ZAWÓD: DZIENNIKARZ, A WIEC ŻYCIE TO NIE TEATR

Obrazek użytkownika rolex
Kraj

Otrzymałem zapis londyńskiego spotkania z redaktorem Gmyzem w Sali Hemarowskiej Ogniska Polskiego więc zapraszam do jego obejrzenia, co jest możliwe dzięki uprzejmości firmy ‘Apsiktv’ i Londyńskiego Klubu Dyskusyjnego. Cała relacja jest dostepna tu: http://www.youtube.com/user/apsiktv?feature=watch

Ponieważ mamy całość relacji w formie wideo, nie ma więc sensu, żebym Państwu spotkanie relacjonował dodatkowo pisemnie, natomiast chciałbym się dzisiaj odnieść do jednej ze spraw, która była bardzo silnie akcentowana w trakcie spotkania, a była związana ze słynną aferą trotylową.

Pojawia się oto taka opinia, że jeśli polscy eksperci odnaleźli ślady trotylu na wraku, to nie mogło się to stać bez przyzwolenia strony rosyjskiej, a jeśli takie przyzwolenie było, to cała ta ‘akcja’ musiała mieć swój cel; miała czemuś służyć, jakimś tam grom rosyjskim, a w każdym razie nie miała tym grom szkodzić. Z tą opinią związany był zarzut, że dziennikarz (w tym przypadku Cezary Gmyz) decydujący się na publikację stał się niejako ‘narzędziem’ jakiejś tam właśnie ‘rosyjskiej gry’.

Sam Cezary Gmyz odpowiada na tego typu zarzuty, że pewien zakres przecieków i dowodów w sprawie może do nas z Rosji docierać, a to w konsekwencji istnienia słynnego, rosyjskiego ‘bardaku’. Podobnie rzecz miała się z głośnym filmem Anity Gargas, w którym świadkowie opowiadają rzeczy w sposób odmienny niż opowiadali je kiedy indziej, kiedy to również byli bohaterami dokumentu, tyle , że powstałego w – nazwijmy to – innych czasach. Tu ewentualny zarzut zostania nabraną na ‘ruskie gry naszymi umysłami’ jest jeszcze silniejszy, bo jakże to? Znana dziennikarka śledcza, nieukrywająca swojej sympatii wobec ‘hipotezy wybuchów’, a więc de facto do hipotezy, że sąsiednie mocarstwo wymordowało elity kraju – sąsiada stosując metody terrorystyczne, jedzie na miejsce zdarzenia, by uzyskać dowody potwierdzające taką tezę i co?

To jakaś inna Rosja niż ta, którą znamy! Znaliśmy Rosję, która morduje zbyt dociekliwych dziennikarzy, nie wpuszcza bądź wydala zbyt wścibskich, a tu taka szczelina w kurtynie! Jakby sprawa uczynienia z Rosji państwa zbójeckiego wisiała enkawudzistom jak kilo kitu...

Ja osobiście nie mam złudzeń, że i w jednym i w drugim przypadku ktoś bardzo, bardzo poważny napisał i na raporcie z informacją o prośbie o pomoc w formie zgody na przeprowadzenie badań wraku, i na tym z informacją o ekipie dziennikarsko-śledczej z Warszawy starającej się o wizy: ‘pozwolić’.

Tyle, że to nie jest i nie może być zarzut w odniesieniu do dziennikarzy i w rozmowach kuluarowych zdecydowanie upierałem się przy tezie, że i redaktor Gmyz i Anita Gargas wykonali dobrze swoją pracę i za ich trud należą im się dziennikarskie laury. A teraz już tłumaczę. Zacznijmy od przypadku redaktora Gmyza.

Zadając Redaktorowi Gmyzowi pozwoliłem sobie na rekonstrukcję tego niezwykłego wrześniowego dnia, kiedy do Polski powrócili ze Smoleńska eksperci i prokuratorzy wraz z ich cenną aparaturą do badania śladów substancji wybuchowych. Na mój nos nie był to szczęśliwy powrót. Lot ze Smoleńska (nb ciekawe, gdzie lądowali w tym Smoleńsku?) trwa chwilę, więc jest trochę czasu na przemyślenia. Nawet jeśli jest się ekspertem, który od dawna pogodził się z wersją wypadku, i ma się na ścianie portret Jerzego Millera zamiast owoców w misie na olejno, a nad drzwiami podobiznę Jezuity zamiast Jezusa Chrystusa, to świadomość znalezienia się w elitarnym gronie dysponentów wiedzy o ociekającym trotylem i nitrogliceryną (i czymś jeszcze, bo ostatecznej pewności, jak mówi Cezary Gmyz, nie mamy) wraku staje się mocno niepokojąca. Jak każda wiara również i wiara w wypadek musi mieć swoje ‘noce’ i chwile zwątpienia, w tym przypadku uzasadnione intensywnym zapachem siarki (trotylu), co dowodzi istnienia szatana. Zapewne przez głowę w takiej sytuacji przelatywały polskim ekspertom nazwiska: Wróbel, Lepper, Zalewski, Muś, Petelicki, Knyż, Dulinicz, Szpineta, Adamski i kilka innych, i musiały przelatywać tak natrętnie, aż zaowocowały szczerą męską rozmową pomiędzy ekspertami, którzy doszli do wniosku, że nie chcą, by ich wiedza była aż tak ekskluzywna, a najlepiej niech się dowie cała Polska, będzie ‘wtajemniczonych’ trzydzieści parę milionów, a wtedy to jest już jakby mniejszy problem.

