Dlaczego możliwy był „smoleńsk”, czyli nasz człowiek

Obrazek użytkownika civilebellum
Historia

Można przygotować każdą zbrodnię, ale przecież chodzi o to, żeby się nie wydała; a kto może dostarczyć najlepsze alibi, jeśli nie osoby godne zaufania? W przypadku „smoleńska” – Tragedii Delegacji Narodowej – któż mógłby być taką osobą? To oczywiste, że dla nas - szef naszego rządu, „nasz człowiek”. „Nasz”?

 

 

Zaczęło się… od wizyty Donalda Tuska w Moskwie, w lutym 2008 r. – zaraz po październikowych wyborach do sejmu, które wygrał: „nasz człowiek w Warszawie” – jak napisała gazeta.ru i można mieć rozmaite refleksje co do trafności tego określenia, np. takie, że jej naczredaktor coś tam mógł usłyszeć od prominenta z KGB…

Historia polskich akt STASI jest oczywiście dla nas niedostępna, i w Niemczech i w Rosji, tak jak historia śmierci jedynego polskiego łącznika SB w Berlinie: znaleziono go, w 1991 r., na torach nieczynnej bocznicy kolejowej w odległej od jego zamieszkania dzielnicy Warszawy – martwego; śledztwa nie przeprowadzono, bo co tu śledzić: martwy, znaczy nie żyje i płk Kazimierz Piotrowski* mógł zameldować gdzie trzeba, że „u nas czysto”.

Tak czy inaczej, doszło do pierwszej rozmowy Putin-Tusk, rozmowy dziwnej, bo polski premier rozmawiał nie z premierem rosyjskim, a z prezydentem: taka widać była rosyjska potrzeba personalna. Na wszelki wypadek Tusk się od tych niemiłych dlań supozycji teatralnie odciął: „Równie dobrze można by powiedzieć, na to wskazywała atmosfera rozmów, o prezydencie Putinie: nasz człowiek w Moskwie i to by znaczyło tyle samo, a równocześnie nic by nie znaczyło.” – po co publika ma snuć jakieś domysły?

 

Do drugiej rozmowy doszło 1 września 2009 r., rozmowy „w cztery oczy” w sopockim hotelu Sheraton – rozmawiano m.in. o gazie i o… wizycie w Katyniu; Tuska wizycie – takie „zmartwienie” miał (wtedy już tylko premier) Putin... Jej treść musiała zmartwić naszego premiera, bo miał on z Lechem Kaczyńskim relacje niepolityczne: obaj lubili się spotykać w prezydenckiej rezydencji na Mierzei Helskiej i toczyć długie rozmowy przy lampce wina… Nic zatem dziwnego, że Tusk starał się zniechęcać LK (poprzez Sikorskiego) do jego prezydenckiej wizyty w Katyniu – jakby coś przeczuwał; no i przypomnijmy tu jeszcze tę jego zabawną (jak się wydawało Prezydentowi) propozycję, żeby obaj nie kandydowali (co LK skwitował: „w ten sposób on byłby nadal premierem, a ja – byłym prezydentem”) – tymczasem o co innego chodziło: o gaz. Bo być może kagebiści są mściwi i nie cofną się przed niczym (Litwinienko, Skripal), ale prezydent z dużego kraju NATO to już inna skala, chyba że narażone są rzeczywiste interesy mocarstwa – a torpedowanie umowy gazowej było takim interesem i stąd te złowieszcze słowa Tuska na mini konferencji w Sheratonie: Z premierem Putinem przypilnujemy, by nikt piachu w tryby nie sypał. Więc Tusk się starał przypilnować, a że rady nie dał, to przyszła kolej na jego mocodawcę, który mógł z zimną krwią przypomnieć Amerykanom (i światu) cytat z ich ulubionego „Ojca Chrzestnego” Mario Puzo: „To nic osobistego, Sonny. To czysty biznes”. A że „przy okazji” pokazał „bliskiej zagranicy”, kto tu rządzi, to (zwłaszcza po Gruzji) już tylko dodatkowy bonus.

 

Putin więc był na ostateczne rozwiązanie przygotowany – ale Tusk nie: gdy się dowiedział (od Sikorskiego, ten od Bahra, Bahr zaś od… wicegubernatora obwodu smoleńskiego, który zabronił mu podejść do wraku!: Przejechaliśmy około 500 metrów. Ja jeszcze wtedy nie wiedziałem o katastrofie. (…) Ja z osobami z naszego samochodu udałem się za gubernatorem. Przeszliśmy około 200 lub 300 metrów i wtedy zobaczyłem statecznik samolotu z biało-czerwoną szachownicą. Potem zobaczyłem podwozie samolotu z kołami sterczącymi do góry. Wówczas zauważyłem wracającego w naszym kierunku wicegubernatora obwodu smoleńskiego, który podszedł do nas i powiedział : „Chłopaki, dalej nie trzeba”. Miał na myśli, żebyśmy dalej nie szli.), że „wyżiwszych niet” – płakał: tak twierdzi jego rzecznik (ówczesny i dzisiejszy, „europejski”) Graś, do którego się w rozpaczy zwrócił: co mam robić? Taki Wódz… No co on mógł, ten Graś: „zadzwoń jeszcze raz, coś wymyślę” – i Tusk zadzwonił! Stanęło na tym, że trzeba jechać do Warszawy, z ministrami się spotkać. A czas sobie płynął i Polska nie zasiadła jeszcze do „egzaminu” (który w końcu – jak obwieścił Komorowski – rzekomo „zdała”). W tym czasie nie zdołano zdecydować o wyjeździe patologów prof. Karola Śliwki, który już o godz. 10 informuje prokuraturę o gotowości do wylotu), bo, jak się okazało później, doszło do trzeciej rozmowy, w wyniku której Tusk „podjął decyzję” – opisał ją na październikowym spotkaniu z Rodzinami Ofiar Tragedii tak(relacja Stefana Melaka): Pierwsze [moje pytanie] było takowe, czy pan premier kiedykolwiek występował do strony rosyjskiej i czy występował o możliwość wspólnego przeprowadzonego śledztwa z Rosjanami w sprawie katastrofy, po deklaracji prezydenta Miedwiediewa. Z rozbrajającą szczerością pan premier odpowiedział: - Nie, nie występowałem i nigdy nie wystąpię

