Odjęło nam ją z jej piersiami - (Ludzie spalonego lasu 2)

Obrazek użytkownika wojcicki
Kultura

No i stała przed nami w samych majteczkach, mówiąc: „W głowie mi się kręci. Ale właściwie to gdzie ma mi się kręcić”. Zarechotała chrapliwie, gdyż ją to rozśmieszyło, a głos jej mocno złachało życie.
Ciało jej stanowiło formułę idealną. Pięćdziesiąt pięć lat, a gładkość trzydziestolatki. Nie widziałem tak młodzieńczo rzeźbionego brzucha u żadnej młodej kobiety. Mam szczęście do takich cudów bio-natury – jakkolwiek to zabrzmi - dzięki sobie samemu.
Tylko twarz wskazywała na wiek, ale jej pięknie skrojone, świeże usta i ogromne zielone oczy zacienione długimi, siwymi rzęsami stanowiły przekaz erotycznie wstrząsający. Była pod koniec lat pięćdziesiątych jedną z najpiękniejszych studentek ASP w Krakowie. Ale mnie jej uroda fascynowała właśnie teraz.
Nieco zmęczona wielodniowym piciem była w stanie anielskim.
My też. Wódki było pod dostatkiem. Któryś z poputczików naszych bezdennych, nie dzielonych na doby biesiad przyniósł całą skrzynkę gorzały typu „Baltic Vodka”. Siedzieliśmy więc rzędem na kanapie – Boguś z magicznej Burakowskiej, Jarek i ja. Przepełnieni byliśmy słodką watą zadowolenia – wiedzieliśmy bowiem, iż idąc „za potrzebą” statecznym choć niepewnym krokiem potkniemy się o zgrabny kontenerek, a flaszki dadzą nam znać o swoim treściwym istnieniu brzękiem i subtelnym chlupaniem.
Na lewo od nas na środku podłogi obszernej pracowni niezbyt głośno wyła ogolona na łyso Julia. Była cudownie marmurowo naga, widocznie w ten sposób wygodniej jej było cierpieć. Siedziała z podkulonymi nogami i wadziła się z Panem Bogiem na temat swojej egzystencji.. Wyła w intencji ułaskawienia, wyzwalającego z wrogiego wewnętrznego świata.
Nie zwracaliśmy uwagi na ten ludzko-boski zgrzyt. Sami przecież byliśmy bogami naszego azylu, przynajmniej w tym momencie poczucie potęgi nas rozpierało, a anielstwo stojącej przed nami Ewy stanowiło gwarancję bezpieczeństwa przed jakimkolwiek postronnym potępieniem.

Stała więc przed nami i nie bardzo wiedziała co mówić, ani jak sytuację rozwinąć była bowiem koszmarną szantrapą, którą stan rozanielenia musiał doprowadzać do fundamentalnej konfuzji. Niestety nie przyszedł akurat nasz podręczny ratownik seksualny – Martin, chłopina durna, ale nieoceniony środek na chwilowe zakłopotanie natury erotycznej. Po prostu natychmiast poszedłby z Ewą do łóżka, w ten sposób doceniając klasę estetyczną i byłoby po kłopocie.
A dlaczego nikt z nas, obecnych nie podszedł do niej i nie dotknął delikatnie czy niedelikatnie, ale znacząco jej gładkiego ciała? Przecież nam-mnie podobał się jej anatomiczny portret.
Odpowiedź jest rozbrajająco prosta – czuliśmy się zbyt szczęśliwi, nirwana azylu sprawiała, że wszelki wysiłek psycho-biologiczny był nam-mnie do niczego niepotrzebny. Po co on herosom mikroświata niepodległego, azylu poza wszelkim zewnętrznym uzależnieniem od rzeczywistości, zwanej dodatkowo i trochę bez sensu realną, po co nam klientom nocnych delikatesów jeszcze jakaś dodatkowa satysfakcja, wymagająca sporego nakładu ruchu spoconego ciała?
Mówiąc w sporym i jednak nieco enigmatycznym przybliżeniu, raczej bliższy nam był syf niż prokreacja.

