Wizje pojednania

Obrazek użytkownika Obserwujący Malkontent
Kraj

Jest jednak, mimo zmagań z opozycją totalną i z powrotem do stalinowskiej retoryki 1945 roku o wyzwoleńczym bohaterstwie Armii Czerwonej, jeden nienaruszalny mianownik wspólny - współczesny kosmopolityzm polski. Ten kosmopolityzm internacjonalny, wyrażany międzynarodówką komunistyczną i jej „..wyklęty powstań ludu ziemi…”, został w odzyskanej 30 lat temu Polsce, jakby uzupełniony prawicowym kosmopolityzmem słowiańskim. Przy okazji pochówków odnalezionych przywódców Powstania Styczniowego okazało się bowiem, że był to Białorusin, Litwin i Ukrainiec. Tym samym cała dotychczasowa narracja o polskich narodowych powstańczych zrywach, mających zrzucić rosyjskie jarzmo i przywrócić wolność Polsce, stała się …względna. Nawet wielki, mało, największy narodowy wieszcz, okazał się być lojalnym Litwinem przychodzącym, jak z inwokacji do „Pana Tadeusza” wiadomo, z innej przecież „..ojczyzny” , a jednak tak zaprzątniętym i oddanym Polsce, że pisał po polsku, nawet swoje nazwisko, by ostatecznie zaryzykować zesłanie jako polski przecież obywatel. Mamy więc najwyraźniej do czynienia z dziwną próbą powrotu do idei panslawizmu, zapominając, a może właśnie nie, o popieraniu go najchętniej przez Rosję, jako instrumentu imperialnej polityki wobec słowiańskich narodów bez własnej lub o kruchej państwowości. To właśnie Polska, nie wspierając nigdy dotąd tej idei, wskutek swego Powstania Styczniowego przeciwko rusyfikacji i Rosyjskiemu Imperium, zyskała przydomek „Judasza Słowiańszczyzny”. Czy zatem wizja pojednania ideą Międzymorza, marzenie pokoleń, nie napotyka na swej drodze sprytnie zastawionej pułapki tegoż właśnie panslawizmu ?

Rzeczpospolita Obojga Narodów, zamieniona jakimś prawem kaduka na Rzeczpospolitą Wielu Narodów (?) to dziś także jakby nie jest już Polską. To nie jest ta unia królewskiej korony, od koronacji Bolesława Chrobrego w 1025 na króla Polski, z co prawda Wielkim, lecz jednak księstwem… litewskim. Przyszło nam – od czasu tejże unii właśnie , być po prostu obywatelami równoprawnej wspólnoty wschodnio-europejskiej, do której przed tysiącem lat dokooptowano jeszcze największą diasporę żydowską. Taką oto wykładnię właśnie wymyślono. Znajdą się publicyści, którzy dopowiedzą dodatkowo o fakcie nieistnienia przecież etnicznych Polaków, jakby w ogóle dyskusja o etniczności wielkich narodów miała jakikolwiek sens, i cała rzecz staje wreszcie klarowna i zrozumiała. Cieszyć się zapewne będą Ślązakowcy z RAŚ. Aliści uczy się człowiek życie swoje całe !

Wicepremier Ukrainy, nie jakiś nacjonalista przecież, prezentuje mapę „Historycznej sprawiedliwości”. Z tej mapy z kolei wynika, jakże ciągle niepoprawny, polski i rosyjski imperializm. Taka „spółka” chyba rzeczywiście uzasadnia nazywanie coraz większej części Polaków ruskimi agentami. To się ciągnie co najmniej od Birczy, kiedy aż trzy ataki ogromnymi siłami i środkami oraz stratami wśród ludności cywilnej nie pozwoliły „odzyskać” miejscowości z rąk polskich milicjantów – ani chybi sowieckich czyli rosyjskich kolaborantów. Trzeba było nawet nocą usuwać tablicę tej pamięci. Nowy szef ukraińskiego IPN-u mówi otwarcie o nadużyciu terminu „ludobójstwa wołyńskiego” – a więc cel uświęca środki ?. Znamienne, że tu w sukurs nieoczekiwanie przychodzi Rosja stwierdzając mordowanie przez Armię Krajową Żydów i właśnie Ukraińców (czy tych z pacyfikacyjnych jednostek Nachtigall ?) w wyzwolonej Warszawie.

Wszystko zaczęło się od 1918 roku kiedy to, w tak trudnym okresie wojny ukraińsko-polskiej, metropolita lwowski Józef Bilczewski , w imię własnej wizji pojednania, pozwolił sobie skierować do Watykanu memoriał kwestionujący wcześniejsze stanowisko kościoła ukraińskiego i ponure „bohaterskie” wojenne działania Ukraińskiej Halickiej Armii. Żeby pozostać, przy jakże charakterystycznym przykładzie Birczy, to warto przypomnieć o „spisku” przeciwko Ukraińskiej Powiatowej Radzie z Dobromila z tegoż 1918 roku. Spisek przedsięwzięła społeczność Birczy powołując tam, i to za dobrowolnym przyzwoleniem społeczności ukraińskiej, polskiej i żydowskiej, własnego burmistrza, który stanął w 1919 na czele „Republiki Birczańskiej” – w której wszystkie te narodowości, i to pomimo wojny, żyły w przykładnej i konstruktywnej zgodzie. Wypowiedziano tym samym posłuszeństwo Dobromilowi, pozostając w wyłącznym kontakcie z przemyską Polską Radą Narodową. Już wtedy kilkukrotne próby „odbicia” Birczy siłą nie dały rezultatu.

Sanacyjna wizja pojednania z kolei, choć kosztowała nawet życie ministra Pierackiego i posła Hołówki, ciągle jednak inspiruje część polskich sił politycznych. Ten upór w kwestii wizji pojednania, mimo wielorakich prób kruszenia go, i pomimo wydawałoby się jednoznacznego konsensusu głównych sił politycznych, ciągle trwa. Ciągle zbyt mało dają naciski poprzez Niemcy, czy całą Unię Europejską w kwestii nieustannych mankamentów w Polsce. Związek Ukraińców w Polsce ochoczo podchwytuje informację śląskiego RAŚ o „polskich obozach koncentracyjnych” na przykładzie Zgody (nomen est omen) w Świętochłowicach, powojennego sowieckiego obozu kierowanego przez komunistycznego zbrodniarza Salomona Morela. Tymczasem Stany Zjednoczone tylko wytykają ukraiński poziom korupcji. „Przynależne terytorialnie”, co jest za każdym razem jednoznacznie podkreślane, pomniki UPA „muszą być” ciągle stawiane nielegalnie. Nawet w takim mieście jak Przemyśl potrafi dojść do nieuzgodnionej wcześniej, i wbrew stanowisku strony ukraińskiej, zmiany nazwy ulicy. W polskiej wizji pojednania nadal poczesne miejsce zajmuje biskup Chomyszyn, który tym razem ustąpił miejsca biskupowi Śnigurskiemu. W ukraińskiej jest jedynie miejsce dla biskupa Kocyłowskiego, a tym samym dla Waffen-SS i SS-Galizien. Inaczej przyjaźni przemysko-lwowskiej nie będzie. Tak jak nie będzie w przypadku rewizjonizmu lwowskimi lwami, czy wspominaniem profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza, czy Politechniki inaczej niż profesorów lwowskich, a więc zgodnie z ukazanym wcześniej, współczesnym słowiańskim kosmopolityzmem. Jest niewytłumaczalnym fenomenem, jak zażarcie Ukraina broni tejże niemiecko-mundurowej tradycji. Można wręcz powiedzieć, że tak jak własnej niepodległości. Takim paradnym wręcz przykładem jest właśnie pułk „Azow”, pielęgnujący i tę tradycję i tę symbolikę –„wilczego haka”, na co przecież zwracali uwagę jeszcze rok temu nawet tak przychylni i tolerancyjni, a przede wszystkim dający pieniądze, Amerykanie. Czy można wobec tego nadal uznawać Kijów, z zatwierdzonymi już teraz nawet sądownie ulicami i Bandery i Szuchewycza, bezpośredniego przecież wykonawcy wołyńskiego ludobójstwa, za stolicę przyjaznego i braterskiego pojednania ? Raczej „rugi pruskie” rodzą w tej sytuacji skojarzenie z „rugami ukraińskimi”, wszystkiego co polskie z zamierzenia „Wielkiej Ukrainy”. Czy jest do pomyślenia śpiewanie we Lwowie polskich kolęd z jednoczesnym oficjalnym stwierdzeniem, że „ wróciła Polska”, jak to miało miejsce na przełomie roku w wileńskiej Ostrej Bramie ? Czy zatem żółto-niebieski i biało-czerwony bukiet na Grobie Nieznanego Żołnierza 17 września 2019 na pewno oznaczają to samo ? Wszak w tym dniu konfrontujemy się ze skutkami paktu Ribbentrop – Mołotow, jakże zgoła przecież odmiennymi. Takie pytania muszą się pojawiać w sprawach , które w powojennej Europie są ścigane z mocy prawa, a u naszych „wschodnich braci” są celebrowane państwowymi uroczystościami. Wciąganie nas Polaków w tego rodzaju alternatywę walki z zakusami Rosji, to pocałunek śmierci powtarzający dawno już historycznie skompromitowaną kontestację postawy ministra Becka.

Idąc za kolejną polską noblistką, musimy wpierw także odpokutować za wielowiekową kolonizację tych jeszcze 30. lat temu „tutejszych”, czyli Ukrainę i Białoruś. Sądząc po atencji z jaką ta nagroda nobla została w Polsce przyjęta przez tak wiele i tak różnych środowisk, przyjmujemy chyba z pokorą i tę pokutę, tak jak i prawdę o mordowaniu Żydów. Kwestionowanie przez austriackiego noblistę ludobójstwa w Srebrenicy, powinno chyba jednak wzbudzić jakieś wątpliwości co do rzeczywistych intencji noblowskiego komitetu. Olga Tokarczuk w wywiadzie dla ukraińskiego portalu Galicyjski Korespondent jednak przyznaje: „JAKO POLKA MAM GĘSIĄ SKÓRKĘ, GDY WIDZĘ NAPIS „ULICA BANDERY”, PONIEWAŻ CZĘŚĆ MOJEJ RODZINY WYMORDOWALI UPOWCY.”.

