Co to jest Trzeci Swiat & How We Can Make it Happen in Our Lifetime

Obrazek użytkownika Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Świat

W budynku dworca Friedrichstrasse w Berlinie, stacji gdzie wysiadają, wsiadają, przesiadają się dziennie dziesiątki tysięcy ludzi zatrzymuje nas z Vilmą wystawa World Press Photo.

Wojna, nędza, strach, głód – ludzkie nieszczęścia są fotogeniczne. Zagłodzone dzieci mają ogromne oczy. Zdjęcia wydają mi się znajome. Wydaje mi się, że niektóre widziałam już w ubiegłym roku i wcześniej. Ludzkie nieszczęście wygląda wciąż tak samo.

Vilma stwierdza z ulgą, że na wystawie nie ma zdjęć z Ameryki Łacińskiej. Vilma jest Kolumbijką. (Kolumbia jest trzy razy większa od Polski i posiada dziesięć milionów mieszkańców więcej oraz 4 razy starszą kulturę). Tak się złożyło, że wyszła za mąż za Polaka. Małżeństwo z Europejczykiem lub Europejką to w Ameryce Południowej i Łacińskiej cenny krok wzwyż po drabinie społecznej. W Warszawie Vilma bywa wyzywana od kacapek. Zapytała mnie kiedyś, co to jest „kacapka”. Wyjaśniłam jej.
Z jej egzotyczną urodą i obcym akcentem jest często brana za Ukrainkę. Ukraina to w Polsce Trzeci Świat.

Vilma, inaczej, niż pani Cesia, nie sprzedaje swojej taniej siły roboczej, tylko uprawia drobny handel. W Bogocie bardzo są aktualnie cenione stalowe garnki i artykuły przemysłu skórzanego – informuje mnie. Nie wiem, ile stalowych garnków i skórzanych kurtek Vilma wyeksportowała do Kolumbii, ale z całą pewnością nie wpłynęło to na tamtejszą strukturę handlu, ani tym bardziej układ sił.

Kolumbia podzielona jest na trzy nieformalne, ale efektywne strefy wpływu: amerykańską, rosyjską i niemiecką. Każda z nich ponoć współpracuje z tzw. grupą politycznego nacisku, czyli niepaństwowymi armiami de facto rządzącymi prawie połową Kolumbii:FARC, ELN i AUC.
Kraje Pierwszego Świata muszą przecież zabezpieczać swoje interesy, czyli złoża na których trzymają rękę. Obok szmaragdów i złota Kolumbia eksportuje głównie ropę naftową, kawę, węgiel, banany oraz cięte kwiaty.

Kolumbia to bardzo bogaty kraj biednych ludzi, w którym od 50 lat toczy się wojna przeciwko społeczeństwu. Ci, którzy występują w obronie biednych są brutalnie mordowani.W ostatnich 10 latach zamordowano tam 10 tysięcy osób, z czego ponad 1/5 to przedstawiciele związków zawodowych. O aresztowanych nie wspominając. Kary za działalność związkową sięgać mogą do 40 lat więzienia.
Zycie ludzkie jest w Kolumbii tanie. Zamordowanie opozycjonisty lub związkowca kosztuje między 200 a 350 dolarów. Dochód na głowę mieszkańca to nieiwele ponad 3 dolary. (Dolar zresztą jest faktyczną walutą w Kolumbii, choć oficjalnie peso.). 250 000 ludzi zostało wyrzuconych z własnych siedzib, bo umiejscawiały się w tamtych rejonach oddziały paramilitarne. 4 000 musiało uciec za granicę (liczba ta dotyczy oficjalnych azylantów politycznych, a nie Kolumbijczyków szukających pracy).

Ponad 180 000 żołnierzy oficjalnej armii kolumbijskiej i 120 000 policjantów patrolują ulice i drogi Kolumbii. 600 000 płatnych żołnierzy i członków brygad paramilitarnych pełni codziennie swoją „służbę”. Do tego doliczyć trzeba 15 000 komandosów. 10 000 rezerwistów i 20 000 paramilitarnych stoi z bronią u nogi czekając na wezwanie prezydenta Uribe. Kręgosłup tej gigantycznej machiny wojskowej tworzy cywilny system donoszenia liczący sobie ponad milion płatnych informatorów stworzony w krótkim czasie przez Uribe.

Utrzymanie takiej machiny kosztuje niebotyczne sumy, dlatego reżym Uribe jest odbiorcą trzeciej co do wielkości po Izraelu i Egipcie pomocy finansowej na cele militarne z USA. Waszyngton wydaje dziennie na dopłaty do kolumbijskiej armii , obserwację i zabezpieczenie swoich punktów strategicznych i firm ponad. 2 miliony dolarów. Pozwala mu to na kontrolę na całym obszarze andyjskim.

Vilma boi się o swojego syna. Każdy, kto ma nieco jaśniejszą karnację skóry lub mieszka w lepszej dzielnicy jest narażony na porwanie z wymuszeniem okupu. Dlatego, gdy dla swojego syna znalazła szkołę, natychmiast poszukała mieszkania naprzeciwko. Przez 5 lat obserwowała zza firanki codziennie, czy syn bezpiecznie przekroczył ulicę i wszedł do szkoły. To samo powtarzało się po południu podczas powrotu do domu.

