O tym, jak to w TVN nie wypada i co nie buduje polskich autostrad. Rzecz o ludziach „Rzepy”

Obrazek użytkownika Warszawa1920
Blog

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak, dobrze, że istnieje „Rzeczpospolita” („Rz”), a „Uważam Rze” („URz”) podejmuje tematy, za które różne tygodniowe i codzienne trybuny ludu platformy nigdy się nie wezmą. Dobrze. W polskich warunkach w ogóle zresztą istnienie takiej „Rz”, zwłaszcza zaś „URz” jest swoistym zjawiskiem. I nie chodzi tu o to, że na rynku dzienników i tygodników nie ma innych – prawdziwie pielęgnujących narodowe tradycje i dbających o polską rację stanu. Są, owszem. Niektóre są nawet znacznie lepsze.  To – dla normalnej demokracji: IDIOTYCZNE – zjawisko polega na czymś innym. I „Rz”, i ”URz” są – z zachowaniem, rzecz jasna, właściwych proporcji według miary WSI24 i „Gówna Wyborowego” – traktowane jako, jakoś tam (bardziej: jakoś, niż: tam), opiniotwórcze i poważne (tzn. oprócz tego, że czytane, to jeszcze brane pod uwagę w dyskusji). Skutkiem tego jest dosyć częsta (jeśli weźmie się jako punkt odniesienia wskaźnik sakiewiczogodzin w telewizji na wołek² kaliszoszechtera obecności tamże) bytność „na wizji” dziennikarzy z tych tytułów.

Nie ma co udawać, że – niewątpliwie zakłamane – ale sondażowe wyniki, które dają PZPR III RP w ogóle więcej niż kilka procent w sytuacji takiego gnoju, który za sobą pozostawia, to rezultat w największym stopniu zaangażowania już nie prorządowych, ale po prostu rządowych telewizji. W jakimś stopniu także i prasy, także tej internetowej, oraz radia, ale udział telewizji rodem ze WSI w tym niszczeniu myślenia Polaków jest dominujący. Z tego względu cenna jest nawet półminutowa wypowiedź kogoś, kto, np., sądzi, że kolejne obietnice publikacji raportu Millera w kolejnych miesiącach bieżącego roku, to – oględnie mówiąc – urealnienie, w traktowaniu ludzi, Bartoszewskiego „bydła”.

Tym bardziej więc należy uznać, że nie wykorzystywanie tych krótkich chwil dostępu do szerszego grona „patrzaczy telewizyjnych”, jest więcej niż szkodliwe. Jest dziś tak, że te chwile trzeba wykorzystywać maksymalnie. I niestety, posługując się językiem dosadnym i „zero – jedynkowym”. Wynika to, po pierwsze, z owego prawie całkowitego zepchnięcia do podziemia wolnego słowa, po drugie zaś – z konstatacji, że (znowu) niestety, ale nie możemy przyjmować z pokorą języka pogardy i kłamstwa, którym posługuje się obóz władzy. Na taki język należy odpowiadać adekwatnie. To znaczy nazywając rzeczy po imieniu.

 

W tym kontekście niezrozumiałe jest dlaczego dziennikarze „Rz”, czy „URz”, występujący w WSI24, nie wykorzystują szansy na precyzyjny przekaz tych paru słów prawdy o polskiej rzeczywistości. Nie wszyscy i nie zawsze, ale – przeważnie. Przykładem jest tu Paweł Lisicki, który stosunkowo często jest zapraszany do tego urbanowego centrum propagandy. Kilka dni temu, w „Kłamstwie po kłamstwie”, miał okazję skomentować tzw. raport Kalisza (jak należy rozumieć z ilości wypowiedzi na ten temat – już oficjalnie zatwierdzony przez czynniki i organa władzy, włącznie chyba z ONZ, OPEC i Ruchem Państw Niezaangażowanych Mahatmy Gandhiego) i słowa wywrotowca ze Śląska o tym, iż Kaczyński i Ziobro zamordowali Blidę. Miał okazję, ale czy z niej skorzystał, oceńcie sami ...

Propagandzistą – antykaczystą był tym razem z drugiej strony mikrofonu (bo o Kajdanowiczu też trudno powiedzieć, żeby był niewolnikiem samodzielnego myślenia ...) profesor z antypodów (nie tylko geograficznych ...), niejaki Sadurski. Tematem wyjściowym był ów raport i wypowiedź dywersanta, więc Sadurski o tym mówił dużo. A to, że Kaczyński błazeńsko kpi, chcąc kupić kożuch, a to, że IV RP to patologia, a to, że „literalnie” nikt nikogo mordercą nie nazwał, a to, że PiS stworzył państwo policyjne ... Itd. I tym podobne brednie. Szkoda słów.

Wracając zaś do Lisickiego, w mojej skromnej opinii, chyba za bardzo „podzielał interpretację pana profesora”. Owszem, na tle Sadurskiego był co najmniej „kontrowersyjny” według miar z Czerskiej i Wiertniczej. Jednak, dlaczego mamy patrzeć podług takich miar? Dlaczego nie mielibyśmy wymagać, by takie coś, jak ten pseudoraport nie nazwać tak, jak na to zasługuje: aktem oskarżenia rodem ze stanu wojennego i konferencji Urbana? Czymś, co dyskwalifikuje autora nie zawodowo, ale po prostu, zwyczajnie, po ludzku, w każdym wymiarze. Kto nam zabrania domagać się określenia Kalisza za ten parszywy tekst nikim innym, jak tylko współczesnym prokuratorem na usługach władzy, tej obecnej i tej, do której się pcha w najbliższych wyborach? Ile jeszcze mamy słuchać różnych tez „kulturalnie” tłumaczących skrajną degenerację obozu rządowego i całego tego gównianego środowiska, że to może coś nie tak, może trzeba by nieco inaczej, momentami wydaje się to przesadzone ... Etc. Tych słów prawdy brakuje nam niby zamkniętym w klatce ptakom – nieba.   

Paweł Lisicki o Kaliszu w „Faktach po faktach” (od 16 minuty 25 sekundy zapisu)

 

Że można jednak przekazywać odbiorcom inny, prawdziwszy opis rzeczywistości, dowodzi ... sam Paweł Lisicki. Tyle, że w swojej gazecie. Dlaczego więc takim językiem pan Paweł nie posługuje się w WSI24? Pozostaje to dla mnie zagadką. Ale i (może naiwnym) powodem do oczekiwania, że może będzie inaczej ...

Paweł Lisicki prawdziwiej o Kaliszu w „URz”

 

O ile przywołane wypowiedzi Pawła Lisickiego pokazują, że można o tej samej sprawie mówić/pisać różnie (w zależności, gdzie się to robi), o tyle przypadek Piotra Gabryela pokazuje, jak można być – żeby nie powiedzieć: tępo – przekonanym o słuszności swoich sądów i bez jakiegokolwiek zastanowienia powtarzać te sądy, nie próbując nawet wniknąć w istotę sprawy. I ile można zaszkodzić przez to prawdziwej analizie rzeczywistości. Bo pisze się w gazecie poważanej i branej pod uwagę.

Przypadkiem pana Gabryela zainteresowałem się tem sposobem, że – dokładnie gdy ujawniono bagno na budowie A2 – wypowiedział się był w radiowej „Trójce” (początek czerwca br.). W prawie te same słowa, którymi uraczył nas w znajdującym się pod załączonym linkiem wpisie na swoim blogu. Nie powtarzając się (pisałem o tym w tekście Bajki o złym prawie i kierowanych dobrem ogółu urzędnikach), mogę (jak mówił „zamyślony” Instruktor KO do inż. Mamonia w „Rejsie”) „zreferować” tę piosenkę Gabryela stwierdzeniem, że autostrady (i inne „infrastruktury”) by się budowało, gdyby nie te cholerne przepisy o zamówieniach publicznych. Tzn. przymus wybierania najtańszej oferty. 

Nie rozumiem, jak można być tak pewnym swoich słów, skoro (najwyraźniej) nie zapoznało się dokładniej z ich przedmiotem. Jeszcze bardziej jest dla mnie tajemnicze, dlaczego nie bierze się pod uwagę danych publikowanych przez własną gazetę, „Rz” (Koszty A2). (Żeby była jasność – dane te są zgodne z informacjami podawanymi na stronie zamawiającego A2, czyli Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, tu mianowicie: GDDKiA: Podpisano umowy na budowę autostrady A2 na odcinku Stryków-Konotopa). Wynika z nich bez żadnych wątpliwości, matematycznie, że GDDKiA zgodziła się na cenę o 54 % niższą od tej, którą w kosztorysie założyła ... GDDKiA. Jaki więc poziom zniżki ceny ofertowej wobec wartości kontraktu ustalonej przez inwestora byłby dla pana redaktora Gabryela rażący: 100, 154, a może 254 %? Zrozumieć jednak to, iż we własnym tekście pisze się o tem, że skandalem jest postępująca tabloidyzacja myślenia (Czyż nie ów wszechobecny strach przed populizmem sprawia, że mamy taką ustawę o zamówieniach publicznych, jaką mamy, z kryterium ceny (najniższej!) jako regułą naczelną przy wyborze oferentów?), mając przy tym pełną świadomość, że taka, np., A2 na innych odcinkach, „zamówionych” za większe kwoty, jednak się buduje, jest już dla mnie czynem zupełnie niepojętym. To, jak to jest: ta cena jest, czy nie jest „regułą naczelną”, bo jeśli jest, to natychmiast należy zamknąć budowy tych pozostałych odcinków A2 i zawezwać tam prokuratora, bo wszak GDDKiA mogła te odcinki zamówić po znacznie niższych, „chińskich” cenach! Mnie się widzi, że to właśnie pan Gabryel uprawia populizm, usiłując wmówić czytelnikom, że dróg ni ma, bo rządzi Pan Przepis – Cena, armie urzędników zaś, pozatrudnianych w dziesiątkach agend „od budowy dróg”, to ludzie cudowni, którzy nic innego nie chcą, tylko kierowcom nieba przychylić i te drogi pobudować. Własnemi rencyma. No, ale ni mogo, bo ten Przepis!

