

Do mojego mieszkania sprowadził się pierwszego dnia major Bedjajew. Część mebli spalił, "bo ich nikt nie chciał", część ukradł stróż. Zginęły wówczas moje notatki oraz przede wszystkim biblioteka naukowa, mówiąc o rzeczach innych, na przykład pamiątki po zmarłych. Wiem, że tysiące, a nawet miliony ludzi w Europie przeżyło to samo w ciągu tych ostatnich lat, lecz ta świadomość nie tylko nie jest pociechą, przeciwnie, sprawę pogarsza. Im więcej jest wśród nas ludzi wyzutych z własnej przeszłości, tym groźniejszy jest zanik tradycji, kontynuacji duchowej, po prostu - kultury.

 

Ja tymczasem musiałam się ukrywać. Nie mogłam pozostać u osób o których wiadomo było, że się ze mną przyjaźniły, ponieważ wiedziałam, że jestem poszukiwana. Ukryli mnie wówczas znajomi, nie mający żadnych obowiązków przyjaźni wobec mnie. Okres ten, trzytygodniowy był dla mnie niesłychanie przykry; świadomość, że nieustannie narażam swych opiekunów, ciążyła mi niewymownie. Spodziewałam się NKWD przy każdym dzwonku, drżałam o moich gospodarzy, a sama nie bardzo wiedziałam, co począć. Wydawało mi się, że przejście pod okupację niemiecką nie ma celu, że pod Hitlerem nie ma możliwości pracy, że natomiast zadaniem moim jest-skoro już tu wytrwać, już się tutaj bliskiej "chwili zmartwychwstalnej" doczekać nie mogę -wydostanie się za granicę, do Włoch, a stamtąd do Rządu do Francji i do krajów anglosaskich. Myślałam wówczas, że tam nie wiedzą, co się u nas dzieje, że im brak informacji, skoro audycje radiowe mówiły zawsze i wyłącznie o terrorze i okrucieństwie okupacji niemieckiej! Jak na złość, przedostanie się w owej chwili przez Karpaty na Węgry czy do Rumunii było niemożliwe. Ostatnie grupy wpadły co do jednej, nikt z przewodników już nawet próbować nie chciał, tak pilnie była w owych dniach strzeżona granica.

 

Dziś, gdy piszę te słowa, mam serce pełne wdzięczności dla Woli Wyższej, która wówczas pokrzyżowała owe nierozumne plany i pozwoliła mi w ten sposób pozostać i pracować w Kraju jeszcze dwa lata. Lecz wówczas trzeba było czekać, a to właśnie było najgorsze. Starałam się w miarę możności wykorzystać czas i przygotować robotę za granicą. Na razie chodziło o pierwszy etap - o Rzym. Odzyskawszy łączność z księdzem Włodzimierzem Cieńskim, kazałam go zapytać, czybym się mogła z nim przed wyjazdem zobaczyć, gdyż jadąc do Rzymu, chciałabym mieć informacje i dyrektywy, co powiedzieć w Watykanie. Pewnego dnia ks. Cieński dał znać, że będzie na Poczcie Głównej o piątej po południu, że go Wisia Horodyska ma stamtąd zaprowadzić do mnie.

 

Przygotowałam więc szereg pytań i czekałam z niecierpliwością na człowieka, do którego czułam tyle zaufania. Byłam pewna, że ta rozmowa pożegnalna, na której mi tak zależało ze względów osobistych, da mi wskazówki decydujące co do pracy informacyjnej, do której się przygotowywałam. Minęła godzina szósta - nie przyszedł nikt. Wreszcie około siódmej zjawiła się Wisia, była jednak sama. Popatrzyłam na nią i powiedziałam:

 

"Cieński aresztowany?". -

 

"Tak".