U Ewy bywałem przez kilkanaście brzemiennych w doświadczenie lat.
W jej pracowni tysiące niezapamiętanych rozmów i moich niepowtarzalnych – rzecz jasna – bon-motów wisiało w powietrzu, a raczej było samym powietrzem czy jakąś tam inną materią do oddychania. W uszach miałem nieustanne mruczando boskich stworów, mniej lub bardziej ubranych, ale zawsze pijanych wampirzyc i wampirów, chłepczących przejrzystą krew z kieliszków, przejrzystą – a więc krew duszy, to ona była naszym czarownym pokarmem i nie ma w tym sformułowaniu żadnej manierycznej szarży. Wiem, co mówię, tak było.
Z tego mruczanda wyłaniają mi się jej słowa wyraźniejsze niż ogólny szmer naszych rozmów. Czasami padało „mój mąż” i miało taki jakby charakter ochronny.
Miała w ciągu życia ze trzech mężczyzn na tak zwane stałe i jednego ślubnego męża, architekta, bardzo przyzwoitego gościa, który wraz ze swoją żoną i dorosłymi już dziećmi z nowego małżeństwa wspierał ją w okresach szczególnych kryzysów osobistych czyli często, a właściwie permanentnie.
Czasami padało „moja córka” i miało charakter porażającej tęsknoty.
Nie miała dzieci i to był jej wielki wewnętrzny ból. Kiedy mówiła o jakiejś młodej niezidentyfikowanej dziewczynie „córka” jej chropowaty głos tężał, a zielone oczy nabierały intensywnej siły. Patrzyła wtedy jakoś tak bardzo wprost, w perspektywę dla niej wyjątkowo otchłanną. W takich momentach prawie ją kochałem, towarzyszyłem jej (jędzy, wiedźmie, szantrapie, awanturnicy i czarownicy) całym swoim raczej dziurawym worem uczuć.
Miałem już 36 albo 37 lat, samotny i bezdzietny. W naszych jałowych kroczach nie było pulsu życia. Nie czuliśmy tego wspaniałego poszumu tętna, które łączy nas z pięknem, gdy przytulimy się czule, zetkniemy delikatnie konchami, w których słychać nas samych w nieregularnie odmierzanym rytmie.

Kiedyś przyszedłem do pracowni bez wódki. Nie było gości. W pustym mieszkaniu, w obszernym pomieszczeniu pracowni pod ścianą z regałem pełnym książek, na krzesełku siedziała uczesana w mały koczek Ewa i dziargała coś na drutach. Jakiś sweter.
Siadłem, paliliśmy mocne papierosy i piliśmy herbatę. Rozmawialiśmy spokojnie i poważnie, jak nigdy. Była wyciszona, skupiona, jej głos nie iskrzył zwyczajną mu jędzowatością. Mówiliśmy o nas, o naszych sprawach, o znajomych, wspominaliśmy naszych zmarłych współbiesiadników. Niezły apel poległych można by zmajstrować. Prawie wszyscy zrezygnowali z życia na własne życzenie, traktując się sznurem bądź pastylkami.
Kilka tygodni później odjęto jej pierś.
Kiedy odzyskała siłę wszystko w azylu powróciło do swej jedynie akceptowalnej normy. Jak już wspomniałem grono azylantów przerzedziło się – Misio nałykał się prochów i już nie umilał nam życia serdecznym szczerbatym uśmiechem, Włodek C. powiesił się na lampie. Piękną Julię kilkakrotnie odratowywano, aby mogła wadzić się z Bogiem, wyjąc nago na podłodze wśród zbieraniny najwspanialszych obrzympałów, dzikich lokatorów zrujnowanej kamienicy na magicznej Burakowskiej, w pobliżu warszawskich Powązek.
A później Ewie odjęto drugą pierś.
Nie stawała już przed nami w kusej, apetycznej bieliźnie i w anielskim nastroju.
Ale korzystaliśmy nadal z azylu, aby dotrwać do jego końca. Do rychłej śmierci Ewy.

