Smutne wieści z Sachalina

Obrazek użytkownika seawolf
Blog

Jakoś tak niewiele się dzisiaj dzieje w polityce, smutny dzień po śmierci Vaclava Havla, radosny po śmierci obłąkanego mordercy, Kima, pisałem o Korei już kilka razy, mam tam niespłacone rachunki z miejscową bezpieką, ale nie będę się powtarzał, jak ktoś ciekaw moich przygód w tym przeklętym i nieszczęsnym miejscu, to zapraszam do

http://seawolf.salon24.pl/252886,korea-czyli-moje-walki-pod-kosong

Mnie bardziej utkwiła dziś w pamięci tragedia platformy koło wyspy Sachalin, na Morzu Ochockim. Tak się składa, że tam kiedyś pracowałem, jak byłem młody i piękny, teraz jestem już tylko piękny, khe, khe, no dobrze, teraz, to już tylko „i” zostało.

Platforma Kolskaja płynęła z zachodniego wybrzeża Półwyspu Kamczackiego na południowo-wschodnie wybrzeże wyspy Sachalin. Kolskaja na zlecenie Gazfłotu, spółki Gazpromu, miała wykonać w szelfie Morza Ochockiego odwiert o głębokości 3,5 tys. metrów.

W nocy z soboty na niedzielę znalazła się ona w strefie silnego sztormu. Na platformie wybite zostały iluminatory. Woda wdarła się do środka. Zmyła też z pokładu szalupy i tratwy ratownicze. Kolskaja zatonęła w odległości około 200 km od Sachalinu.

Trwa akcja ratownicza, w której uczestniczą dwa lodołamacze i śmigłowiec. W rejonie katastrofy odnaleziono dwie tratwy. Obie były jednak puste. Znaczy, niedobrze. Ludzie są w wodzie, która o tej porze roku jest lodowata. Właśnie niedawno tam byłem, zimno, nieprzyjemnie… Jeśli zdołali założyć kombinezony, może maja szansę, ale jeśli nie, to już nie żyją. Uratowano 14, reszta zaginiona, co znaczy, że nie znaleziono ( jeszcze ) ciał… szkoda chłopaków. Często pracuję z Rosjanami, Ukraińcami, a ten wypadek wprost przypomina mi mój kontrakt na szukanie tam, koło Sachalina ropy naftowej na statku sejsmicznym. „Orient Explorer” się nazywał, moja tam obecność, jako Chief Officera była dość przypadkowa- rosyjska załoga i norweski czarterujący jakoś nie mogli się porozumieć, więc potrzebny był ktoś, kto jest pośrodku i językowo i jakby to powiedzieć, mentalne i kulturowo. No, a kto może spełnić te warunki, jak nie Polak?

"Orient Exporer" tu akurat blokowany przez Greenpeace, nie wiem dokadnie, o co chodzi chłopakom.

Musiałem tylko zrobić kurs ewakuacji śmigłowcem. Kontrakt fajny, dobrze płatny , krótki, 2 na 2 miesiące. Szczerze mówiąc praca nudna, jak flaki z olejem. Wtedy jeszcze nie było takich systemów, jak teraz, DP, Dynamic Positioning, które utrzymują statek dokładnie w zadanym punkcie, albo na trasie. Wtedy na ekranie komputer nam rysował zadaną z dołu, z laboratorium trasę, a my na mostku staraliśmy się utrzymywać ja w miarę dokładnie autopilotem, a jak się nie dało, to ręcznie. No i prędkość, 4,5 węzła, czyli z 8 kilometrów na godzinę DOKŁADNIE, bo przy odchyłce zaraz krzyczeli na nas naukowcy i technicy z dołu. Bo trzeba wiedzieć, że za rufą ciągnęliśmy 6 kilometrów kabli w otulinach wypełnionych naftą, a na końcu kabli, nie wiem, jaka jest polska nazwa- „działa”, dosłownie tłumaczone z angielskich „guns”, czy „puszek” po rosyjsku, o wartości 2 milionów dolarów. Działa co kilka sekund strzelały sprężonym powietrzem, a receptory odbierały odbitą falę dźwiękową, przetwarzając ja na przekrój dna. Pół dnia w jedna stronę, kilka godzin zwrotu po wielkim okręgu i pół dnia w drugą stronę. Takie oranie morza i robienie mapu szelfu. Wokół uwijała się łódź pościgowa do odganiania rybaków ( a jak, w czasie innego kontraktu byliśmy na wodach Malezji, to i przemytników) oraz do czyszczenia pływaków z różnych farfocli pływających na powierzchni. A my mieliśmy na mostku rakietnicę i pudło rakiet i prikaz strzelania bez specjalnego obcyndalania się zbliżającym się nadmiernie statkom po oknach, jako przyjazne przesłanie: „drodzy koledzy, sugerujemy jednak zmienić kurs”, gdyby UKFka nie wystarczała.

A dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że ta platforma płynęła, by pompować ze złóż, które myśmy wtedy odkryli, na tym szelfie, dlatego obudziły mi sie wspomnienia z epoki „przedpasażerskiej”. Bo wkrótce potem trafiłem na „pasażery” i już tam zostałem, z przerwami na epizody, jako „lądowy” superintendent od bezpieczeństwa. Nie ukrywam, że praca na „pasażerach” jest dużo przyjemniejsza, choć nie zawsze ciekawsza. Mniej, być może przygód, ale komfort pracy dużo wyższy, no i pieniądze większe. Na owym „seismicu” poza wachtą można było jedynie obejrzeć wideo w mesie przy kawce, bo alkohol był surowo zabroniony. Tak, że jedyną rozrywką dla mnie była praca i oglądanie egzotycznego sprzętu poszukiwawczego, no i lot ze statku śmigłowcem. A, zanim lot, to musiałem się nauczyć całej procedury ewakuacji i komunikacji lotniczej, bo należała do moich obowiązków. Zdaje się, ze w czasie wykładów na ten temat w WSMce grałem w kółko i krzyżyk, bo nie pamiętałem z tego za dużo.

A tak między nami, to napiszę kiedyś notkę o swoich przejściach na Sachalinie właśnie, gdzie mnie przy okazji powrotu po kontrakcie aresztowano z powodu braku specjalnej wizy, cztery dni spędziłem w Korsakowie, no, co tu ukrywać, balując na innym ruskim statku, bo, co prawda ja ze statku wyjść nie mogłem, ale wysłać umyślnego do portu po gorzałę i zakuskę za parę rubli nie zabronili, a nawet przeciwnie, zachęcili, że zanim wiza przyjdzie, to i tak nie ma nic ciekawszego do roboty, a nikt poczęstunku nie odmówi. I rzeczywiście, nie odmówili. Nikt. Oj, wątrobo ty moja, wątrobo nieszczęsna, wybacz! Praca na tym statku praktycznie stanęła, bo po południu i wieczorem, wiadomo, a rano wszyscy byli strasznie zmęczeni.

Żywot tych biednych ludzi był nie do pozazdroszczenia, bo to były czasy Jelcyna, strasznej biedy i głodu, niepłaconych pensji i nie płaconych emerytur, kartofli trzymanych w wannie na zimę, więc pojawienie się księcia na białym koniu, nie dość że fundatora o najwyraźniej bajkowo nieograniczonych funduszach, a do tego osobnika, który roztaczał nieznany na Sachalinie zapach Hugo Boss, posiadał laptopa ( uch, ty!) i codziennie oddawał swoje rzeczy do prania był wydarzeniem towarzyskim , którego nie można było odpuścić. Nikt z załogi, czy to marynarzy, czy to stewardess nie okazywał żadnych uprzedzeń nacjonalistycznych ani żadnych innych, tym bardziej, że moi marynarze z „Orienta” dali cynk, że jestem „charoszyj czeławiek”. No, ale to, jak mówiłem temat na inną morską opowieść. Może czas wznowić od czasu, do czasu te opowiastki, bo ileż można się znęcać nad tym Dziurawym Stefanem. No, ale na razie tyle.

P.S. zachęcam do przeczytania dzisiejszego felietoniku na 2 stronie Gazety Polskiej Codziennie. No i również dzisiejszego felietonu na Freepl.info

http://freepl.info/seawolf

http://niepoprawni.pl/blogs/seawolf/

http://niezalezna.pl/bloger/69/wpisy

http://seawolf.salon24.pl/

Zachęcam też do słuchania felietonów w wersji audio, na

http://niepoprawneradio.pl

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#208635

Poetyka Rosji jest niepowtarzalna.
Ich sie nie da nie lubiec - w kontekscie prywatnym , choc zrozumieć czasami trudno.
Choć wspomnienia mam ladowe , to ciesze sie ze przynajmniej raz na rok tam wracam .

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Maciej61

#208642