Karma dla kanarków czyli jesteśmy k.. na wizji!

Obrazek użytkownika Igor Zamorski
Blog

Karma dla kanarków czyli jesteśmy k... na wizji.

-Jesteśmy k... na wizji?- zapiał łysiejący, zaaferowany czymś co pozostawało poza kadrem, przemęczony i nieco zdezorientowany Pan w poluzowanym krawacie i okularami na czole. Pojawił się zamiast telerankowego kogutka w pewien barrrdzo mroźźźny niedzielny poranek z odmętów szarego śniegu na ekranie ruskiego telewizora „Elektron”.
- Nie dość że telewizja nawaliła i nie ma o 6-tej w niedzielę „Radzimy Rolnikom „ albo „nowoczesność w domu i zagrodzie” to chociaż taka piękna wpadka mi się trafiła – pomyślałem sobie opatulając się szczelniej w koc na kanciastym fotelu.
Zamiast Pana w popłochu pojawił się obraz kontrolny ale co było dziwne – nie piszczał. Wtedy dotarło do mnie co, poza miotającym się Panem uderzyło mnie w stopniu równym co ta postać. Tło. To nie było zwykłe tło telewizyjnego studia. Pomieszczenie poza Panem wyglądało jak piwnica lub schron.
Nie zdążyłem snuć na ten temat głębszych dywagacji ponieważ zabrzmiał Mazurek i pojawił się Sztandar. Nie zwykła Flaga jak podczas Święta Mas albo Zjazdu Robotniczej bez robotników , ale prawdziwy Sztandar.
Rozpaczliwie usiłowałem przypomnieć sobie jakie dziś mamy państwowe święto i dlaczego nie wypadło jutro jak miałem iść do szkoły.
Po hymnie pojawił się ociemniały sztandarter - fuhrer i pod sztandarem ogłaszał.
- Ja pierdolę- przewrót jak w Boliwii – pomyślałem tylko po zakończeniu występu.
Zdruzgotany nieco nadmiarem informacji , ponieważ wszyscy domownicy jeszcze spali – poszedłem to przespać.
Niestety zostawiłem włączony telewizor i obudziła mnie Matka.
Wstawaj synku- powiedziała nie wiedzieć czemu konspiracyjnym szeptem – jest stan wojenny , Solidarność pozamykana. Wojsko na ulicach.- dobiegało do mnie coraz wyraźniej.
Wiem Mamo – wymruczałem i zdesperowany zacząłem się ubierać.
Widzisz jaki on jest? – szeptała do stojącego obok nieco zdezorientowanego Brata, Matka.
Każdego zbywa byle czym- rzekła z wyrzutem.
I tak dobrze że nie mówi że ma na drugą lekcję – dorzucił Brat – który nie przepuścił żadnej okazji do zadenuncjowania mnie.
Tymczasem teleranek trwał.
W telewizji Naczelny Spawacz w Gorsecie ogłaszał „ urbi et orbi” zamach stanu, natomiast na ulicach rozpoczęła się Parada.
Nas , czyli dzieci z wojskowej klatki jak mówiliśmy przewrotnie o sobie z Bratem , parada pojazdów nie zachwycała tak dalece jak naszych kolegów z podwórka. Zafascynowały nas natomiast koksowniczki. W związku z brakiem innych rozrywek poszliśmy z kolegami z klatki nawiązywać kontakty i wypytać się co nieco. Gdy jednak okazało się że stojący wokół kosowniczek żołnierze wiedzą jeszcze mniej od nas a dowódca wpuszcza tylko na chwilę do skota i tylko dzieci wojskowych – poszukaliśmy sobie innych zabaw.
Moja Matka w tym czasie dokonywała wielkiej Zamiany. Nosiła do piwnicy wszystkie wydawnictwa solidarności a na górę nieprzebrane ilości słoików z przetworami. Oczywiście w imię zasad konspiracji nie mogliśmy nosić razem z nią ale pod pozorem noszenia przetworów z piwnicy udało mi się ukraść niezły zapasik zapomnianego domowego wina.
Niestety w parę upojnych bezszkolnych dni po Wielkiej Zamianie nastąpił Exodus.
Jak nakazuje Tradycja poparta Doświadczeniem , podczas okupacji należy znaleźć się na prowincji , gdzie i zostałem wywieziony. Zapewne ze względów organizacyjnych zostaliśmy rozśrodkowani z Bratem. Naparzaliśmy się bowiem przy każdej okazji. Telefony zaczęły działać więc Matka mogła porozumieć się przez wojskową linię w sprawie Exodusu z Ojcem i odebrać dnia następnego stosowną przepustkę z Komendy Milicji. Matka owładnięta była ekstatycznym oczekiwaniem własnego aresztowania. Ja wyrobiłem sobie w tym czasie zgubioną niegdyś legitymację szkolną.