Przy czym nie wykluczam, że w prokuraturze też znalazło się kilku inteligentnych, którzy pamiętając o przypadku prokuratora Przybyła (było blisko) uznali, że ‘nie po to światło, żeby pod korcem stało’ i powierzyli swoje losy w ręce fachowca, a więc dziennikarza śledczego znanego z obiektywizmu, to jest redaktora Gmyza. I Rzeczpospolitej, której przez długi czas, to jest aż do czasów króla Donalda Pierwszego, następcy króla Maciusia Pierwszego, udało się zachować imydż niepokalanej niezależności

A redaktor Gmyz zrobił to, co ma w ‘job description’ i ujawnił na jej łamach, co przypłacił posadą rozstając się z Rzeczpospolitą po – jeśli dobrze pamiętam – kilkunastu latach pracy. Jestem twardym zwolennikiem trzymania się kompetencji, co więcej uważam, że wykraczanie poza nie jest wadą polskiego ‘życia profesjonalnego’, dlatego ma redaktor Gmyz w tej sprawie moje pełne wsparcie: tak należało zrobić i to niezależnie od tego, czy się wierzy w wypadki, wybuchy, czy uznaje jedno i drugie za bujdę na resorach. Tym bardziej, że taką decyzję podjął również redaktor naczelny, właściciel pisma, i... rząd Rzeczpospolitej Polskiej konsultowany nocnie (sic!) właśnie w tej sprawie.

Już tak na marginesie nie mogę się powstrzymać przed uszczypliwą uwagą, że wielu z tych, którzy dziś wychwalają zachowanie redaktora Gmyza, niejednokrotnie postulowało noszenie dużych żółtych łat na ubraniach przez tych, którzy ośmielili się, realizując powołanie publicysty, na przedstawienie jakiejś wersji odmiennej od przyjętego kanonu (takiego lub siakiego), co świadczy jedynie o tym, że dyskurs polityczny w znacznym zakresie nosi charakter wojny religijnej, do której od czasu do czasu dołączają małymi grupami najemnicy, religijny zapał podsycają cynicy, a wszystko po to, żebyśmy nie zaczęli broń Boże rozmawiać racjonalnie i pragmatycznie, bo to byłby koniec całego systemu. Szczęśliwie w Polsce obradza ‘świętymi szaleńcami’ i zastępy ‘jurodiwych’ obśliniają się wzajemnie nie czyniąc sobie – to już tak na marginesie – zbyt wielkiej szkody.

Z przebiegu zdarzeń ‘okołotrotylowych’ widać, że zaskoczenie było pełne i dotyczyło wszystkich, co nie dziwi. Mamy rosyjskie oświadczenie, że trotylu ‘niet’, wrak wypucowany jak złoto, a tu masz!

Nagłośnienie sprawy trotylu i natychmiastowe zaprzeczenie rewelacjom (a potem kolejne przyznanie już w węższym gronie parlamentarnym) było jedynym dostępnym łamańco-piruetem podjętym w desperackim akcie neutralizacji efektów rosyjskiego planu szantażu. ‘Trotyl’ miał zapewne, według oryginalnego pomysłu, ‘krążyć’ po gabinetach w formie szeptanej i budzącej trwogę wiadomości, podkopując zaufanie do władzy i tworząc podziały potrzebne w przyszłości do zrealizowania jakiegoś kolejnego rozdania w polskiej polityce na korzyść ‘opcji czysto moskiewskiej’ w miejsce ‘berlińsko-moskiewskiej’, bo Pan Bóg co prawda kazał się dzielić, a ale nie kazał równo.

Upublicznienie ‘trotylu’ trochę ukręciło sprawie łeb, w takim samym sensie, jak onegdaj rozpowiadanie o spotkaniu z esbekami krzyżowało im plany, chociaż nie aż tak by zrezygnowali z parszywej działalności, ale na tyle, by musieli te plany modyfikować.

Podobnie rzecz się mam z pracą redaktor Anity Gargas. Jeśli tylko można, trzeba jeździć i dokumentować – zawód dokumentalisty właśnie na tym polega. I tu sprawdzić się może uwaga redaktora Gmyza o ‘bardaku’. Plan jest zawsze wymyślony z najdrobniejszymi detalami, ale już jego wykonawcy zawsze mogą się gdzieś ‘detalicznie’ ‘posypać’. Im więcej materiału dokumentującego zeznania świadków, a do tego zabezpieczonego na dziesiątkach tysięcy kopii, tym lepiej. Dla kogo lub czego? Dla przyszłego śledztwa, które kiedyś właśnie w Polsce będzie miało miejsce, a nie w Guadelupie czy Timbuktu pod międzynarodowymi auspicjami z przewodniczącym Trybunału Ignatienką z Kanady, w co wierzyłem od zawsze, a dowiaduję się z wywiadu, że i Jarosław Kaczyński w to właśnie wierzy, co cieszy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów