Koszulka z Orłem Białym - Rozdział VIII.

Obrazek użytkownika jwp
Blog

Dla footbalisty chwila, kiedy po raz pierwszy wkłada koszulkę z Orłem Białym i ma bronić barw Polski, jest najpiękniejszym przeżyciem.

Zapraszam do przeczytania jednego z rozdziałów książki, która trafi do sprzedaży przyszłym roku. Autorem wspomnień jest przedwojenny piłkarz Cracovi i Reprezentant Polski - Zygmunt Chruściński. Dziadek mojego przyjaciela Jacka Chruścińskiego z którego opowiadaniami mieliście się okazję zapoznać. Książka ta i inne jeszcze wydane zostaną na okazję kolejnego Balu na Stawach. To piękny kawałek naszej historii.

Być dobrym footbalistą, jest pewnego rodzaju satysfakcją – tym bardziej, jeśli się gra wśród miłych towarzyszy i w dobrym klubie. Dobrym nie dlatego, że silnym i odnoszącym zwycięstwa, lecz dobrym dla jego cech i myśli przewodnich jakie mu przyświecają. Miałem to szczęście, że losy przerzuciły mnie z maleńkiego klubiku do Cracovii, która będąc klubem wielkim i wychowawczym w swym założeniu, poświęcona była wychowaniu młodzieży. Wpajano w nas jako kardynalne zasady: uczciwość w grze (a wiec tym samym uczciwość w życiu), obronę barw klubu i narodu oraz jego godne reprezentowanie w każdym wypadku i miejscu. W myśl tych zasad postępowania, postępowali moi starsi koledzy klubowi, podobnie postępowali i nasi wychowawcy – poważni, starsi panowie, do których my młodzi zawsze zwracaliśmy się z całym zaufaniem. Czy to o poradę w zawiłych kwestiach, czy to o wskazówki.

Dumny byłem, gdy kierownictwo klubu powierzyło mi, wówczas młodemu zawodnikowi – zajęcie stanowiska środkowego napastnika za chorego Kałużę, na której to pozycji grałem wśród starszych kolegów. Był to dla mnie pewnego rodzaju zaszczyt. Cóż dopiero mówić o wzruszeniu i dumie, gdy po raz pierwszy w roku 1924, powierzono mi bronienie barw narodowych i wybrano do reprezentacji Polski!

Był to mecz z Ameryką. Zawiadomiono mnie w klubie, że zostałem wyznaczony, jako środkowy napastnik i mam udać się wraz z innymi kolegami do Warszawy, gdzie odbędzie się spotkanie. Pojechałem – i przez całą drogę myślałem tylko o tym że będę grał w reprezentacji.

Mieszkaliśmy w hotelu Polonia, razem z Mietkiem Balcerem z krakowskiej Wisły. Zaczęliśmy się ubierać na mecz. Gdy naciągnąłem na siebie koszulkę reprezentacyjną z Białym Orłem na piersiach i ujrzałem swe odbicie w lustrze – coś ścisnęło mnie za gardło a łzy wzruszenia i dumy zakręciły mi się w kącikach oczu. Nie byłem w stanie wymówić ani słowa. Stałem przed lustrem i patrzyłem jak urzeczony w czerwoną koszulkę z pięknym orłem. To samo zresztą przeżywał stojący obok mnie Mietek Balcer, który – chcąc coś powiedzieć – zaczął się jąkać, na końcu odwrócił się i cichaczem otarł łezkę.

Przypatrujący się tej scenie delegat PZPN-u, dyr. Dembiński, poklepał nas po ramionach, wypowiedział parę miłych słów, dodał otuchy – i wszystko było dobrze. Odnoszę wrażenie, a nawet jestem silnie przekonany, że dla footbalisty chwila – kiedy po raz pierwszy wkłada koszulkę z Orłem Białym i ma bronić barw Polski – jest najpiękniejszym przeżyciem. Jest obojętne czy spotkanie ma nastąpić w kraju czy poza jego granicami. Uczucie dumy i wzruszenia jest jedno i to samo i tak rozpiera piersi, że z radości chciało by się krzyczeć na cały świat! Krzyczeć, że to właśnie ja – ja będę bronił barw kraju, ja jestem tym najlepszym spośród całej masy innych, ja jestem tym szczęśliwym! Duma i radość ta, są najzupełniej zrozumiałe jeśli podchodzi się do tych rzeczy właściwie i uczciwie, szczerze i prosto, wówczas, gdy jako młody człowiek, jest się jeszcze nie zepsutym – czy to powodzeniem, czy po prostu ... życiem. Miałem kolegów – nie tylko klubowych – którzy zawsze byli dumni z wyboru do reprezentacji, mimo że grali dwukrotnie większą ilość meczów w reprezentacji niż ja. Jest to bowiem najwyższy zaszczyt jaki może spotkać sportowca w początkach jego kariery.

Mecz z Ameryką przegraliśmy nieznacznie, bo w stosunku 2 : 3. Mimo, że byliśmy drużyną grubo lepszą ale spowodowały to nerwy i jeden jedyny błąd naszej obrony. Jedna bramkę dla nas strzelił Czulak z Wisły, drugą ja – po rzucie wolnym – głową. Był to mój pierwszy mecz i moja pierwsza bramka w reprezentacji Polski!

Za moich czasów, reprezentacja Polski nie miała szczęścia w rozgrywkach z Czechosłowacją – jak zresztą nie miała go aż do czasu wybuchu wojny. Prawie wszystkie mecze jakie rozgrywaliśmy pomiędzy sobą, kończyły się nasza nikłą przegraną 1 : 2, 0 : 1 itp. Jeden z meczów jaki rozegraliśmy w Pradze – zdaje się w roku 1927 – przegraliśmy również w stosunku 1 : 2. Kapitanem związkowym PZPN-u był wówczas inż. Tadeusz Kuchar, obecny dyrektor PUWFiWF. Wstawił on na prawego łącznika doskonałego wówczas bombardiera – Mieczysława Bacza z lwowskiej Pogoni, niezłego technika (tzn. o tyle niezłego, że jako footbalista nieźle grał technicznie, a jako technik z zawodu był świetnym, gdyż był tuż przed dyplomem inżyniera-mechanika na Politechnice Lwowskiej), lecz nieco otyłego co powodowało jego dość szybkie zmęczenie. Tenże Bacz strzelił niesamowicie silną bombę, najlepszemu wówczas w Europie bramkarzowi czeskiemu Planiczce, który przy tym strzale ani nie drgnął.

Tuż przed przerwą, inż. Kuchar polecił Baczowi zejść z boiska i zastąpił go Stalińskim z Warty poznańskiej sądząc, że Bacz nie wytrzyma całego meczu.

Zatrzymałem schodzącego z boiska Mietka Bacza i pytam go:

  • Dlaczego schodzisz?

  • Ta co mam robić? Jak frajer (niby Kuchar!) myśli, że ja spuchł i boi si – ta niech gra inny. Ja swoi zrobił – łyczakowskim akcentem i mocno zduszany odpowiada Bacz.

Zszedł usiadł za bramką i obserwował grę. Gdy za parę minut lewy pomocnik czeski wspaniałym strzałem wyrównał, zdenerwowany Bacz krzyknął :

  • A co, ni mówiłym?! Ta jeszcze, do cholery – przegramy!

I rwał się na boisko, aż trudno go było utrzymać. Po przerwie nie wolno było jednak wymieniać już innego zawodnika. Rzeczywiście przegraliśmy 1 : 2.

PIŁKARZE CRACOVII W KOSZULCE Z BIAŁYM ORŁEM

NAJWIĘCEJ MECZÓW W REPREZENTACJI.

  1. Sperling 22

  2. Kałuża 20

  3. Gędłek 20

  4. Parpan 20

  5. Mysiak 17

  6. Góra 16

  7. Gintel 12

  8. Chruściński 10

  9. Cikowski 9

  10. Zastawniak T. 9

Lecz jeszcze gorzej było w roku 1930 w Pradze, kiedy braliśmy udział w finałowym meczu z cyklu rozgrywek o Puchar Środkowej Europy, między Czechosłowacją a Polską. Już na parę dni przed meczem, organizatorzy porozwieszali po mieście olbrzymie transparenty reklamujące to ważne spotkanie. „Polsko porazilo Švedsko, Finsko, Norvesko, Rakouskodovede li porazit Československo?” - wydrukowane było ogromnymi literami na tych obwieszczeniach. Miało to oznaczać: Polska pobiła Szwecję, Finlandię, Norwegię, Austrię – czy zdoła pokonać Czechosłowację? Prasa i kina również silnie reklamowały ten mecz. Zdawało się wiec, że na tak okrzyczane zawody przybędzie – jak na czeskie stosunki co najmniej 50 tysięcy ludzi! Tymczasem, nie licząc orkiestry wojskowej, która odegrała hymny państwowe – na widowni pojawiły się ... 22 osoby! Zapytacie pewnie, dlaczego? Ja też się tak pytałem. Dlaczego tak mało na tak ważnym meczu? Do tego tak reklamowanym. Ale odpowiedź na to była bardzo prosta.

Czesi są narodem bardzo wygodnym i dbałym o swoje zdrowie. Żaden z mieszkańców nie kwapił się wyjść w tym dniu na ulicę, jeśli nie musiał. Padał śnieg i deszcz na zmianę – po prostu marzło w powietrzu, by za chwilę przeobrazić się w chlapę. Jednym słowem pogoda „pod psem”! Orkiestra po odegraniu hymnów, uciekła do ciepłej restauracji znajdującej się pod trybunami Sparty, na której boisku odbywał się nasz mecz.

Zostało wiec na trybunach 22 widzów, sędzia oraz kilku panów z czeskiego „Svazu“ i nasi kierownicy ekspedycji z drem Izdebskim na czele. Został jeszcze jeden – jak wszyscy mówili – „wariat”, a to Wacek Kuchar, stojący za bramką i podający piłkę wylatującą na aut. Był on zapasowym graczem. Do przerwy graliśmy bardzo dobrze. Kisieliński na lewym łączniku, strzelił śliczną bramkę głową w podskoku, tak że bramkarz czeski mimo robinsonady powietrznej, nie mógł jej dosięgnąć. Prowadziliśmy długo 1 : 0.

W czasie pauzy Czesi zmienili mokre i zamarznięte koszulki. My – nie! Ale za to kierownictwo dało nam gorącej herbaty z ... koniakiem! I to było najgorsze co mogli uczynić. Chcieli wprawdzie jak najlepiej, lecz nie przewidzieli, że gorąca herbata i koniak rozgrzeje nas wprawdzie w szatni – po wyjściu jednak na boisko w mokrych koszulkach, szalejący zimny wicher dobije nas.

Był moment, że patrząc na przemarzniętego Martynę, nie poznałem go, tak był zmieniony. Oczy wpadnięte, posiniały i trzęsący się z przejmującego wiatru, stał w miejscu i kiedy piłka idąc na niego – odbiła się od jego czoła – nie poruszył się ani na krok!

Na piętnaście minut przed końcem, nasz środkowy napastnik Smoczek – uciekł po prostu z boiska. Tak było zimno! Złapał go wprawdzie –już poza bieżnią okalającą boisko – kapitan naszej drużyny i sprowadził z powrotem na boisko ale... Prosiliśmy sędziego, aby bez względu na wynik dla nas niekorzystny – Czesi wyrównali i strzelili zwycięską bramkę – skończył ten makabryczny mecz. Arbiter spotkania, sam przemarznięty, chciał nam pójść na rękę, ale Czesi nie zgodzili się. Wreszcie dobrnęliśmy do końca i mecz zakończył się zwycięstwem Czechów 1 : 2. Po zakończeniu, największym zmartwieniem naszych kierowników, było utrzymanie naszego zdrowia w porządku. Masaże, gorąca kąpiel i dopiero ... koniak na gorąco – przywróciły nas do równowagi fizycznej. Bankiet po tym meczu, był podobny pogodzie, jaka nam w tym meczu towarzyszyła. W tym samym dniu Kraków rozgrywał zawody międzymiastowe z Brnem. Wygrał 1 : 0 – przy podobnej pogodzie i równie fatalnych warunkach.

Kiepskie wrażenie, jakie odnieśliśmy po tym meczu, zatarło jednak zwiedzanie „Zlatej Prahy” na drugi dzień. Czesi starali się jak mogli, aby wszystkie cuda tego pięknego miasta nam pokazać. A jest do oglądania w Pradze bardzo dużo. Przede wszystkim mimo posiadanych cech starożytności – Praga jest najnowocześniejszym miastem. Kolosalny ruch handlowy, przemysłowy i turystyczny bije natychmiast w oczy. Stare zabytki, cudownie zachowane – żyją obok najmodniejszych ośrodków kulturalnych. Tak na przykład piękny i modny Teatr Państwowy w Pradze „Narodni Divadlo”, leży obok starego miasta, którego wąskie uliczki sięgają zamierzchłych czasów.

Stara zabytkowa „Prašna brama”, stoi obok najnowocześniej urządzonego domu kultury, noszącego dumną nazwę: „Reprezentačni dům”. Najwspanialsza i najbardziej reprezentacyjną dzielnicą jest tak zwnana Praha II, którą przecina szeroka ulica, a raczej długi plac –„Vaclavské Namésti”, z pięknym pomnikiem Świętego Wacława, patrona Czech. Ogromna ilość neonów, pięknych wystaw sklepowych, ruch automobilowy i piękne stare ale i nowoczesne budynki tej ulicy, składają się na całość tej reprezentacyjnej części Pragi.

Ponad „Zlatą Prahą” po lewym brzegu Wełtawy, wznosi się dumnie piękny i starożytny zamek „Hradčany”, siedziba Prezydenta Československé Republiký! Praga jest pięknym miastem i kochanym przez wszystkich obywateli Č.S.R.. Są oni z niej dumni i opiewają ją w prześlicznych piosenkach. Jedna z nich brzmi :

Praha je krásna, kdy se den rozedniva,

Stale ti lidem spiva – nad Vltavou...

Je stéjne krásna, za noci plna stinů,

Ukrýta do jasminů, tmou mlhavou...

Kdy jaro přejde, a leto odleti,

Podzim odejdesnih Prahu posvéti

Praha je krásna...

Co na polski znaczy :

Praga jest piękną gdy się budzi dzień,

Śpiewa ci o narodzie, mieszkającym tu nad Wełtawą

Jest zawsze piękną, w nocy pełna cieni,

Ukryta we mgle tulących ja jaśminów

Gdy przejdzie wiosna i odejdzie lato,

Jesień przeminie – śnieg Pragę znów rozjaśni....

Bo Praga jest piękną....

Latem 1927 roku, wyjechaliśmy daleko, bo aż do Konstantynopola, na mecz z Turcją oraz rewanżowe spotkanie Krakowa z Konstantynopolem. Pierwszy mecz, wygrany przez nas w stosunku 2 : 1, tak podobał się gospodarzom, że zorganizowali jeszcze trzecie spotkanie a to Małopolska – Mała Azja.

Cześć zawodników krakowskich powracających z zawodów we Wiedniu, spotkała się z resztą ekipy polskiej dopiero w Bukareszcie i stamtąd, przez Konstancę i Morze Czarne, udaliśmy się statkiem do Konstantynopola. Z Wiednia jechaliśmy do Budapesztu, gdzie oczekiwali nas przedstawiciele „Magyar Labdarugò Szövetsegé”, tj. Węgierskiego Związku Piłki Nożnej – a to dlatego, że ekipie naszej towarzyszył prezes PZPN-u dr Cetnarowski, znany niemal w całej Europie oraz osobisty przyjaciel prezesa węgierskiego związku dra Fodora. Węgrzy przyjęli nas w Budapeszcie podwieczorkiem i załatwili nam wszelkie formalności związane z dalsza podróżą. W Konstancy wsiedliśmy na statek rumuński, pełen wygód i elegancji, który zawiózł nas do stolicy Turcji. Podróż statkiem przeszła wspaniale – dla innych. Tylko ja i inż. Rozenstock nie braliśmy udziału w ogólnej zabawie i posiłkach jakie na statku podawano, gdyż morska choroba i tu dała nam się we znaki. Morze było najspokojniejsze lecz mimo to ... dwa cienie błąkające się po pokładzie, na wzór jakiś widm, to inż. Rozenstock i ja!

Po dwunastogodzinnej podróży, przybyliśmy przez Bosfor do Konstantynopola. Już w samym porcie, przedstawiciele tureckiego ZPN, objęli nad nami opiekę, która trwała nieprzerwanie, aż do opuszczenia przez nas Istambułu. Opieka ta, chwilami stawała się uciążliwą i nudną, gdyż uprzejmi Turcy, którzy każde nasze życzenie w lot odgadywali – o mało nie „zakochali się” na śmierć w naszych młodych i przystojnych chłopcach.

Zamieszkaliśmy w pięknym hotelu „d’Angletere” z widokiem na Złoty Róg. Nie mogąc przyzwyczaić się do tureckiej kuchni, skorzystaliśmy z oferty emigrantów rosyjskich, którzy prowadzili jedną z najelegantszych i najlepszych restauracji w pięknej dzielnicy Konstantynopola – Pera. Tam więc jadaliśmy obiady i kolacje i tam, dostawaliśmy najwspanialszą zupę – rosyjski ”borszcz”. Nie jest to nasz polski barszcz, lecz specjalność białoruska z jarzynami, podana na śmietanie z przeróżnymi przyprawami. W Konstantynopolu paliliśmy również najlepsze papierosy. Doskonałe „jockey club” lub „istambul”, smakowały po śniadaniu wspaniale i – jak mówił Seichter – po zapaleniu takiego papierosa mięliśmy „niebo w gębie”.

W stolicy Turcji byliśmy 7 lub 8 dni. Wykorzystaliśmy czas i zwiedzaliśmy ją jak najdokładniej. Na pierwszy ogień poszły naturalnie wszystkie meczety, począwszy od najładniejszego i najsłynniejszego „Aja Sofia” (dawniejszy chrześcijański kościół Św. Zofii). Do dziś dnia są widoczne postacie aniołów nad głównym ołtarzem, aczkolwiek są one trochę „zreformowane”, aby nie wyglądały na „święte”. Sam główny ołtarz jest nieco przesunięty na wschód – w stronę wschodzącego słońca. Byliśmy również w minaretach, skąd muezzini wyśpiewują poranne i wieczorne modlitwy, sławiąc i wielbiąc „Allacha, który jest wielki”.

Godnym widzenia jest pałac ostatniego z sułtanów państwa ottomańskiego, to też zwiedzaliśmy go dość długo. Wiele uciechy sprawił nam przegląd słynnych bazarów, położonych po drugiej stronie Złotego Rogu, w dzielnicy „Fener Bagtsche”, gdzie sprzedawcy oferując nam wyroby tureckie, częstowali nas kawą po turecku, podawaną w miniaturowych filiżaneczkach. Bili przy tym czołem przed nami, lecz stawiali tak wysokie ceny, ze towarzyszący nam przedstawiciele tureckiego ZPN, śmiali się do rozpuku. Aby przekonać nas o swym rzekomo uczciwym zarobku i stosunkowo niskich cenach zaoferowanych artykułów, handlarze rozdzierali swe wschodnie szaty i oddawali nam klucze od sklepu, oddając tym samym wszystko do dyspozycji, jeśli im tylko udowodnimy, że chcą nas oszukać. Po długich targach, nabywaliśmy różne drobiazgi, jak szale tureckie, oryginalne dywaniki-modlitewniki, fezy itd.

Wśród towarzyszących nam delegatów był również maitre d’hotel naszego hotelu – grek, który nie pozwolił na wykorzystanie naszej nieznajomości tamtejszych stosunków handlowych. A wiadomo, że Turka oszuka Pers, Persa – Żyd. Tego ostatniego oszuka zaś z pewnością Grek, jeśli go oszukać zechce. Tak wiec nasz Grek, był nam pomocny przy kupowaniu różnych drobiazgów.

Mecz z Turcją rozegraliśmy w piątek z okazji jakiegoś święta. Odbywał się on na ... dziedzińcu koszarowym, który był zarazem boiskiem największego klubu tureckiego Galata Serail. Były to olbrzymie koszary, mające w swym czworoboku ogromny dziedziniec dla ćwiczeń, okolony wysokimi trybunami. Sama nawierzchnia była straszna! Ani źdźbła trawy lecz kamienisty grunt, gdzie niegdzie posypany dla „miękkości” żużlem! Jak strasznym było boisko, najlepiej świadczy fakt, że po trzech meczach jakie rozegraliśmy na tym boisku, buciki moje, które były w zupełnie dobrym stanie – przetarły się od strony podeszwy, na wylot.

Spotkanie z Turcją wygraliśmy w stosunku 2 : 1. Obfitowało ono w ciekawe momenty a było prowadzone niezwykle ostro ze strony Turków, którzy za wszelką cenę chcieli się zrewanżować za poniesioną u nas w Łodzi porażkę, gdzie przegrali 0 : 2. Rewanż nie udał się im również, gdyż drużyna nasza grała bardzo dobrze. Doskonale grał zwłaszcza atak z Kałużą, Kucharem, Sperlingiem i Adamkiem na czele oraz pomoc, z Zastawniakiem, Chruścińskim i Hankem. Görlitz w bramce popisywał się pięknymi robinsonadami i bronił wyśmienicie. Najbardziej ucierpiał w skutek ostrej gry Turków, Wacek Kuchar, który był najniebezpieczniejszym w naszym ataku. Turcy specjalnie go pilnowali, ale też i specjalnie szli na niego bardzo ostro i sponiewierali go tak, że gdy po meczu w szatni, oglądaliśmy jego plecy – wyglądały one jak jedna krwawa plama. Kolana miał rozdarte do krwi i dłonie rozdrapane od upadków na kamienisty grunt. Ale wesoły i jak zawsze krotochwilny Wacio, nic sobie z tego nie robił, mówiąc lwowskim akcentem :

  • Ta cholery, muzułmany i tak przegrały!

W krytycznych momentach kiedy Turcy przygniatali nas – Tadek Synowiec, jako kapitan związkowy stojący za bramką – szeptał cichą modlitwę, ściskając w ręku medalik Matki Boskiej, znaleziony na ziemi w chwili kiedy wybiegaliśmy na boisko. Modlił się on:

  •  Matko Boska, co w Ostrej świecisz Bramie – nie daj, aby pogany odniosły zwycięstwo nad sługami Twoimi!

Wygraliśmy, ku uciesze nas wszystkich, a specjalnie Tadka Synowca, który jeszcze w czasie przerwy – pokazując nam znaleziony medalik, zapewniał nas, że przegrać nie możemy, bo przecież Matka Boska jest z nami! Medalik ten zachował Synowiec jako talizman.

Na drugi dzień graliśmy zawody Kraków – Konstantynopol, na tym samym boisku i przeciw tej samej drużynie, ubranej tylko w inne koszulki i o innej nazwie. Wobec ostrej gry i kontuzji odniesionych na kamienistym gruncie, część zawodników krakowskich nie mogła wziąć udziału w tym meczu. Jakoś skleciliśmy skład ale brakowało nam prawego łącznika. Kierownictwo zwróciło się zatem do Wacka Kuchara, który jako Lwowiak – zasadniczo nie powinien grać w drużynie krakowskiej. Ale, że to było za granicą, no i brak było zdrowych graczy – uproszony Wacio, chętnie się zgodził na udział w grze.

Turcy znowu nie przebierali w środkach i szli na przeciwnika już nie tylko ostro ale nawet brutalnie. Tym razem celem ich ataków i ostrej gry był Adamek z Wisły krakowskiej, który jednakże nie był im nic a nic dłużny. Mecz sam, mimo ostrej gry był bardzo ładny i trzymał w napięciu aż do ostatniej chwili. Zakończył się on wynikiem nierozstrzygniętym 3 : 3, przy czym jedną z bramek dla Krakowa strzelił „gość” nasz – Wacek Kuchar – za co też w miesiąc jakiś później, zarząd KOZPN-u wręczył mu srebrną papierośnicę, za udział w barwach reprezentacji krakowskiej.

Trzeci mecz graliśmy natychmiast na trzeci dzień. Było to spotkanie Małopolska – Mała Azja. Małopolska składała się z zawodników krakowsko-lwowskich, zaś Turcy zebrali zespół z miejscowości Skűtari i Smyrny. Mimo, że graliśmy trzeci dzień z rzędu, nie opadliśmy z sił, wytrzymaliśmy mordercze tempo gry i wygraliśmy spotkanie 2 : 1 – mimo, że sędziował Turek, który nie był zbyt uprzejmy i przychylny dla nas.

Jako pewnego rodzaju nagrodę za wygrane mecze, kierownictwo PZPN-u i KOZPN-u obiecało nam wycieczkę na wyspy Principo, na Morzu Marmara. Obietnicy tej oczywiście dotrzymało! W blisko 25 osób, udaliśmy się maleńkim stateczkiem na całodzienną wycieczkę, na ślicznie położoną – na pełnym morzu – małą wyspę. Po przyjeździe na miejsce oraz dobrym obiedzie i wspaniałej tureckiej kawie – przed restaurację, w której jedliśmy obiad, przyprowadzono kilkanaście już osiodłanych osiołków wraz z poganiaczami. Z okrzykami radości, rzuciliśmy się ochoczo każdy na wybranego przez siebie osiołka, usadawiając się wygodnie w siodłach, gotowi do odbycia wycieczki w głąb wysepki – wierzchem. Nie wielu z nas jeździło w swym żuciu na tych upartych stworzeniach. Nie wielu też potrafiło na nich jechać. Najpewniej i najlepiej jechał Emil Görlitz (miał prawdopodobnie kiedyś z osłami do czynienia), gorzej już jechał Wacek Kuchar i Kałuża, jeszcze gorzej reszta z nas, ale człowiekiem, któremu osioł się zaciął – był nasz nieszczęśliwy Ludwik Gintel. Nie wiem dlaczego, nazwał on swego osiołka zdrobniałym imieniem Joseł. Gintel przemawiał do osiołka – dopingując go i apelując do jego ambicji, by nie dał się wyprzedzić innym :

  • Joseł! Ty się nie daj. Ty widzisz, że oni są na przedzie. Czy tobie nie wstyd? Joseł ...

Uparty osiołek wlókł się jednak noga za nogą i nie kwapił się biec truchcikiem, jak inne. Na próżnio poganiacz nawoływał i bił go batem – długouchy uparł się i szedł powoli.

  • Joseł, ty nie rób mi wstydu – prosił Gintel – Ty bądź ambitny! Ja cię proszę.

To mówiąc głaskał osła po karku, aż wreszcie zsiadł z niego i poklepał go po zadzie. Osioł jakby tylko na to czekał – pognał naprzód, a biedny Gintel biegnąc obok, z trudem wdrapywał się na siodło. Dognał on resztę zawodników, a zrównawszy się z nimi – podpatrzył sposób na leniwe osły i odtąd jechał już stale na przedzie.

Sposób wynalazł Olek Pychowski – obrońca Wisły – a polegał on na tym, że wziąwszy w rękę ołówek, wbijał go zwierzęciu w grzbiet, tuż pod siodłem w tyle. Zwierzę czując ostry koniec ołówka, wbijający mu się w grzbiet, uciekało naprzód, chcąc uwolnić się od kłucia, a raz pobiegłszy w przód, biegło dosyć daleko. I tak co pewien czas wbijano ołówki w grzbiety osłów. Pychowski w zapale tym, trzymając w jednej ręce lejce, drugą tak zapalczywie wbijał ołówek w grzbiet osła, że przedziurawił sobie z tyłu marynarkę. Cel jednak osiągnął! Ten sposób podglądnął Ludwik Gintel i osioł jego od tego czasu był stale na przedzie.

Inną przygodę miał znów Wacek Kuchar. Oto osioł jego w pewnym momencie ukłuty zbyt silnie ołówkiem, pobiegł galopem naprzód i ... nagle się zatrzymał – zaparł się przednimi kopytami o ziemię. Nasz Kuchar fajtnął przez łab osła, wprost przed niego, klnąc ile wlezie! Nie wypuścił jednak lejc z rąk, tak że zaraz wsiadł na osła i galopował dalej. Wszystko to działo się przy akompaniamencie głośnych śmiechów, żartów i nabierania. Osły pchały się jeden na drugiego, a dodać należy, że jechaliśmy wąska ścieżyną, wijącą się niebezpiecznie po zboczach wysokiej góry. Tuż obok ścieżki, szerokiej najwyżej na jakieś dwa metry, zbocze góry opadało ostro w dół aż do morza. Nie doszło jednak do żadnego wypadku, gdyż przyzwyczajone do tego rodzaju wycieczek zwierzęta, zgrabnie omijały niebezpieczeństwa. Dojechawszy do szerokiej polany, okolonej drzewami, zjedzono obfity podwieczorek, zabrany przezornie przez kierownictwo i dokonano wspólnej fotografii. Kierownictwo w osobach dr Cetnarowskiego, inż. Rozenstocka i Synowca, jechało wygodną przedpotopową landarą ... pod baldachimem.

Po podwieczorku, znowu na osłach, urządziliśmy wyścig w drodze powrotnej, aż do samej restauracji, skąd wyjechaliśmy. Zwyciężyła ekipa krakowska, przed lwowską i warszawską. Na stateczek czekaliśmy aż do późnego wieczora a do tego czasu skracaliśmy sobie czas śpiewaniem znanych piosenek, w czym prym wodził Kuchar. Turczyni, zamieszkujący wyspę, przysłuchiwali się pięknie brzmiącym, w obcym dla nich języku, śpiewanym piosenkom.

Na drugi dzień w południe, odjeżdżaliśmy z Konstantynopola. Żegnali nas delegaci tureckiego związku, którzy towarzyszyli nam aż do portu. Gdy dano ostatni sygnał do wsiadania, prezes Cetnarowski, zaczął wylewnymi słowy dziękować delegatom tureckim za ich uczynność i opiekę nad nami – podając im rękę w serdecznym pożegnaniu. Delegaci odwzajemniali uścisk dłoni – lecz ... pozostawiali ją dalej wyciągniętą, tylko dłonią do góry! Mówiąc przy tym:

  • Bakszysz iket, bakszysz...!

Zdumiony prezes, szepnął parę słów skarbnikowi, by dał im kilka funtów tureckich ... napiwku – po czym szybko wsiadł na statek. Jak nam wytłumaczyli później oficerowie statku rumuńskiego, na którym powracaliśmy, wówczas panowały w Turcji jeszcze stare zwyczaje wschodnie, dzięki którym wykorzystywano każdą sposobność otrzymywania napiwków, nawet za uprzejmości towarzyskie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Ładysz

http://www.youtube.com/watch?v=Lh4jBlQIq8w

Czerwone Maki
http://www.youtube.com/watch?v=YQRz1nSt9Cw

Kto Ty jesteś
http://www.youtube.com/watch?v=Pps-Sc2S_v8

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201502

Dzięki za Ładysza.

Bardzo go lubię i cenię.

Pozdrawiam

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#201510

Kto ty jesteś?
- Polak mały.
- Jaki znak twój?
- Orzeł biały.
- Gdzie ty mieszkasz?
- Między swemi.
- W jakim kraju?
- W polskiej ziemi.
- Czem ta ziemia?
- Mą Ojczyzną.
- Czem zdobyta?
- Krwią i blizną.
- Czy ją kochasz?
- Kocham szczerze.
- A w co wierzysz?
- W Polskę wierzę.
- Coś ty dla niej?
- Wdzięczne dziecię.
- Coś jej winien?
- Oddać życie.
Władysław Bełza

"Promyk" -
Co zostało?
Świerszczyk(i) ?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201520

Obawiam się, że raczej gazetki typu Pop-Corn.

Pozdrawiam

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#201525

DZIENNIKI I CZASOPISMA UKAZUJĄCE SIĘ W POLSCE W LATACH 1918 - 1939

TYTUŁ Czas założenia/miejsce wydawania Data likwidacji
„Gazeta Warszawska” dziennik Stronnictwa Narodowego 1774, Warszawa 1925 połączona z „Gazetą Poranną 2 grosze”, od 1935 „Warszawski Dziennik Narodowy”
„Czas” dziennik konserwatywny 1848, Kraków, od 1935 Warszawa IX 1939
„Kurier Warszawski” prawicowy dziennik 1821, Warszawa IX 1939
„Tygodnik Ilustrowany” magazyn kulturalny 1859, Warszawa IX 1939
„Dziennik Poznański” dziennik konserwatywny 1859, Poznań IX 1939
„Bluszcz” tygodnik dla kobiet 1865, Warszawa IX 1939
„Kurier Poranny” dziennik propiłsudczykowski 1877, Warszawa IX 1939
„Naprzód” dziennik PPS 1892 Od 1935 krakowska mutacja „Robotnika”, wznowiony w 1945
„Gazeta Grudziądzka” dziennik ludowy 1894, Grudziądz, od 1939 Poznań IX 1939
„Robotnik” dziennik PPS 1894, od 1918 w Warszawie IX 1939
„Kurier Polski” 1898, Warszawa IX 1939
„Ilustrowany Kurier Codzienny” dziennik masowy 1910, Kraków IX 1939
„Piast” tygodnik PSL 1913, Kraków IX 1939, wznowiony w 1945
„Rzeczpospolita” dziennik prawicowy VI 1920, Warszawa 1932
„Polska Zbrojna” dziennik dla wojska 1921, Warszawa IX 1939
„Myśl Narodowa” tygodnik polityczny Stronnictwa Narodowego 1921, Warszawa IX 1939
„Głos Prawdy” tygodnik, potem dziennik propołsudczykowski XII 1921, Warszawa początkowo po tytułem „Głos” 1929
„Kurier Czerwony” dziennik sensacyjny 1922, Warszawa, początkowo pod tytułem „Kurier Informacyjny i Telegraficzny” IX 1939
„Słowo” dziennik konserwatywny VII 1922, Wilno IX 1939, przeniesiony na emigrację
„Droga” piłsudczykowski miesięcznik polityczny 1922, Warszawa 1937
„Republika” dziennik sensacyjny I 1923, Łódź IX 1939
„Wiadomości Literackie” tygodnik literacki I 1924, Warszawa IX 1939, przeniesiony na emigrację
„Kurier Wileński” dziennik propiłsudczykowski 1924, Wilno IX 1939
„Polonia” dziennik chadecki IX 1924, Katowice IX 1939
„Polska Zachodnia” dziennik prorządowy XII 1926, Katowice od 1935 „Ilustrowany Dziennik Śląski Polska Zachodnia” IX 1939
„Pamiętnik Warszawski” miesięcznik literacki 1929, Warszawa 1931
„Miesięcznik Literacki” lewicowy miesięcznik literacki 1929, Warszawa 1931, zamknięty przez władze
„Gazeta Polska” dziennik rządowy IX 19129,Warszawa IX 1939
„ABC” dziennik IX 1926, Warszawa IX 1939
„Wieczór Warszawski” IV 1928, Warszawa IX 1939
„Zielony Sztandar” tygodnik SL 1931, Warszawa IX 1939, wznowiony w 1944
„Pion” tygodnik społeczno – kulturalny X 1933, Warszawa IX 1939
„Prosto z mostu” tygodnik kulturalny I 1935, Warszawa IX 1939
„Warszawski Dziennik Narodowy” dziennik Stronnictwa Narodowego V 1935, kontynuacja „Gazety Warszawskiej” IX 1939
„Mały Dziennik” dziennik katolicki V 1935, Niepokalanów IX 1939
„Kultura” katolicki tygodnik społeczno - kulturalny 1936, Poznań IX 1939

http://www.reporterzy.info/historia-mediow.html

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201537

Koszulki z Orłem Białym nigdy nie założył najlepszy polski piłkarz powojenny i najlepszy piłkarz Lecha Poznań - Henryk Czapczyk. W Kolejorzu grał w latach 1949-1953 (wcześniej w Warcie Poznań). Do reprezentacji nie został powołany ze względu na wojenną przeszłość. Był dowódcą oddziałów szturmowych w Powstaniu Warszawski. Odznaczono go wieloma medalami: Krzyżem Srebrnym Orderem Virtuti Militari osobiście przez naczelnego wodza gen. Bor-Komorowskiego, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Walecznych po raz drugi, Krzyżem Partyzanckim, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Armii Krajowej, Medalem Wojska, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Odznaką Grunwaldzką. Zmarł w zeszłym roku. Żegnały go setki kibiców. Kiboli!!!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201505

Witaj.

Piękna, smutna i wymowna historia.

O tym w "szkole" się nie dowiesz.

Ani ze strony PZP-nu.

Pozdrawiam

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#201512

A bo to Braciszku, "Kazik Gra" a inni to tylko piłkę kopią.
Narobiło nam się biznesmenów w koszulkach, a zawodnicy grają
na podmiejskich łąkach.
I piłka i inne dziedziny sportu, przejęte zostały przez
macherów od geszeftu.
Od arbitrów, menedżerów aż po pierwszą pomoc za bramką.
KASA.
Bakszysz.
Ale, jest metoda, aby to uzdrowić.
Na 10 lat, wszystkie boiska obsiać marchewką.
A działaczom sportowym, nakazać nadzór nad prawidłową wegetacją uprawy.
Bo JEDYNYM dochodem, byłby dla nich zysk ze sprzedaży plonu.
A sport zostawić amatorom.
Bo tylko amatorzy,uprawiają sport dlatego,że to lubią.
Wiem Braciszku, że wielu się ze mną nie zgodzi, ale
zrozumiem.Bo mnie interesuje tylko ten sport, który mogę uprawiać sam, i tylko wtedy, kiedy ćwiczę.
Bo robię to dla siebie, a nie na pokaz.
A Orła Białego mam w sercu.
Pozdrawiam serdecznie

"My nie milczymy, my rośniemy,zmieniamy w siłę gorzki gniew- I płynie w żyłach moc tej ziemi, jak sok w konarach starych drzew" Yuhma

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201621

Witaj,
ja się tam z Tobą zgadzam.
Zniszczono olimpijską ideę, ducha sportu sprzedano.
A my łożymy na wielu obiboków.
Większość związków sportowych jest w rękach SB-ecji, a wiem to z pierwszej ręki.

Serdecznie Pozdrawiam

P.S. Dzisiaj miałem sporo pracy i musiałem się wyłączyć.

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#201683

Złota Rybka Ci te starania wynagrodzi:)
A jak nie, to na patelnię z nią.
Pozdrawiam serdecznie

"My nie milczymy, my rośniemy,zmieniamy w siłę gorzki gniew- I płynie w żyłach moc tej ziemi, jak sok w konarach starych drzew" Yuhma

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#201691