Program Wildsteina

Obrazek użytkownika Andrzej Wilczkowski
Kraj

Tolerancja na brak tolerancji

Program pana Bronisława Wildsteina – o reakcji krakowskich Piwniczan pod Baranami na ujawnienie i propagowanie ich domowego agenta – wywołał we mnie smutne refleksje. Broniąc donoszącego na nich przez dziesiątki lat kapusia nie zauważyli, że coś się im wymknęło spod dyscypliny intelektualnej. Otóż – pomijając towarzyskie stosunki i ilość wypitej wódki z tymże kapusiem, które rzeczywiście nie tak łatwo wyrzucić do kosza niepamięci – nie zaważono, że sprzeniewierzono się modnemu hasłu „pięknoduchów” że „nie ma tolerancji dla braku tolerancji”.

Tymczasem człowiek, który postanawia donosić – ogólnie rzecz biorąc – jest człowiekiem nietolerancyjnym. Donosicielstwo – samo w sobie nie jest grzechem. Jeśli się widzi zło i nie potrafi sobie człowiek sam z nim poradzić, to musi donieść. Na policję – że mordują, do straży pożarnej – że się pali, czy do pogotowia – że kogoś samochód potrącił. W każdym z tych przypadków jest nietolerancyjny.

Znaczy – ważne jest w jakiej sprawie się donosi i czy donos jest prawdziwy.

Ludziom, którzy donieśli, że nas potrącił samochód i jeszcze zapisali numer samochodu, jeśli kierowca wraz z autem uciekł miejsca wypadku – na ogół dziękujemy. Ludziom, którzy donieśli – że popełniliśmy przestępstwo – na ogół nie jesteśmy wdzięczni.

Jeżeli się już głosi hasło – że nie powinno być tolerancji dla braku tolerancji – to kapusia nie powinno się lubić w żadnym przypadku, nawet jeśli jego donos uratował nas od śmierci.

Tymczasem prawda obiektywna jest następująca: donosy w dobrej sprawie są dobre, w złej – złe.
I to, ludzie o wysokim IQ powinni zauważyć. Zawsze mnie boli kiedy widzę sprzeczności w rozumowaniu u takich ludzi.

Przejdźmy teraz z pięknego poletka pięknoduchów do szarej rzeczywistości TW – Armii.
TW-Armiejcy podejmowali tę współpracę albo w celach komercyjnych, albo z pobudek ideowych. Jeśli to byli intelektualiści – to trzecią możliwość – z głupoty – wykluczam.
Dopuszczam jeszcze pychę, ale to bardzo zawikłana funkcja mentalna.

Tym razem nie zacznę od Judasza, tylko od II Wojny.
W mrocznych czasach okupacji niemieckiej sprawa była dość jednoznaczna. Tych którzy donosili do władz niemieckich nazywano zdrajcami, a sądy Podziemnego Państwa wydawały na nich wyroki śmierci. Ten sam los spotykał tak zwanych „szmalcowników”. Społeczeństwo było w tej sprawie w większości zgodne – tak być powinno. Ale III Rzesza nie było to nasze państwo, a okupant był wyjątkowo okrutny. Nawet za zarżnięcie świni w celach konsumpcyjnych karano śmiercią.

A gdyby okupant był łagodniejszy?
Przypomnijmy sobie, że w pierwszych latach ludowego państwa w wyniku donosu stracili życie tacy ludzie jak kpt. Warszyc, major Łupaszka, rtm. Pilecki i tysiące innych.

Kto ich skazywał? – nowy okupant, czy swoi?

I tu się zaczyna schizofrenia paranoidalna z rozdwajaniem (nie rozdwojeniem) jaźni. Na początku dla większości Polaków za takie rzeczy odpowiadali sowieci. Później coraz jaśniejszym się stawało, że nasi gnębiciele są naszymi rodakami, a są oni równie bezwzględni jak przybysze ze wschodu. Państwo, które nazywano Państwem Polskim – nie było Państwem Polskim, sprawiedliwość – nie była sprawiedliwością, historia, której uczono – nie była Historią. Kochaliśmy to, co kazano nam nienawidzić. Nienawidziliśmy tego – co kazano nam kochać. Otóż, kiedy się usiłowało być przyzwoitym człowiekiem, a jednocześnie nie stoczyć się na samo dno nieuctwa, a następnie biedy. A zwłaszcza jeśli chciało się tworzyć (obojętnie w jakiej dziedzinie) to w jakieś mierze trzeba było współpracować z narzuconą przez bolszewików władzą.
Na początku rozhowory z samym sobą były stosunkowo łatwe.
Im później tym było gorzej. Do 49 roku było harcerstwo. Wiadomo było, że jest to organizacja przeciwna zniewoleniu. Człowiek czuł się wśród druhów jak w wolnej Polsce. Można było mówić – co się chciało i nikt nie doniósł. Po kilku latach od rozbicia harcerstwa ze zdziwieniem zacząłem się dowiadywać, że wielu z kadry drużyny w której służyłem wstąpiła do PZPR, została dyrektorami, czy wręcz weszła do partyjnego aparatu.

Kiedy zaczynałem studia w Politechnice Łódzkiej chyba wszyscy moi profesorowie byli bezpartyjni, przed wojną pracowali jako naukowcy i inżynierowie w przemyśle dla dobra ojczyzny, a – jak się znacznie później zorientowałem zdecydowana większość była oficerami AK.
Wszyscy oni do końca swoich dni zachowali godność i dystans w stosunku do panującego reżimu.
W późniejszych latach (dziś to już niewielu nas zostało z tamtych lat) słyszałem głosy. Wam inżynierom to było łatwiej, wyście nie mieli problemów ideologicznych. Humaniści musieli się określać. Jak się nie określili – to won!