 

Z jej wiadomości wynikało, że został zabrany po południu z własnej kancelarii parafialnej, w sutannie, jak tego pragnął. Mawiał bowiem nieraz do mnie "Wezmą mnie kiedyś na pewno, byleby wzięli w sutannie. Teraz trzeba nieraz chodzić po cywilnemu, żeby ludzi nie narażać, do których idę, a ja nie mam ochoty przejechać się w głąb Rosji w tym przebraniu".

 

Aresztowanie to wywołało we Lwowie ogromne przygnębienie, szczególnie że wówczas wstrząs wywołany przez wywóz masowy jeszcze bynajmniej nie osłabł. Ludzie od tego czasu miesiącami spali z prowiantem i strojem narciarskim przy łóżku. Byli tacy, którzy po prostu pragnęli wywozu, bo nie mogli dłużej wytrzymać czekania. Trzeba było jednak pomimo wszystko zdobyć dyrektywy dotyczące audiencji u papieża.

 

Kazałam więc zapytać arcybiskupa Twardowskiego, czy chce mnie widzieć, ponieważ się wybieram do Rzymu. W odpowiedzi wyznaczył mi dzień, w którym miałam być na mszy o siódmej w klasztorze, gdzie mieszkał od czasu eksmisji z pałacu. Po mszy, gdy będzie wracał z kaplicy do swoich pokoi,

mam iść za nim. Ubrałam się więc możliwie odmiennie niż dotychczas - chustka na głowę, okulary na nos, a koszyk z flaszką wódki pod pachę - i pomaszerowałam do owego klasztoru. Tam byłam na mszy odprawionej przez arcybiskupa, a gdy wychodził, poszłam za nim. Kazał mi czekać chwilę na siebie w małej rozmównicy, miałam więc czas się wyzuć z owych cudacznych dodatków, nim wrócił. Gdy usiedliśmy, zaczęłam mówić, że się wybieram do Rzymu, że będę zapewne na audiencji u papieża, że proszę o zlecenie, co mam powiedzieć. Starzec słuchał uważnie. Gdy skończyłam, powiedział z uśmiechem: "

 

Niech pani powie Ojcu św., że nam jest bardzo dobrze. Niech pani mu powie, że kler cały, dosłownie cały, bo bardzo nieliczne słabe jednostki odpadły w pierwszej chwili-ich ucieczka była dla nas raczej pomocą - że kler cały trzyma się doskonale. Ze udało się dość licznym księżom pojechać w głąb Rosji z zesłańcami, że inni - może my wszyscy- czekamy na wywóz albo na cokolwiek co by nas spotkać miało, ale że propaganda antyreligijna w szkołach nie chwyta, że ludność, a przede wszystkim inteligencja, która się dawniej trzymała z dala, garnie się do nas, że duża ilość ludzi przystępuje do Komunii, widzimy to po nadzwyczajnie zwiększonym zapotrzebowaniu na hostie. Niech pani powie Ojcu św., że przesyłam mu wraz z całym klerem i wiernymi mojej archidiecezji wyrazy przywiązania bez granic, a dla Stolicy Apostolskiej zapewnienie oddania aż do ostatniej kropli krwi. Tylko niech pani nie zapomni mu mówić, jak bardzo wszystko jest dobrze".

 

Patrzyłam i słuchałam. Wiedziałam, że ten starzec jest człowiekiem skromnym, bez silniejszej indywidualności. Zrozumiałam wówczas, jak potęga idei może wynieść jej reprezentanta wysoko ponad wszelkie ludzkie cierpienia, niepokoje czy obawy - nawet ponad napięcie heroizmu, w sferę zupełnej pogody, w której istnieje jedynie już to, co jest istotne. Gdy skończył, pobłogosławił mnie na drogę. Widziałam wówczas, że go ogarnęło wzruszenie, gdy żegnał osobę, która tworzyła w tej chwili ostatnią może łączność między nim a Rzymem. Potem powiedział zmienionym, prawie wesołym głosem:

 

"A teraz proszę się tu przy mnie ubierać!" .