Szczytem tego tłumaczenia Gabryelowego jest przy tym powtarzanie, że to „Super Express” i „Fakt” doprowadziły do tragedii 10 Kwietnia, bo – populistycznie – żądały oszczędzania. A politycy tylko na to mieli wzgląd. Politycy, owszem, doprowadzili do tej hekatomby nie kupując nowych samolotów. Ale to nie byli politycy en masse. To zrobił Tusk, Klich, Arabski i spółka z tego rządu. Rządu, który odmówił realizacji przetargu przygotowanego przez Śp. Ministra Aleksandra Szczygłę. I nie zrobili tego, bynajmniej, powodowani lekturą którejś ze wspomnianych gazet.    

Piotr Gabryel ustala winnego „niemania” przez Polskę autostrad

 

Swoją drogą należy wskazać na typowe dla komunizmu podejście platformy do zagadnienia. Dzięki takim wypowiedziom, jak te rzeczonego pana Gabryela, w lud poszedł komunikat o tym, że tak strasznie się dzieje w Polsce z zamówieniami publicznymi, co zasługą jest, oczywiście, Władcy Mordoru – Okrutnego Kaczora. Słowa, rzecz jasna, nie powiedziano na temat odpowiedzialności prawno – administracyjnej urzędników, na czele z ministrem. Słowa – o zapisach ustawy, o możliwości stosowania innych niż cena kryteriów oceny ofert, o instytucji „rażąco niskiej ceny”. Słowa. Kaczor wprowadził razem z gestapowcami z CBA ustawy norymberskie w obszarze zamówień publicznych i jeśli ktoś z komisji przetargowej pomyśli choćby o potencjalnej wartości innej niż najtańsza oferty, natychmiast jest kierowany do jednego z ciężkich więzień, do wyboru: Wronki, Sztum lub Nowy Wiśnicz. I ta wersja jest jedynie obowiązująca.

No, a teraz, do walki o prawa człowieka i obywatela, o równość – wolność – braterstwo, w imię konwencji haskiej, genewskiej i traktatu o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową, wyrusza platforma. Właśnie na klasycznych komunistycznych zasadach. Powołujemy zespół i zmieniamy prawo. Bo przecież to nie ludzie są winni, ale jakieś wirtualne zapisy legislacyjne i odczłowieczona pragmatyka urzędnicza („wiadomo, że oczekuje się, by …” itd. itp.). 

Wreszcie będą autostrady: Szejnfeld gwarantem

 

Słowem można wiele zdziałać, ale chyba jeszcze więcej – zepsuć. Od dziennikarzy prasy, mieniącej się niezależną od establishmentu, mamy więc chyba prze to prawo oczekiwać, że będą to brali pod uwagę i zastanawiali się nad istotą swojego przekazu i jego realną siłą.

A ja u-w-a-ż-a-m, ż-e R-z-e-c-z-p-o-s-p-o-l-i-t-a to nasz zbiorowy obowiązek. I w myśleniu, i w odwadze myślenia.

 

O Polsce warto myśleć. I dla Niej pracować.

 

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Zawsze powtarzam:

Ceterum censeo, że "Łrze" powstało po to, żeby w pewnych ważnych sprawach czytelnik albo telewidz powiedział: "Hm, no proszę, nawet "URze" nie wypowiada się tutaj jednoznacznie".

Obawiam się, że im bliżej wyborów, tym bardziej należy spodziewać sie różnych niespodzianek ze strony tego pisma.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#166032