Mam Panią gdzieś, Pani Fallaci!

Obrazek użytkownika MagdaF.
Kraj

Mam Panią gdzieś, Pani Fallaci!

To był trudny wywiad. Bo Oriana Fallaci, nieustraszona korespondentka wojenna, reporterka i dziennikarka, przykład bezkompromisowej i cywilnej odwagi, była wszędzie tam, gdzie tworzyła się historia, gdzie wind of change zdawał się zapowiadać koniec wojen, totalitaryzmów, przemocy, zbrodni i zniewolenia człowieka. Trudny, ponieważ po latach i Fallaci, i Lech Wałęsa żałowali, że do niego doszło. Kulisy tego wywiadu odkrywa po latach Daniel Passent w książce „Passa”. Fallaci odwiedziła przywódcę „Solidarności” w marcu 1981 roku spędzając sobotę i niedzielę w mieszkaniu państwa Wałęsów na ich osobiste zaproszenie. Po raz pierwszy dziennikarka, jak napisze później, w opublikowanym w 2005 r. "Wywiadzie z sobą samą", stanęła wtedy przed ogromnym dylematem: zaufać własnemu instynktowi, opisać tak, jak czuje i widzi i przysłużyć się Rosjanom, czy pomóc walce o demokrację w Polsce i „Solidarności”, którą popierała, kosztem uczciwości zawodowej i przedstawienia nieprawdy. Nie bez wewnętrznych oporów wybrała to drugie, czego po latach żałowała. Bo nie podobał jej się Lech Wałęsa jako człowiek, według niej był próżnym, pretensjonalnym, pewnym siebie ignorantem. We wspomnianym „Wywiadzie z samą sobą” pisała: "Kiedy się pomyśli, że pijak Jelcyn był carem, a ignorant Wałęsa symbolem wolności, uginają się nogi pod człowiekiem".

Kilka lat musiało upłynąć, wiele dokumentów musieli przekopać historycy, wielu działaczy „Solidarności” zabrać głos, by dziś można było przyznać, że instynkt nie zawiódł dziennikarkę. Historia odkryła prawdziwe dzieje „etosu” Solidarności, a i współczesność dokłada każdego dnia nową odsłonę polskiej transformacji, która przecież żadną transformacją nie była; ani ustrojową, ani społeczną, ani kulturową, lecz bezkrwawym zawłaszczeniem polskiego majątku opartym na gigantycznym kłamstwie, w którym Lech Wałęsa spełniał rolę szczególną, obok kuglarzy z nieboszczki PZPR i demagogów, zawłaszczających znaczek wielomilionowego ruchu społecznego. Wiele lat później, w roku 2008, Lech Wałęsa zapytany na antenie Radia Zet o tamten wywiad wspomina: „Fallaci bardzo zależało na wywiadzie, a ja miałem wielki strajk i nie mogłem z nią rozmawiać. Ona wszystkie argumenty złożyła i ostatni argument to: "Panie, jak Pan śmie, ja tyle książek napisałam, z królami rozmawiałam - nikt mi nie odmawiał, a Pan mi odmawia", a ja powiedziałem Orianie Fallaci, że nie czytałem żadnej jej książki i mam ją gdzieś. Później się zgodziłem i mi dołożyła”.

Gdy widzę dziś na zdjęciu Lecha Wałęsę na herbatce u Wojciecha Jaruzelskiego, „trwale niezdolnego”, razem z Kiszczakiem, by odpowiedzieć przed sądem za masakrę na Polakach, nie dziwię się, nie oburzam, jak inni prawicowi dziennikarze, nie ubolewam nad upadkiem człowieka, który nie potrafi odróżnić kata od ofiary. Nie jest to dla mnie żadna „obrzydliwość”, jak piszą, zgrzyt moralny, zdrada ideałów, Polski i Polaków. Nabieram tylko pewności, że jego historyczny „skok przez płot” i wszystkie działania późniejsze, to proces zaplanowany, konsekwentny, będący przemyślanym ogniwem akcji o nazwie „transformacja”, w której zbrodniarze i agentura mieli za zadanie wygrać. Uwłaszczyć się na majątku narodowym i pozostać bezkarnymi do śmierci. Za to zadanie pili w Magdalence Kiszczak z Wałęsą i Michnikiem i, trzeba im przyznać, zostało ono w pełni zrealizowane. „Kapral Wałęsa” melduje dziś wykonanie tego zadania „generałowi Jaruzelskiemu”, jak zapowiadał w liście z 1982 roku. Może też przeprasza, że niedostatecznie dopilnował, gdy zaplanowany „system” niespodziewanie „zawiesił się” na dwa lata, siejąc panikę i zagrożenie jego twórców, podobne do histerii po emisji filmu „Towarzysz Generał”. Ale przecież wszystko opanowane. „Demokracja”, którą, wywalczyli, pozwala już jawnie i przy blasku kamer spotykać się tajnym współpracownikom, okrzykniętym „ludźmi honoru”, którzy w poprzedniej epoce musieli kryć się w miejscach ustronnych. Pozwala jawnie usprawiedliwiać ich draństwa mniejszym złem lub nawet wielkim dobrem i publicznie, bez żadnych zahamowań, lżyć polskich bohaterów i patriotów, a naukowców odkłamujących historię, nazywać „gnojkami”.