 

Bezpodstawnie zatem dziwił się Piotr Marciniak, ówczesny zastępca ambasadora w Moskwie (w rozmowie z Robertem Mazurkiem pod koniec 2015 r.): Spodziewałem się, że zaraz po katastrofie na lotnisku w Moskwie wyląduje jakiś herkules, w ostateczności jego polski odpowiednik. Z niego wysiądą dziesiątki ludzi: polscy śledczy, lekarze, służby i cały, gotowy sztab kryzysowy. Tymczasem nie przyjechał nikt taki, a zamiast nich przyleciała pani minister zdrowia [ale bez patologów prof. Śliwki!]…

… bo ta trzecia rozmowa (czy raczej polecenie służbowe) okazała się decydująca – decydująca o losach „egzaminu” (czy nie stąd się wzięły te tuskowe „żółwiki”?), czyli śledztwa; jak Tusk sam oświadczył Monice Olejnik (na jej pytanie Czy na posiedzeniu Rady Ministrów w kwietniu mówiono na temat tego, w jaki sposób prowadzone powinno być śledztwo?): Szczerze powiedziawszy, akurat w tych pierwszych czterech godzinach miałem co innego na głowie

Owo „co innego” było z pewnością „zrozumieniem sytuacji”, jaką przedstawił mu – w pędzącym do Warszawy samochodzie – w godzinnej (!) rozmowie Putin. Swoją drogą – czy to nie dziwne, że Tusk miał z nim osobistą „czerwoną linię”, bo przecież nie łączono się z nim przez Rządowe Centrum (byłyby jakieś nagrania, jakieś bilingi)?

Po tej rozmowie wszystko już poszło gładko: a to odrzuciliśmy ofertę pomocy NATO i UE (Barroso), przyjęliśmy ten nieszczęsny załącznik 13 (choć i on dawał nam spore możliwości: zgodnie z pkt. 3 tego załącznika, gdyby Polska tego zażądała, Rosja musiałaby podjąć wszelkie konieczne kroki dla zapewnienia „by samolot, jego zawartość oraz wszelkie inne dowody pozostawały nienaruszone do czasu dokonania inspekcji przez akredytowanego przedstawiciela.” Ale Polska tego nie zażądała), podporządkowaliśmy Komisję Millera Komisji MAK (bo Polska zgodziła się na uznanie lotu za lot „cywilny”)… przykłady można mnożyć, ale chodzi o odpowiedzialność za te dokonania: kto „reprezentował” w nich Polskę? Ano premier (co sam potwierdził: Wszystkie decyzje jakie w ciągu tych tygodni, miesięcy zapadały, które podejmowała administracja państwowa mi podległa, są za moją wiedzą, zgodą, i ja ponoszę za to pełną odpowiedzialność. I dodał: tak po stronie rosyjskiej jak i po stronie polskiej są pewnie ludzie i instytucje, które obawiają się pełnego wyjaśnienia prawdy) – choć przecież wiedział, że osobiście nic mu nie zagraża: pozostanie bezkarny…

 

W polityce trzeba być twardym i grać ostro, jeśli chce się do czegoś dojść, osobiście rzecz jasna: a Tusk doszedł, osobiście, daleko (nie bez pomocy swoich „przyjaciół”). I tylko zmora gorzkich reminiscencji, tego wyrzutu zagłuszanego sumienia, czasem i największemu „twardzielowi” się niebacznie wypsnie: Mnie też ktoś kiedyś zlekceważył i źle na tym wyszedł

 

Cóż więc tu dodać, gdy rzeczywistość pozbawia nas nadziei na publiczną prawdę? Czy pozostaje nam jedynie wiara Poety?

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

 

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta
.

 

 

*niezwykle „ciekawa” postać: szef Biura „C” MSW (1979-90) i pierwszy Dyrektor Biura Ewidencji i Archiwum… UOP ; kopalnia wiedzy osobowej :) niestety rocznik 1929 - no ale są przecież "spadkobiercy"...

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:8)

Komentarze

"rządzonym" przez służby i to nie "nasze" bo tzw. "nasze" są na usługach obcych, więc i "premierzy" mają rodowód ustalony przez obcych, stąd  pseudonim "Oscar" opisywanego. Jeżeli prześledzimy "premierów", "prezydentów" tzw. III RP =PRLbis to zdecydowana większość ma pseudonimy, a część bez pseudo czeka jeszcze na otwarcie archiwów gdzie są do dzisiaj utajnione.

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

antyleming

#1579788