Zostałem odwieziony kwiatem polskiej motoryzacji czyli „maluchem” 100 km do Dziadków do Prudnika. Po drodze jedyną moją atrakcją było obserwowanie piorunującego wrażenia jakie robiła na kolejnych zatrzymujących nas patrolach przepustka. Przepustka przesłana telefaksem z MON-u w Warszawie a potwierdzona przez Komendę Wojewódzką we Wrocławiu działała niczym Czarodziejskie Zaklęcie.
U dziadków dało się żyć. Zwłaszcza po tym jak na strychu znalazłem cały przeogromny wór przedwojennych papierosów luzem, schowanych tam przez moją niezwykle zapobiegliwą prababkę. Było to w tamtych czasach lepsze niż spadek. Nie wiem jak smakowały te papierosy ponad pół wieku wcześniej ale były lepsze nawet od tych z Peweksu. Nie dosyć że paliły się dłużej to jeszcze nie śmierdziały i długo nie chciało się po nich palić .W szafach w pokoju Ojca zaopatrzyłem się w niezbędną mi papierośnicę. Na jednym skrzydełku za tkaną w kwiecisty wzór gumką układałem „Machorkowe” a po drugiej ‘Przednie” – Obie marki pozbawione były filtra, bo jak mówiła Babka – Niemcy nie pozwalali Polakom palić papierosów z filtrem . Polacy jak widać Polakom chcieli zakazać palić w ogóle. Udało mi się także otworzyć schowanym przez Ojca kluczem, jego wcale niemały składzik z alkoholem. Podstawowe potrzeby miałem więc zaspokojone. Tradycja i Doświadczenie triumfowały. Dotarłem do Ziemi Obiecanej.
Czas mijał w oparach „Machorkowych” , „Przednich” oraz ‘Ciociosanu” i rumu Havana Club; na czytaniu książek z biblioteki Dziadka więźnia sowieckich obozów koncentracyjnych oraz na przemyśleniach , podczas dalekich spacerów. Zarówno pieszych jak i na biegówkach. Często jeździłem pod tzw. Klasztorek – Klasztor otoczony z 4 stron przez poligon wojskowy , gdzie swojego czasu przetrzymywany był Prymas. Empatia.
Tu na rogatkach miasta nikt mnie nie zatrzymywał.
Energiczne kiwnięcie głową i krótkie „ czołem” – działało lepiej niż jakakolwiek przepustka.
Sunąc zapięty w brezentowe archaiczne getry na biegówkach pamiętających czasy zanim Neustadt zmienił się w Prudnik, biegówkach sunących jak po szkle w odróżnieniu od pokracznych polsportów -śmigając tak na poniemieckim żółtym smarze z ówczesnego Neustadt- nagle doznałem olśnienia.
Jako chyba jedyny w tym czasie byłem zupełnie wolny.
Syty, wolny i szczęśliwy.
Amen.
Mój brat spędzał swoje wygnanie eksplorując piwniczkę u Drugiej Babki w Oławie. W tym czasie Matka nadal desperacko oczekiwała na aresztowanie. Nie mogła pojąć że nikt nie zaaresztuje matki jej dzieci. Nawet jeśli jest szkolną solidarnościówą.
To , że była od paru dobrych lat rozwiedziona ze Starym nic dla armii nie znaczyło. Ojciec w tym czasie był komisarzem Fabryki Śrub i Nakrętek gdzieś na Górnym Śląsku bardzo przydatnej dla Armii. Zgodnie z Układem, fabryki maszyn do szycia robiły karabiny ,fabryki płyt winylowych – materiały wybuchowe, fabryki traktorów czołgi a fabryki śrub... sami wiecie co.
Zdaniem Armii- jako komisarz nie mógł przecież zajmować się jej dziećmi.
Ja w tym czasie kontemplowałem wspomnienia polskich żołnierzy opisujące ułanów rozdzieranych żywcem przez ukraińskie baby oraz cowieczorne audycje BBC w pokoju Dziadka - z rykiem zagłuszarki w tle. W nocy natomiast kontemplowałem codzienne bardzo poważne rozmowy z Dziadkiem oraz kolejne gołe baby wyłowione z archiwów gazet , ocalone przeze mnie, aby nie trafiły rankiem w czeluść kuchennego kaflowego krematorium.
Czas jednak choć bardzo wyraźnie zwolnił nie stanął bynajmniej w miejscu.
Trzeba było wracać. W powrotnej drodze nie trzeba było już pokazywać magicznej przepustki , choć dowiedziałem się później że taka była na wszelki wypadek wystawiona. Pożegnawszy się z Dziadkiem i Babką w których zaczęła tlić się chyba nadzieja że zostanę tam na zawsze’ gaszona w naprędce ocieranymi łzami rozstania , wróciłem do wojskowej klatki-do mojego domu. Wtedy właśnie odczułem różnicę między domem a mieszkaniem. I dlatego poprzysiągłem sobie że będę mieszkał kiedyś w prawdziwym domu , choćby mi przyszło samemu własnoręcznie zbudować taki dom.