Chodzę czasami – naprawdę tak robię, to nie zabieg narracyjny – na dawną ulicę Nowotki, staję pod tym domem, wznoszę głowę. Na ostatnim piętrze widzę trzy okna miejsca miejsc.
Zostawiłem tam piętnaście swoich niepowtarzalnych lat. W miejscu, które zniknęło.
Jestem śladem po Ewie, jestem jej mężem, jej córką i jej wszystkimi wnukami.

Fot. Marta Klubowicz - z serii "Okna".

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

    Krótki jesienny okres, gdy liście na drzewach zmieniają barwę i opadają z drzew, często wywołuje w nas refleksję nad naszym życiem. Im więcej lat, tym te chwile stają się dłuższe. W czasach powszechnego kultu skomercjalizowanej młodości, okrycie erotyzmu i piękna kobiety dojrzałej może szokować.

    Dlaczego tak łatwo dajemy sobie wmówić, że poza mediami nie istnieje piękno w człowieku, ten boski pierwiastek ? Czy nie przeceniamy różne Dody, Donaldy, Baraki, Angle i Ryśki ? Te wirtualne figury odchodzą, a piękno trwa. Dziękuję, za przypomnienie spraw, naprawdę ważnych.

pzdr

Milton

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#33957

Oj, święta prawda. Chwilowo mam zupełnie dość mamrotania polityków i ich jakże często kretyńskich popisów interpretacyjnych.
Święta też prawda, że piękno dojrzałej kobiety mnie szczególnie fascynowało (np. w wieku 20 lat) i nadal fascynuje. Jeśli piękno ma swoje rodzaje, to właśnie ten rodzaj piękna od wkroczenia w dorosłe lata uważałem za najszlachetniejszy i mnie najbliższy.
Miałem kilka takich przyjaciółek, których szczególna obecność w moim życiu wypróbowała i ukształtowała moją wrażliwość. Kobiety są moją miłością. Naprawdę, te wybrane trzeba darzyć miłością lub głęboką, niepodważalną przyjaźnią. Trzeba tak czynić, jeśli nie chcemy skazywać siebie na całkowitą wewnętrzną karłowatość.
Tak dalece jestem o tym przekonany, Miltonie, że nawet - bez zbędnych zastrzeżeń - dałbym szansę Dodzie, powiedzmy, za 10 lat.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#33963

Krzysztof J. Wojtas
Piotrze
Przeczytałem wcześniej, ale musiałem "przetrawić" tekst. I mam mieszane uczucia.
Czytam jako dobry tekst tyczący dróg zagubienia ludzi bogato wyposażonych , a którzy nie umieli wybrać drogi życiowej. Żyli chwilą licząc, że ta chwila jest wieczna - a okazała się tylko chwilą.
Ludzi, którzy nie umieli stać się elitą, a może takich którym warunki i otoczenie nie pozwoliło na wejście na tą drogę.
Smutny problem ludzi żyjących bez celu - sami nie umieli go wyznaczyć, a otoczenie blokowało.
Pozdr.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Krzysztof J. Wojtas

#34060

Coś w tym jest. Ale trzeba wziąć poprawkę na etapowość życia. Mnie i wspomnianego tam Jarka - nie zablokowało żadne otoczenie. Nie było to możliwe, bo w tym towarzystwie nie było nikogo, kto mógłby być moim guru, nawet na chwilę. Tam też bywała zwykła hołota. Tak w takich miejscach bywa. Poza tym łaziłem po wielu takich grajdołkach, a bywałem też w domach o zupełnie odmiennej atmosferze. Ci "słabsi" nie przeżyli, gdyż ów diabelski azyl bywał morderczy. Co co przeżyli, niemal na zasadzie doboru naturalnego okazali się bardzo odporni i życiowo waleczni. Funkcjonują do tej pory w zdrowiu. Nie każdy da się wchłonąć, jednak ludzie posiadają własną indywidualną osobowość i ona się liczy najbardziej.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#34135