Zastanawiam się, gdzie byliby dziś Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski, gdyby nie Okrągły Stół? Czy Czesław Kiszczak mógłby w spokoju uprawiać dziś swój ogródek, czy może siedzieliby wszyscy w więzieniach za zdradę narodu i kolaborację z ZSRR? Czy Wałęsa brałby udział, jako świadek obrony, w procesie generała za masakrę Grudnia? Czy miałby dziś czelność bezkarnie i z taką lekkością głosić poglądy, by pałować związkowców? Czy powróciłby „Lenin” na bramę stoczni, czy ludzie pokroju Bogdana Borusewicza mogliby zostać marszałkami senatu, a kłamca Jerzy Borowczak nadal uwiarygodniałby mit Wałęsy? Czy prezydent B.Komorowski organizowałby cykliczne seminaria z demokracji dla Tunezyjczyków, kontynuując postmagdalenkowy proces w promocji Wałęsy, Mazowieckiego, Lityńskiego i Wujca?

Z jakimi radami pojechał Lech Wałęsa - prelegent krótkiego kursu demokracji do Tunezji w ubiegłym roku, wraz z innymi „ojcami demokracji” A. Kwaśniewskim i Z. Cimoszewiczem eksportować nasz model przemian? Ano takimi, by byłych urzędników reżimu nie wykluczać z życia publicznego, bo nie wystarczy ludzi aktywnych; mają oni pieniądze i rozpoznanie (chodziło mu chyba o rozeznanie?). A poza tym - mówi Wałęsa - to niedemokratycznie.

Druga część pogadanki o demokracji, zwanej seminarium, również dla gości z Tunezji, obyła się już na naszym terenie, w sejmie, z udziałem m.in. Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy i Ewy Kopacz. Zupełnie niefortunnie, w tym samym czasie, media ujawniły projekt ustawy zakładającej możliwość użycia broni palnej m.in. w stosunku do kobiet w ciąży i dzieci. Pogadanka była już mniej spontaniczna i szczera, ale za to twórcza i zasługująca na matematycznego Nobla. Bowiem Lech Wałęsa zaprezentował własny wzór na demokrację, która według niego składa się z trzech równych elementów, po 30% każdy. Pierwszy z nich to prawo, które pozwala na rozwój demokracji, drugi to obywatele, którzy korzystają ze swych praw i biorą udział w życiu politycznym, trzeci to grubość książeczki czekowej. Zostaje jeszcze wolne 10%, jak mówi L.Wałęsa - na rozkosz. Mając w pamięci blokowanie przez rząd PO wszystkich inicjatyw obywatelskich, dyskryminację opozycji, czy procesy za wolność słowa, w państwie Tuska pozostaje tylko owo magiczne 10% demokracji. Ta rozkosz, jak zemsta Bogów, pozwala mi jeszcze pisać, że ja też mam Pana gdzieś, Panie Wałęso! I Pana pogadanki o demokracji. To nie Wy skorzystaliście z ludzi reżimu. To reżim wykorzystał Was. A teraz z wdzięczności za nietykalność częstuje nalewką.

Tekst opublikowany w nr.29/2012 Warszawskiej Gazety

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

"Zastanawiam się, gdzie byliby dziś Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski, gdyby nie Okrągły Stół? " - to było tylko zagranie i gra im się udała , kilka gemów oddali na rzecz Jana Olszewskiego J.L. Kaczyńskiego. Wybili wszelką opozycję pozostał jeszcze Macierewicz , ale teraz tylko tasują karty z wygranymi gra skończona wynik znany , kolejka do kasy u bukmachera dawno stoi.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#275900

wpisem, lecz nie jego bohaterami

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#275902

Nieekonomiczna "rozkosz" = rozkurz(koszty) "koszy ekonomicznych"

Rozkurz -> ubytek towaru zaistniały wskutek rozpylania w trakcie przeróbki, przesypywania, rozważania.

Pozdrawiam ROZKOSZNĄ dziesiątką.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#275961

i co chciałeś powiedzieć skoro nawet na własne słowa ciebie nie stać wklejasz wszędzie ten sam tekst?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#275963

 Rozważając...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#275968

Dziękuję i zostawiam 10.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#276119