Perspektyw dla swojego syna po maturze Wilma nie widziała w Kolumbii żadnych. Kraj ten, według danych Międzynarodowej Organizacji Pracobiorców stoi na pierwszym miejscu wśród 119 krajów, jeżeli chodzi o permanentne łamanie praw pracowniczych.

*

Vilma za każdym razem, gdy wraca z Bogoty przywozi mi w prezencie paczkę najlepszej kolumbijskiej kawy. Uzbierało się już jej trochę w kredensie, ponieważ nie mam młynka. Ale kawa to dobry przykład. Ziarna kawy są drugim po ropie najważniejszym towarem eksportowym świata – klasycznym towarem (neo)kolonialnym.

Pionierami importu kawy do Europy byli Holendrzy. Mieszkańcy wyspy Java, która była kolonią holenderską zostali zmuszeni pod kontrolą holenderskich urzędników do zasadzenia na swoich polach ryżowych 650 drzew kawowych na gospodarstwo i odprowadzania plonu za z góry wyznaczoną – nie trzeba dodawać, że daleko poniżej faktycznej wartości - cenę do rządowych magazynów.Prócz tego wszyscy musieli pracować za darmo na plantacjach holenderskich kolonistów. To powodowało, że produkcja ryżu na własny użytek zmniejszała się dramatycznie prowadząc do klęsk głodu.

Często czytamy i słyszymy w codziennych wiadomościach o walkach na Sri Lance, byłym Cejlonie i nie wiemy, o co chodzi. Tymczasem u podłoża konfliktu pomiędzy Syngalezami i Tamilami historycznie leży właśnie kawa. Kawę przywiozły na Cejlon okręty holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, ale dużego znaczenia nabrała tam jej uprawa dopiero po przejęciu tej kolonii przez Brytyjczyków. Liczby mówią same za siebie: w 1812 roku zebrano na Cejlonie 152 tony kawy, a w 1845 roku 15 200 ton. W przeciągu 30 lat produkcja wzrosła stokrotnie. Boom ten powodował brak rąk do pracy. Syngalescy chłopi nie chcieli za pół darmo pracować na plantacjach kawy. Dlatego Brytyjczycy sprowadzili do pracy Tamilów z południowych Indii. Od tego czasu Tamilowie przerodzili się w najbardziej znaczącą mniejszość i od tego czasu datują się silne napięcia pomiędzy Tamilami i Syngalezami.

Problem zaogniło jeszcze zbrojne powstanie Syngalezów przeciwko Brytyjczykom w połowie 19 wieku.

Kilka lat po jego krwawym stłumieniu plantacje kawy na Cejlonie nawiedziła choroba. Wskutek spadku cen kawy na giełdach Londynu, Hamburga i Amsterdamu Brytyjczycy zamienili produkcję kawy na produkcję herbaty. W przeciągu 20 lat zmieniono całkowicie strukturę agrarną na Cejlonie – w interesie Kompanii Wschodnioindyjskiej.

*

Fakt, że na plantacjach kawy czy herbaty pracują dzieci specjalnie nie rani naszego sumienia. W końcu i w Polsce dzieci pomagają przy zbiorach zboża, kartofli albo pieleniu truskawek. Wysyłanie całych szkół „na wykopki” należało kiedyś do zabiegów wychowawczych. Zarabianie na własne kieszonkowe jest także czymś zwykłym w tzw. Pierwszym Świecie i nikt się temu nie dziwi.

Mało tego, nikt się w Pierwszym Świecie już nie dziwi, że luksusowe produkty wielu światowych firm zostały wykonane przez dzieci w Indiach, na Filipinach czy Tajwanie. To w końcu dzieci szyją buty i piłki dla firmy Adidas i Ecco, dzieci produkują tanie buty dla Europejczyków w Indiach, szlifują kamienie szlachetne w Indiach i Tajlandii, szlifują tani marmur na nasze nagrobki, wyciskają dla nas sok pomarańczowy w fabrykach Brazylii, skręcają cygara w Indonezji, szyją ubrania w Gwatemali, produkują dywany w Turcji, Maroku, Afganistanie, tkają pracochłonne materiały z bawełny i wełny – i te u nas tanie i te najdroższe, z których największe domy mody tworzą swoje kosztowne kreacje, zabawki, elektroniczne gadżety, wydobywają wolfram w kopalniach Ameryki Łacińskiej do naszych żarówek, produkują cegły, posługują w domach etc. etc.

Czego dzieci nie potrafią zrobić? Prostytucję dzieci oraz dzieci – janczarów w Afryce zostawmy na boku, bo to osobny wielki temat.

Zakazy zatrudniania dzieci niczego nie zmienią. Zakres dziecięcej pracy jest tak wielki, że gdyby nagle wszystkie pracujące dzieci na świecie pewnego dnia solidarnie zastrajkowały, świat odczułby to boleśnie najdalej po tygodniu.