Jawi się więc ta wizja pojednania, przyjaźni , a nawet jakże często podkreślanego braterstwa dość osobliwie, zdecydowanie anachroniczne, a wobec tego z pewnością niebezpiecznie. W historii europejskich państw przetaczały się po stokroć między książęce krwawe wojny i waśnie, jakże często przecież pomiędzy rodzonymi synami tego samego władcy. Na niedawnym szczycie NATO, głowa państwa polskiego wyraziła stanowczy pogląd, że obecnie sojuszu nikt nie atakuje, także Rosja. Ta konstatacja, wobec braku przynależności Ukrainy do tegoż sojuszu, nabiera niezwykle istotnego znaczenia. Wejście Ukrainy bowiem oznacza, wobec poczynań Rosji automatyczny konflikt tejże z NATO. Brak wejścia Ukrainy, to dalsza, nieprzerwana od 100. lat, eskalacja roszczeń terytorialnych i politycznych, bo to raczej jednak rocznica nienawiści, lub przynajmniej nieufności niż przyjaźni, wbrew wszelkim dotychczasowym mozolnym zabiegom. Najnowszy przekaz ze spotkania „Normandzkiego” jest jakże znamienny. Niemcy, Rosja i od 30 lat coraz wyraźniej antypolska Francja jako polityczny „katalizator”. Polska może być tutaj wyłącznie przedmiotowa, także dla Ukrainy. Prezydent Tramp zmityguje ewentualnie to towarzystwo, o ile pozostanie na urzędzie, nie przewidując jednak rzeczywistej podmiotowości Polski, także nie wychodząc poza format jedynie terytorium dla rozgrywanych wydarzeń. . Jeśli nie jest fake newsem, ponoć obserwowany wzmożony przemyt broni z kierunku wschodniego, to może mają się pojawić i u nas tajemnicze „ludziki”, niekoniecznie zielonego koloru, jak w Donbasie. Udaremniony zamach terrorystyczny, organizowany większą grupą z ukraińskim wykonawstwem, zdawałby się to potwierdzać. Przy czym mało jest istotne czy destabilizacja jest dokonywana islamskim kamuflażem. Czeczeński ślad coś bowiem przypomina. Polskie przekleństwo, historyczne imadło niemiecko-rosyjskie może się zacząć zaciskać obcymi rękami. Nie chodzi tu bynajmniej o to by siać defetyzm, ale kiedy jest faktem ogromna szara strefa „kupowania” Kart Polaka (a konsulowi RP próbującemu zatrzymać ten proceder grozi się wprost śmiercią), polskich praw jazdy, organizowanie się w roszczeniowo-nieprzyjazne zbiorowości o wyraźnie antyintegracyjnych zamierzeniach, kontestowanie via Niemcy i Unię polskiej rzeczywistości, to obawy związane z niezwykłą sprawnością rosyjskiej wojny hybrydowej muszą wzrastać. Nowo powołany szef ukraińskiego instytutu narodowej pamięci znalazł nawet kolejny dowód na brak etniczności Polaków, tzw. „ukraińskiego Polaka”. To w zasadzie pozwala sporne terytorium już dowolnie rozszerzyć, a na pewno aż po Wrocław mając współczesną historię tego miasta na uwadze. Nawet w górnośląskich Żorach ruszyła samorządowa akcja zachęty do nauki ukraińskiego – Ślązacy są zapobiegliwi.

Ostatecznie tradycyjna otwartość Polski związana była z jednym podstawowym warunkiem – akceptacji i poszanowania całej jej tradycji, wartości, języka i racji stanu, a więc i granic. Te wymagania, najzupełniej podstawowe, nie są nadzwyczajne bo są absolutnie wspólne dla wszystkich państw otwierających swe podwoje i możliwości dla przybyszy.

Czy zatem nieprzepuszczenie symbolicznych prezentów świątecznych, stanowiących oczywistą i zgodną z wszelkimi międzynarodowymi traktatami formę dbania o własne mniejszości narodowe, to jedynie objaw cywilizacyjnego „uskoku” na tejże granicy, tak jak i obicie lwowskich lwów paździerzem ? Za przepuszczenie podobnej ilości paczek na Wileńszczyznę i Grodzieńszczyznę płacimy zdaje się poważną cenę polityczną, czy jednak nie zbyt wysoką ? Czy wreszcie werdykt Komisji Weneckiej wobec ukraińskiej ustawy językowej godzącej wyraźnie w mniejszości narodowe, nie deprecjonuje i nas jako jedyne państwo unijne tolerujące zupełnie bezkrytycznie taki stan rzeczy ?

 

Szczepan Polak

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.8 (5 głosów)