Brat chwalił się skonstruowanymi przez siebie w czasie Exodusu wynalazkami. Najbardziej podobał mi się kieszonkowy kasownik biletów. Kasowniki w tramwajach i autobusach dziurawiły bilety w dziewięciopunktowym kodzie na bazie kwadratu. Takie też urządzenie „programowane „ w kieszeni spodni czy kurtki kasowało bilet tylko i wyłącznie w razie kontroli. Należało jednak po wejściu do pojazdu skasować jakiś kawałek kartonika i „odwzorować” kod w kieszonkowym urządzeniu. Miało to i tę zaletę że kanar „czatujący” czyli obserwujący kto kasuje bilet, nabierał przekonania ze bilet został skasowany. Urządzenie to pozwalało uchronić przed zmarnowaniem wiele cennych złotówek z nomen omen kieszonkowego.
Z ulic znikło wojsko na rzecz coraz bardziej chamskiej i wścibskiej milicji.
Matka była wyraźnie przygnębiona i zawiedziona . Wyjechały prawie wszystkie jej koleżanki. Była bezsprzecznie ofiarą systemu. Bezpowrotnie ominęły ją wczasy z internowaniem.
Mnie natomiast zaczęła się szkoła. Ostatni rok szkoły podstawowej i zarazem pierwszy rok szkoły życia. Aby sprostać potrzebom posiadania tytoniu i alkoholu musiałem nauczyć się kombinować. Zapasy przywiezione od Dziadków szybko skończyły się jak śpiewali beatlesi „ z niewielką pomocą moich przyjaciół” więc należało coś wykombinować. Ja kombinowałem drut. Zacząłem odwiedzać moją Matkę w pracy to jest w zespole szkół przy przedsiębiorstwie Elektromontaż. Tamże na podręcznym wysypisku przyszkolnych warsztatów poniewierała się spora ilość miedzianego drutu jakichś przekaźników i innych urządzeń które jak się okazało przypadkowo miały swoją wartość rynkową. Przelicznik oczywiście był taki że przynosiliśmy torbę takich artefaktów – a zainteresowany Pan Sławek – sąsiad jednego z Kolegów wyceniał zawartość torby- średnio w przeliczeniu dostawaliśmy 2 paczki „Sportów” i butelkę jabola . Zgodnie z niepisaną umową nikt nigdy nie zapytał po co mu to ani skąd my to wzięliśmy. W świetle ówczesnego prawa dokonywaliśmy bowiem poważnego przestępstwa. Sprzedając przedmioty wyrzucone na składowisko odpadów. Pan Sławek kupując również. Niestety brał od nas towar tylko 2 razy w tygodniu więc dalej musieliśmy kombinować sami.
Potrafiliśmy na przykład otwierać paczkę „Sportów „ i wyjmować dwa papierosy z paczki tak że nie było nic na oko widać. Trzeba było tylko precyzyjnie je poukładać. Niektórzy z nas dodatkowo zajmowali się wykruszaniem odrobiny tytoniu z papierosa ale to też wymagało dosyć dużej wprawy aby nie było widoczne i aby nie pognieść przy tym bibułki. Jednakże z uwagi na to iż część oryginalnie zapakowanych paczek stanowiły tzw. „wykruchy” nikomu nie wydawało się to podejrzane. Z droższymi papierosami pakowanymi w folię nie można było tego zrobić. Wtedy pozostawało tylko podbieranie na „żywca”. A to było niebezpieczne Często też udawało się kupić lub podebrać starym tzw. fajki na metry , które to odpady z f-ki tytoniu były sprzedawane w rozmaitych zakładach pracy , zwłaszcza takich gdzie produkcja była eksportowa lub zmilitaryzowana. „Sporta” paliło się do końca. Wszyscy mieliśmy lufki Wielu ludzi paliło też skręty. Maszynka do skrętów stała się szybko normalnym towarem w kiosku. Parę razy udało się nam kupić kartki na cukierki , które wymieniliśmy na papierosy i jabole. Jabole najbardziej się opłacały, bo wypadały cztery jabole zamiast pół litra wódki. Najlepszym jednak sposobem było posiadanie dolarów. Za niecałego dolara kupowało się pół litra niedostępnej od Wielkiego Teleranka w normalnej sprzedaży „Żytniej z kłosem” a dopiero to zamieniało się na jabole . Chętnych było co niemiara bowiem kto nie chciałby pić „kłosa” zamiast przeohydnej „vistuli” po której rzygali nawet sztajmesi pijący wynalazki. Dolary czy pseudodolary zwane bonami towarowymi w postaci nominałów kilku centów były jakoś do skombinowania.
Zdesperowani piliśmy czasem ekologiczne wynalazki czyli „brzozową” to jest firmowy mix alkoholu i składników naturalnych których pochodzenia nie chcieliśmy zgłębiać oraz kupowany w aptece „Acnosan”. Acnosan był alkoholowym wyciągiem z salicylanów z wierzby , alkoholu i czegoś tam jeszcze który stosowany był jako lekarstwo na trądzik i łojotok. Kolega cieszący się najbardziej okazałymi i dojrzałymi„syfami” meldował się kolejno u internisty i dermatologa i zaopatrzony w recepty meldował się z nami w dwóch kolejnych aptekach , gdzie za drobne kupowaliśmy baterię alkoholu do złudzenia przypominającego w kolorze, smaku i zapachu koniak. Koniaki jednak acnosanowe czy nie to nie były nasze ulubione trunki tak więc te zakupy czyniliśmy tylko w akcie wyjątkowej eko desperacji.
Po waszej zimie przyszła nasza wiosna a wraz nią na dobre zaczęły latać po niebie ptaki , solidarnościowa bibuła , oraz kanarki.
Depresjogenny obraz za oknem w postaci krainy wiecznego śniegu , szykan i represji musiał kiedyś ustąpić . Trzymać za mordę kraj w strefie zimna jakoś się dawało zwłaszcza że dosyć duża część społeczeństwa żyjąca poza miastami i właściwie w ogóle trochę z boku czyli rolnicy i badylarze zaczęła budzić się ze snu zimowego. Nie można ich było zignorować lub sterroryzować w zupełności bo odpowiadali oni za produkcję żywności. Co prawda Miś Uszatek z Czwartkowego Muppet Schow przekonywał wszystkich że rząd się sam wyżywi ale gorzej byłoby gdyby chłopi i badylarze doszli do takiego samego wniosku. Już i tak wystarczało że mięso , mąka , kasza olej makaron i momentami buty były na kartki. Pomijam słodycze, alkohol , fajki i benzynę. Komuna musiała choć trochę odpuścić. Przypadki szkorbutu i gruźlicy wśród dzieci stawały się poza tym coraz częstsze. Wraz z ociepleniem klimatu pojawiły się nowe punkowe płyty przemycane z zachodu i przegrywane w nieskończoność na rachityczne magnetofony w kolejnych kopiach których jakość coraz bardziej przypominała jadłospis w restauracji „Gościnna” – odbity na rozklekotanej maszynie do pisania przez 6-tą kalkę. Brytyjskie hasło „no future” znajdowało po drugiej stronie Bałtyku swoją totalną realizację.
Nawet tytuł głównego politycznego zinu tamtych czasów „Z dnia na dzień” brzmiało jak tytuł punkowego protest songu. Ziny nie dosyć że były darmowe i spadały wprost z nieba o kreślonych godzinach Powrotu Stada z Roboty , to wiązały się jeszcze zawsze z nielichym happeningiem. Rozstawieni w newralgicznych miejscach SB-cy próbowali podczas rozrzucania ulotek w akcie bezsilności ii desperacji pozbierać jak najwięcej aby jak najmniej dostało się w ręce klasowego wroga. Na nic bowiem zdały się obstawiania wybranych dachów , klatek i chodników – ulotki rozrzucały automaty. Pewnego razu do jakiegoś nad wyraz gorliwego SB-ka zbierającego zachłannie ulotki na kolanach podszedł jakiś staruszek i teatralnym konspiracyjnym szeptem poradził
-Panie , brać tyle nie trzeba . Po przeczytaniu po prostu daj Pan przeczytać innym.
Oprócz punkowych załóg , kapel, szablonów i plakatów wyrastającej z wiosną kontrkultury punk wzrastały też rośliny. Nie wystarczały nam już sporadyczne przesyłki od krewnych i znajomych królika bo choć bardzo mile widziane były jak na nasze potrzeby stanowczo zbyt skąpe. Postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce. Do tego potrzebowaliśmy jednak dwu niezbędnych rzeczy : materiału siewnego oraz areału. Przypadek sprawił że obie rzeczy nagle znalazły się w zasięgu ręki.