Pewien mój niemiecki znajomy w ramach szukania zajęcia ciekawszego, niż siedzenie przy biurku zatrudniony został przez jakieś stowarzyszenie pomocy dla krajów Trzeciego świata i pojechał do Brazylii, gdzie przez rok pracował z dziećmi ulicy. Na koniec zorganizował wśród zasobniejszych znajomych w Niemczech zbiórkę, by swoim podopiecznym zapewnić jako taki byt – kupili im wspólnie jedną z hałd na wysypisku śmieci, gdzie dzieci i tak codziennie pracowały szukając resztek, które dałoby się w jakikolwiek sposób zużytkować lub sprzedać. Tyle, że dotąd musiały codziennie staczać krwawe boje z innymi dziećmi, które też chciały wejść na tę hałdę. Od tej pory hałda była wyłącznie ich własnością.

Po powrocie opowiadał o ginących bez wieści dzieciach, porywanych na dawców organów. Słuchałam jego opowieści przy kawiarnianym stoliku na ruchliwej berlińskiej ulicy w letni wieczór, patrzyłam na przesuwający się tłum turystów i myślałam, że śnię. Przypadek sprawił, że pól roku później podczas festiwalu filmowego Berlinale zobaczyłam film, który mną z różnych powodów wstrząsnął: „Central do Brasil” Waltera Sallesa. Film zdobył słusznie główną nagrodę i był wyświetlany także w polskich kinach (polski tytuł „Dworzec Brazylia”?). Historia chłopca sprzedanego na początku filmu po to, by zabrać mu organy.

Czy był to zbieg okoliczności, że miesiąc później w pociągu z Katowic do Berlina spotkałam dwie młode kobiety, które jechały do Niemiec, by sprzedać swoje nerki? Czy był to zbieg okoliczności, że kilka tygodni później ARTE wyemitowało reportaż o 12-letniej Lenie z Litwy, która – podobnie jak dzieci w Ameryce Południowej, całymi dniami pracuje na wysypisku śmieci szukając użytecznych resztek?

Ojciec Leny to alkoholik, matka umierająca na raka. Obie z matką mieszkają w jakiejś budzie na granicy miasta. Lena jest bardzo zdolna, jednak opuszcza szkołę, by wyżywić siebie i matkę. Kiedy przyjdzie do szkoły, wszyscy przed nią uciekają, bo ciało Leny cuchnie śmietniskiem.

Moja znajoma lekarka z Frankfurtu, z pochodzenia Polska, z zawodu pediatra w ramach urlopu pojechała z „Lekarzami bez granic” kilka lat temu do kolumbijskiego miasta Kali, gdzie w slumsach bezpłatnie leczyła przez 3 tygodnie dzieci. Wróciła naładowana energią i radością życia tych dzieci, serdecznością ich rodziców, której tak brakuje jej w Niemczech i po dziś dzień chodzi w glorii chwały. Zrobiła coś dobrego. Dla siebie także. Ale czy pomoc charytatywna to jedyna metoda na nędzę świata?

 

c.d.n.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Autorce dziwie się, że tak gładko przeszła obok tematu lewackiej partyzantki FARC, która kontroluje 1/3 Kolumbii, handluje kokainą i jest oskarżana min. przez HRW o łamanie praw człowieka. Prawicowe bojówki AUC nie są lepsze, bo też handlują prochami i pozwalają sobie na krwawe represje. Okoliczna ludność jest między młotem a kowadłem, bo dostają od jednych i drugich, i dochodzi do sytuacji, gdy np. jedna frakcja pod lufami karabinów zarekwiruje żywność, to druga potem oskarża wieśniaków o kolaboracje i zaczynają represje.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#14987

A ja się dziwię panu, Doktorze No, że nie zauważył pan, co jest tematem tego eseju (jest to jego część trzecia, czekam na następną). Nie wiem, czy Pan się zna na konstrukcji eseju w ogóle. Czy Pana zdaniem Autorka powinna porzucić temat główny ( zgodnie ze sztuką gatunku:próba odpowiedzi na główne pytanie ,tutaj zawarte w tytule) i powinna poświecić resztę czau i naszej uwagi na opisywanie lewackiej partyzantki?
Eseje powinny mobilizować do myślenia i animować do polemik. proponuję zatem, żeby nam Pan tutaj opisał jak działa i jest zorganizowana oraz opłacana FARC. To bardzo ciekawy temat i jest nań zapotrzebowanie. Przypuszczam, że sporo Pan o tym może wiedzieć.

z szacunkiem
Alpha-Alpha

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

z szacunkiem
Alpha-Alpha

#14996

Niesamowite, szokujące, w ogóle brak mi słów! Niby słyszeliśmy wszyscy wielokrotnie o większości tych problemów, jednak zgromadzenie tego w jednym tekście robi wrażenie! Każde zdanie bije jak młotem, chociaż przecież oszczędne, pozbawione epitetów. Czytamy suche fakty. Piorunujące fakty. Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#15155