 

Już chustka na mojej głowie bardzo mu się podobała, ale gdy zobaczył flaszkę od wódki wystającą z mojego koszyka, ucieszył się jak dziecko i uśmiał serdecznie. Wychodząc stamtąd, poczułam się bardzo mała.

 

Tymczasem szła wiosna, ta wiosna tak upragniona, tak oczekiwana, a z nią zamiast wyzwolenia straszna wiadomość - że alianci opuścili Norwegię! A więc to jeszcze nie koniec, jeszcze się to przeciąga!" Jakżeż to długo ma potrwać?!

 

W owych dniach musiałam zmienić kwaterę i przenieść się do innych znajomych, nie mogłam zbyt długo pozostać w jednym mieszkaniu, szczególnie że jedyne okno mojego pokoju wychodziło na mały dziedziniec, a naprzeciwko mieszkał milicjant. Pomimo że wietrzyłam tylko przez drzwiczki od pieca, milicjant jednak począł się mną interesować. Okna mojego nowego, obszernego przybytku wychodziły na niezabudowaną parcelę, na której rosła duża stara brzoza. Gałęzie jej w owej chwili właśnie pokrywały się zielenią maleńkich liści. Nie miałam żadnych wątpliwości i wszystkim to powtarzałam, że nim te liście opadną, wrócę do wolnego Lwowa, Jednak myśl o wyjeździe była dla mnie niewymownie ciężka! Tymczasem trzeba było koniecznie, a tu przedostanie się przez góry było ciągle niemożliwe!

 

Przyszły natomiast wiadomości, że przejście na Węgry przez Zakopane jest o wiele łatwiejsze. Musiałam się więc zdecydować na rzecz, której dotychczas w rachubę nie brałam, postanowiłam "pójść pod Hitlera" i stamtąd dopiero przedostać się na Węgry. Właśnie wtedy przygotowywał się drugi transport legalny wracających na zachód "bieżeńców", ludzi, którzy w czasie kampanii wrześniowej uciekli na wschód, gdzie było "bezpiecznie". Komisja niemiecka urzędowała we Lwowie razem z sowiecką. Przyjaciele zajęli się mną, a jeden znajomy, który nie miał wobec mnie najmniejszych jakichkolwiek zobowiązań, zaproponował mi rzecz, którą acz z ciężkim sercem, przyjąć musiałam. Nie było już po prostu innego wyjścia. Miał wszystkie papiery i jechał do Krakowa. Oświadczył gotowość zabrania mnie ze sobą. Początkowo sprawa wyglądała tak, jakbym mogła jechać tylko jako żona tego pana, i że trzeba będzie wziąć z nim ślub sowiecki, tzn. pięciorublowy, bo tyle wynosiła taksa urzędowa. Gdy się okazało, że wystarczy, jeśli będę jego siostrą, odetchnęliśmy, przyznam, oboje. Sfabrykowano mi więc papierki na jego nazwisko. Profesor chemii naszego uniwersytetu w nocy, w swoim zakładzie wywabił moje nazwisko z mej zielonej karty identyfikacyjnej, bez naruszenia w tym miejscu zielonego koloru karty, i wpisał nazwisko mego "brata".

 

Zbliżał się moment rozstania i wyjazdu. Choć wiedziałam, że jestem już tylko ciężarem dla wszystkich, miałam jednak wrażenie dezercji. Poza tym obarczałam obcego mi prawie człowieka swoją poszukiwaną przez Sowietów osobą i narażałam go straszliwie. Rozstawałam się z przyjaciółmi najbliższymi oraz z najwierniejszą Andzią. Nikt nie wiedział, kiedy ci ludzie pojadą wszyscy w głąb Azji gdziekolwiek ich ta dzicz zawlecze. A ja jechałam wprawdzie w nieznane, ale zawsze na zachód i- bądź co bądź - uciekałam. Może mniej ciężkie byłoby to przejście, gdybym wówczas była wiedziała, że nie dla pochodzenia jestem poszukiwana, tylko z powodu wsypy w ZWZ, bo nas zdradził "Kornel", wysoki major, do którego czułam wstręt, i że dziś, gdy piszę, z całej tej naszej paczki lwowskiej żyje już tylko ksiądz Cieński, pan Jan Jaworski i ja!