Pewnego dnia poszukiwałem kolejnego słoika z ogórkami w piwnicy. Byłem tam wysyłany z misją regularnie, albowiem przy mojej kociej posturze i zwinności jako jedyny potrafiłem prześliznąć się pomiędzy stosami niezwykle potrzebnych rupieci , nielegalnej bibuły , soków , przetworów mięsnych i owocowych i nie naruszając tej misternej konstrukcji odnaleźć tam, w ciemnych czeluściach tego rumowiska niezbędny mojej matce słoik.
Podczas gdy wypełzałem właśnie pod sufitem misternie splecionej konstrukcji z kartonów ku uchylonym z racji nawały rumowiska drzwiom , oczom moim ukazała się stara klatka po papugach. Papugi nierozłączki zostały eksmitowane dawno temu na skutek przyjścia na świat mojej przyrodniej siostry. Przegrały z rozpowszechnioną fobią choroby odzwierzęcej . Przegrały także w wytwarzaniu wrzasku oraz w konkurencji nieustannego srania. Siostra była zdecydowanie lepsza. W klatce była nienaruszona paczka z karmą dla kanarków produkcji zaprzyjaźnionego wietnamskiego sojusznika. Do lichej papierowej torebki przyklejona była jeszcze bardziej licha karteczka z tłumaczeniem po polsku , objaśniająca zastosowania ,zawartość i skład paczuszki. Gdy zszedłem a właściwie zsunąłem się z tego stosu Sardanapala i odłożyłem obrosły kurzem słoik z embrionami ogórków ;przyjrzałem się bliżej zawartości torebki otrzepując się z pajęczyn i kurzu który mnie obsiadł. Ku mojemu osłupieniu okazało się że paczuszka zawiera między innymi ni mniej ni więcej jak tylko nasiona konopi. Karteczka nie kłamała. Zanurkowałem więc ponownie w stos rupieci i za chwilę byłem posiadaczem całego kompletu kubeczków po serku homogenizowanym, których matka używała do tworzenia rozsady pomidorów. Od tego dnia moje zainteresowania ogrodnicze znacząco wykroczyły poza niemrawą hodowlę kaktusów. Zgłębiłem kolejno podstawy hodowli biodynamicznych , pakiety startowe Otylia , wiedzę tajemną dotyczącą tworzenia grządek biodynamicznych , rozsad, orientowania rozsad względem stron świata , właściwości religijnych , magicznych leczniczych i gospodarczych konopi itd. Itp. Nawet nie próbowałem ukrywać niczego przed moją matką. Po pierwsze i tak bym niczego przed nią nie ukrył . O żadnych krypto - pomidorowych sadzonkach hodowanych na parapecie nie mogło być mowy. Matka moja bowiem oprócz tego iż była zawołaną ogrodniczką, jedną z pierwszych działkowiczek biodynamicznych, prowadzącą uprawy wyłącznie organiczne ; to co więcej była pedagogiem. Dobrym niestety. Aaaa i byłbym zapomniał. Była wiedźmą. Poważnie. Wiedźmą była najlepszą.
Układ jaki zawarliśmy a właściwie przymierze było jasne, proste i ze wszech miar korzystne dla obu stron. Ja zobowiązałem się kopać działkę biodynamiczną i dokonywać wszystkich upraw ciężkich oraz podlewania i prac konserwacyjnych roślin , altanki i ogrodzenia w zamian za to natomiast otrzymywałem możliwość uprawy na działce 9-ciu krzaków. Oraz know how czyli pomoc dydaktyczną w technologii uprawy. Liczba 9 nie była wynikiem jakiś szczególnie zażartych negocjacji. Tak po prostu zadecydowała matka w oparciu o badanie wahadłem. Z wahadłem nie byłem w stanie dyskutować. Tak jak i nikt z domowników. I tak z dwudziestu kilku wybranych przeze mnie nasion wykiełkowało dokładnie dziewięć. Wynik tej współpracy przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Moc gospodarki biodynamicznej objawiła się w całej okazałości . Dziewięć dorodnych żeńskich ponad dwumetrowych krzaków rozkrzewionych do granic przyzwoitości o mocy orient expressu miało odegrać znaczącą role w poszerzaniu świadomości i przestrzeni wewnętrznej mojej i moich bliskich przyjaciół. Tak jak i karma dla kanarków. Gdy kolejnego sezonu poszliśmy do sklepiku zoologicznego , mieliśmy już wszystkie informacje w małym palcu. Koledzy którzy nie mieszkali pod jednym dachem z wiedźmami a jedynie z jędzami musieli zadowolić się budowaniem fitotronów udających piwniczne szafy , najczęściej u przykutych do foteli starością babć , którym nader często zaczęli sprzątać piwnice i dokarmiać w nich bezpańskie koty.
Mam Pan wietnamska karmę dla kanarka? – padło niewinne pytanie, które jednak już budziło czujność zaspanego nieco właściciela zoologicznego sklepu. Rzadko kiedy bowiem ktoś przychodził kupować karmę dla kanarka we czterech a już na pewno nie tacy chłopcy jak my. W skórach , z nastroszonymi włosami i w glanach.
Mam – odparł
A można zobaczyć? – padło kolejne niewinne pytanko.
Łysiejący sprzedawca bez słowa , nie spuszczając nas z oka położył na ladzie paczuszkę z karmą przyglądając się badawczo. Atmosfera gęstniała jak na kowbojskim filmie.
Po szczegółowej obdukcji paczuszki i stwierdzeniu czy aby na pewno jest wietnamska najlepiej z tej co poprzednio spółdzielni, następowała dalsza część transakcji.
To poproszę jedną. – kładłem na ladzie żądaną kwotę.
Sprzedawca dalej niepewnie się nam przyglądał chowając odliczone pieniądze. Rozerwałem torebkę i wysypałem zawartość do otwartej dłoni. Podeszliśmy do okna witryny lekko roztarłem zawartość jakichś prószy drugą ręką i dmuchnąłem lekko. Wszyscy zgromadzili się wokoło skupiając wzrok na zawartości. Na dłoni widoczne było wyraźnie to po co tu przyszliśmy . Nasiona. Wszystkie idealne. Takie jak trzeba . Wyglądały jak przycupnięte w polu kuropatwy. Ciemnoszare wyraźnie cętkowane sercowo – obłego kształtu. Takie nasiona gwarantowały nieziemska jazdę w przestworza.
A na co wy tam chłopcy tak zaglądacie? – właściciel sklepu płonął z ciekawości
Wie Pan, musimy sprawdzać jaka jest ta karma bo jak jest niewłaściwa to kanarek ma zatwardzenie – wyrzuciłem z siebie wcześniej przygotowaną formułkę.
Wie Pan , ta karma jest wyjątkowo dobra, wiec będziemy musieli kupić jej trochę na zapas. – Oznajmiłem.
Ile Pan jej ma? – zagadnąłem niemal po przyjacielsku.
Nieco skonsternowany sprzedawca w niebieskim fartuchu sięgnął do pudełka
20 sztuk – ale po co wam aż tyle...- zaczął.
To w takim razie poprosimy wszystkie – przerwałem mu i położyłem na ladzie kilka banknotów.
Sprzedawca wietrząc jakiś podstęp sprzedał nam karmę sprawdzając uważnie pod światło każdy wręczony mu banknot.
Wyszliśmy jak tylko wyliczył nam resztę . Zamykając oszklone drzwi widzieliśmy jak sięga po stojący na ladzie telefon nie spuszczając nas z oka. Do tramwaju puściliśmy się pędem. Wiedzieliśmy gdzie dzwonił. Już nigdy nie przyszliśmy tam niczego kupować. Zapas karmy starczył nam na baaaardzooooo dłuuuuuugggoooooooo. Konsekwencją dobrodziejstwa płynącego z wietnamskiej karmy było także to że zainteresowaliśmy się nie tylko muzyką punk ale i zaczęliśmy słuchać Doorsów i innej muzyki związanej z wojną w Wietnamie.
Komuna mogła wiele.
Mogła dokuczać , karcić , straszyć i szykanować . Mogła i posługiwała się kłamstwem, podłością ,podstępem, cynizmem i szantażem. Wszystko to jednak miało na celu zniewolenie , zastraszenie i upokorzenie. Aby osiągnąć Twoją uległość. Na nic jednak zdawały się wysiłki armii , policji, polityków, donosicieli, wychowawców i agitatorów jeśli miałeś w sobie niezależność . Niezależność i wolność dawały wewnętrzną przestrzeń. Bycie obok.
My za pomocą Roślin wyhodowanych z wietnamskiej karmy , rozdymaliśmy tę wewnętrzną przestrzeń do rozmiarów galaktyk.
Komuna wspierając w ten sposób vietkongów gremialnie podcinała swoje korzenie. Było zajebiście.
Może i żywiliśmy się karmą dla wietnamskich kanarków ale postanowiliśmy nigdy nie dać się zadziobać szarym zomowskim wróblom.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Fajny tekst! 10! Rzadko oceniam, ale stan wojeny z punktu widzenia małolata (w mojej optyce, małolata) bardzo mi się spodobał.

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#205847

Nie ma już karmy dla wietnamskich kanarków.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#205854

lanie wody tez musi miec swoje granice. Acnosan byl bez recepty,pili tylko odwazni , Vistula dawala sie pic ,rewelacyjna nie byla. Ale te 9 feminizowanych nasion znalezionych w piwnicy wyprzedzilo swoj czas o dobre 20 lat.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#205866

Ja podpisuję się z imienia i nazwiska.
Acnosan był wyłącznie na receptę we wrocławskich aptekach.
Nam przynajmniej nikt go bez recepty sprzedać nie chciał.
Bez recepty to ASTMOSAN był ale to już zupełnie inna opowieść.
Ale ciekawe czy ktoś wie o czym piszę....;)
Jak ktoś był wówczas pełnoletni i pracował (haha) a więc miał wkładkę na kartki to "se mógł wybrzydzać". A punkowskie szczury to piły co się dało wypić. Oprócz denaturatu oczywiście. U nas po partii " vistuli" paru kolesi się struło ale może to "karbidówa" była. W smaku i działaniu takiego syfa nie piłem nigdy.
Nasiona jakie były takie były. Obawiam się , że w biednym Wietnamie nikt o feminizowaniu nasion nie słyszał.
Ludzi z punkowskiej załogi wrocławskiej " z pod wieży ciśnień " Waść pytaj o to jak było a mnie czy ktoś wierzy czy nie to przepraszam ale jest serdecznie wszystko jedno.
P.S> A że niewiarygodne to było to i prawda... .

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Nie jestem pewien czy podążam we właściwym kierunku , więc na wszelki wypadek nie zbaczam z kursu.

#205903

... cieszyła się złą opinią - Bałtycka. Chodziły nawet plotki, że po Bałtyckiej można oślepnąć - urban (nomen omen) legend ; )

Może to był jakiś perfidnie wyuzdany, komunistyczny pomysł na wzbudzenie antagonizmów międzyregionalnych ; ) ?
Może na Pomorzu ten szajs sprzedawali z nalepką Krakus ?

Ech... ale historia, tyle wspomnień przywróciła ; )

Zima 1981/1982, jakaś rodzinna impreza na wsi. Drobna sprzeczka gdzieś po północy i jedna z ciotek, obrażona śmiertelnie daje dyla do domu. A to ze cztery kilometry do pociągu.
I nagle olśnienie - `wamać, "godzina milicyjna", jak ją dorwą to pójdzie siedzieć. Wujo dysponował PF125p (rzemieślnik) i dalej za nią. Ekipa pojechała mocna ale nikt nie pomyślał, że jak wszyscy w tym fiacie wpadniemy to będzie jeszcze gorzej ; ). W pewnym momencie, gdzieś za drzewami miga nam postać ciotki.
Wujas pstryka długie, podjeżdża do niej, a ona półobrót w lewo i w długą w krzaczory.
Jak żeśmy ją dogonili (nikt nie przypuszczał, że potrafi tak szybko biegać) to była sina ze strachu - no bo jak po "godzinie milicyjnej" pruje za tobą fiat na długich to kto to jest ? Radiotaxi ? ; )

Nie wiem dlaczego ale widok ciotki spieprzającej nocą w krzaki jest u mnie najżywszym wspomnieniem stanu wojennego. Przyćmił nawet jebanego trepa, który całą niedzielę opowiadał w kółko tą samą bajkę...

Numer z fiatem chodził jeszcze długo później.
W okolicach 87, 88, koledzy raz tak pojechali po kumpla, który wieczorami tachał jakieś bibuły. Wypatrzyli go na końcu ulicy, ruszyli powolutku bez świateł i zajechali drogę już na długich i z piskiem kół. Minę miał jak ta moja ciotka ; )

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, aldd meg a magyart

#205985

Nie wiem, jak z realiami historycznymi, bo za młody jestem (jeszcze mnie nawet w planach nie było wtedy), ale kij im w oko, generalnie. Świetna rzecz Igorze, przyjemnie było to czytać po raz drugi! Wrzuć więcej, wiem, że masz!! (tak, tak to prywata)

Napisz więcej - i do druku, a nie w efemerycznym internecie. Chciałbym to postawić na półce.

Pozdrawia Wojtek Puchta

PS (Niestety: edytorstwo! Przed przecinkiem NIE MA spacji. Przepraszam, ale mnie to razi... Poza tym "zaprzyjaźniony wietnamski sojusznik"... Czy sojusznik może być nieprzyjazny? To czepiactwo, ale z pewnością nie złośliwe, dlatego też w nawiasie)

PPS Założyłem też swojego bloga: http://kaszmarin.salon24.pl/424373,manifest-w-formie-wstepu

To chyba nie spam, prawda? ...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#262853

Witaj!
I tu Wojtku - w tym wyrażeniu językowym, można odnaleźć swoiste signum temporis tamtych czasów.
Taki sojusz jaki sojusznik.
W odróżnieniu od Ruskich - ten był zaprzyjaźniony.
Zwłaszcza, że jak Ci wiadomo, moja matka uczyła w ramach pomocy sojuszniczej, Wietnamczyków języka polskiego.
Z kilkoma z nich miałem przyjemność się zaprzyjaźnić.
Spacja przed przecinkiem jest wynikiem pośpiechu oraz dodawania znaków interpunkcyjnych post factum czytaj z nieschludnej edycji :)
Pozdrawiam : J-23
P.S. Niezły nick :))

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Nie jestem pewien czy podążam we właściwym kierunku , więc na wszelki wypadek nie zbaczam z kursu.

#264527

W takim razie wybacz moją ignorancję, jak wiesz zajmuję się czasami nieco starszymi niż XX wiek (słabe usprawiedliwienie). Wiedzy historycznej nigdy za mało! Teraz gdy to już wiem to rzeczywiście bardzo ładne wyrażenie ;)

ad PS: dzięki ;)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#264800