Nieprawda! A w każdym razie nie cała prawda. Myśmy mieli chyba większe dylematy. Przez szereg lat pracowałem w biurze konstrukcyjnym przemysłu motoryzacyjnego. Stale powracało pytanie – dla kogo opracowujemy możliwie najlepsze konstrukcje – dla Polski? Czy dla Ludowej.

Na szczęście Ludowa na ogół nie chciała wdrażać tego co robiliśmy.
I znowu problem. Czy walczyć o to żeby ktoś zauważył i docenił – czy powiedzieć: Rządzą nami ciemniaki – im gorzej tym lepiej. Niech mają co chcą. Ja zarabiam na życie, nic mnie więcej nie obchodzi.

Przez bodaj osiem lat (od roku 1956) pisałem teksty satyryczne dla Studenckiego Teatru Satyrycznego Pstrąg. Zresztą przez kilka lat byłem kierownikiem tej placówki Związku Studentów Polskich. Moje teksty nie były zresztą najbardziej antyreżimowe. Koledzy pisali znacznie ostrzejsze. Uważaliśmy wszyscy, że robimy jakąś dobrą robotę. Potem nasze drogi się rozeszły, ale co pewien czas się spotykaliśmy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałem, że kilku kolegów wstąpiło do partii.

Powoli następowała jakaś akceptacja rzecywistości.

Każdy miał jednak jakąś granicę, poza którą się nie posunął. Dla mnie nie do pomyślenia było wstąpienie do PZPR, a współpracy z bezpieką nawet nikt mi nigdy nie próbował zaproponować. Byłem po prostu zbyt gadatliwy. Wszyscy wiedzieli, że komunizm mi się nie podoba.
Jakież zawijasy myślowe trzeba było tworzyć, żeby usprawiedliwiać się z jednych uczynków a innych nie.

Moim najgłupszym pomysłem było stwierdzenie, że nie będę robił doktoratu, bo żeby dostać ten stopień naukowy należało zdawać egzamin z marksizmu-leninizmu.
No i co. Pracy doktorskiej nie zrobiłem, stopnia nie dostałem, pracowałem jako nauczyciel akademicki przez ćwierć wieku – ale i tak partia musiała się na to zgodzić.

Dookoła mnie kto żyw robił doktorat, potem zostawał docentem a potem profesorem, a ja czułem się wprawdzie wolny – ale coraz częściej stukałem się w czoło.

Ci, którzy dziś usprawiedliwiają tajnych współpracowników bezpieki przypuszczalnie rozumują następująco: no cóż, nie chcieli mu dać paszportu, to się złamał. A ja byłem dużo lepszy? No wprawdzie TW nie zostałem, ale talon na pralkę przyjąłem, mieszkanie przydziałowe też. Za granicę wyjeżdżałem.
Jak ja mam go dzisiaj sądzić?

I o to właśnie chodziło. Ubecja zbudowała sobie tajną armię opartą o wszystkie zasady konspiracji. Nawet je jeszcze pogłębiła. W Armii Krajowej był system piątkowy. Ale tych pięciu zwerbowanych przez jednego to byli ludzie, którzy się znali.

Oficer UB czy SB, który zwerbował pięciu agentów nie zapoznawał ich między sobą. To była dopiero konspiracja.


Ubecy wiedzieli doskonale, że Armia Krajowa nie zniknie wraz ze zmianą okupanta. I rzeczywiście różne organizacje podziemne przetrwały bardzo długo (do dziesięciu lat). A przetrwaliby jeszcze dłużej, gdyby nie stracili społecznego poparcia. Pod koniec istnienia zbrojnych grup coraz częściej zdarzali się donosiciele, którzy już tylko chcieli spokoju.

Ubecja, która – jeśli wierzyć w to, co napisano w „Karcie” cytowanej przeze mnie w poprzednich artykułach – dostała na wiosnę 1989 roku rozkaz, czy polecenie zejścia do podziemia była w znacznie lepszej sytuacji. Każdy ubek – niczym maszt namiotu był wsparty kilkoma odciągami – swoimi dawnymi agentami, którzy mieli swój prywatny interes, żeby mu włos z głowy nie spadł. I tak – przez kilkanaście lat nic się rzeczywiście nie działo. I tak by było nadal gdyby nie IPN.
Ludzie. Nie litujcie się nad biednymi przyjaciółmi, którym przydarzył się błąd życiowy, a którzy wtedy nie wierzyli, że za ich życia upadnie komuna – a więc nic się nie wyda.

To nie pojedynczy hrabia, czy profesor, który dziś się wstydzi, że się dał upaprać. To żołnierz ogromnej armii, której siły i powiązań nie jesteśmy w stanie rozpoznać do końca, żołnierz, który czasem już całkowicie wbrew własnej woli będzie nadal wykonywał rozkazy.

Skąd dziś możemy wiedzieć dlaczego został zamordowany Krzysztof O.? Dlaczego i kto potem w więzieniu zabił jego oprawców? Komu była potrzebna śmierć gen. Papały? Dlaczego rozpił się w niepohamowany sposób były prezydent? Kto dosięgnął w austriackim więzieniu niejakiego „Baraninę”.
Może to wojna gangów, a może kara za jakieś zaniechania?

Andrzej Wilczkowski

Ocena wpisu: 
Brak głosów