 

Bolesna chwila wyjazdu przypadała akurat na wieczór dnia 3 maja. Noc była jasna, wiosenna, ciepła. Dorożka nas wiozła przez miasto tak niezmiernie mi drogie - pamiętam jak dziś strzelistą sylwetę kościoła Bernardynów w świetle księżyca - jechaliśmy do dużego garażu, skąd jeszcze przed świtem miał wyruszyć samochód ciężarowy, aby nas zawieźć do Przemyśla. Wyjechaliśmy ze spóźnieniem, tak że już dniało, gdyśmy opuszczali Lwów i patrzyli na kopuły św. Jura i na wieże św. Elżbiety. Było nas osób dwadzieścia kilka, ale nikt się do nikogo nie odzywał. Tak minęliśmy Gródek Jagielloński i drogę, która stamtąd skręca na lewo. Stał tam drogowskaz z napisem: DO KOMARNA. Dopiero gdyśmy już i tamtędy przejechali, poczułam nagle po raz pierwszy, że mnie teraz już nic z żadnym na świecie miejscem nie wiąże, że oderwana od wszystkiego, co osobiste, jadę w świat. W Przemyślu roiło się od znajomych. Ciągle się ktoś na ulicy rzucał na mnie z okrzykiem radości, ponieważ słyszał, że dawno nie żyję, ze uciekając z mieszkania spuściłam się po rynnie, że zostałam zabita na zielonej granicy. Kłopotliwe te gadania i okrzyki pochodziły oczywiście od różnych "niebłagonadiożnych" osób, które, się wówczas zjechały w Przemyślu, ale dla każdego z nas były wielce niewygodne. Tego dnia odnalazłam, w jego ówczesnym mieszkaniu, biskupa sufragana, ks. Tomakę, którego dobrze znałam. Przyszło mi bowiem na myśl, że może mieć wiadomości do przekazania ordynariuszowi, który przebywał po stronie niemieckiej. Biskup Tomaka przyjął mnie z wyraźnym ojcowskim zaniepokojeniem:

 

"Co pani tu, jeszcze robi?"

 

"Staram się wydostać, Ekscelencjo" -odpowiedziałam.

 

Biskupowi Bardzie przekazał przeze mnie sporo wiadomości. Wreszcie trzeciego dnia stanęliśmy do rewizji sowieckiej. Była nadzwyczaj dokładna. Zdobyli na nas sporo biżuterii i szczególnie; dużo złotych polskich, na które polowali z łapczywością wprost namiętną choć u nich już dawno - bo od grudnia - były nieważne. U mnie pomimo wszystko nie znaleźli większej sumy, która była ukryta pod podszewką skórzanej torby, oraz perełek zaszytych w kołnierzu mojego płaszcza. Po rewizji kontrolowali dokumenty. Mój papierek nie zwrócił zresztą tak bacznej ich uwagi, ze względu na wzorowy porządek w papierach mego "brata". Następnie ustawili czwórkami i kazali iść na most. Przechodziliśmy między wartami rosyjskimi, które wołały na nas:

 

"Do swidanija w Krakowie!"

 

Byli oni, jak wszyscy żołnierze Armii Czerwonej, brudni, nieogoleni i źle umundurowani. Gdyśmy dochodzili do połowy mostu, ujrzeliśmy idącą na nasze spotkanie grupę wojskowych niemieckich, ludzi wspaniałego wzrostu, wyglądających świetnie, ubranych w lśniące mundury. Z nimi szły pielęgniarki Czerwonego Krzyża w białych fartuchach.

 

"To jednak jest Europa", odezwały się glosy w naszych rzędach. [...]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów