Pożegnanie księdza Grzegorza

Obrazek użytkownika GosiaNowa
Blog

Gorący letni dzień, młodzież zamiast nad wodę idzie na Mszę św. do Archikatedry warszawskiej.

Dlaczego?

4 lipca podczas wspinaczki górskiej zginął ich katecheta - ks. Grzegorz Andrzej Fabiński. Miał 35 lat i był 10 lat po święceniach kapłańskich. Wyświęcił go w tej samej Archikatedrze prymas Józef Glemp. Był magistrem teologii w zakresie historii sztuki, nauczycielem dyplomowanym.
Jako wikariusz pracował w Brwinowie i w warszawskich parafiach na Solcu i Powiślu. Od 2008 roku pracował w tej świątyni, która była świadkiem jego święceń i w której dzisiaj żegnano go.

Pewnie nikt by tego nie zauważył, gdyby nie postawa tego młodego księdza. Wszędzie gdzie Bóg go posłał zostawił po sobie niezatarty ślad pisany wyjątkową wiarą i miłością do ludzi.

Dzisiaj żegnała go rodzina, koledzy z roku w Seminarium, przyjaciele, personel szpitala, w którym był kapelanem i wyżej wspomniana młodzież ze szkół w których uczył, bo był wyjątkowym katechetą.

Jak wyjątkowym niech świadczy o tym powstała ku jego pamięci strona internetowa

http://www.grzegorz.fabinski.kupamieci.pl/

I wypowiedź jednej z jego byłych uczennic Darii, która zgodziła się na publikację jej wspomnień.

"Co wyjątkowego można napisać o tak nietuzinkowym człowieku, jakim był ksiądz Grzegorz?
Jakim jest ksiądz Grzegorz, który zapisał się w pamięci
naszych serc?
Przede wszystkim to, że był człowiekiem ogromnej wiary i
czynu, a wszystko co robił, robił z sercem. Poza obowiązkami duszpasterza, potrafił wzbudzać entuzjazmem i
nigdy nie pozwalał mu zgasnąć, bez względu na okoliczności. Nie jest mi łatwo oceniać księdza jako człowieka, mogę
jednak uczynić to opierając się na każdym słowie wypowiedzianym podczas Jego pożegnania. Był związany ze stowarzyszeniami, podjął się pracy w kilku szkołach, oraz w szpitalu, a każda z osób pełniących w tych instytucjach stanowiska kierownicze, żegnały Go z wielkim żalem, przytaczając Jego liczne wypowiedzi pełne właściwego Mu specyficznym poczuciem humoru. Był przyjacielem - potrafił słuchać i mówić, czasem to co ciężko jest powiedzieć samemu sobie. Był opanowany i zdecydowany, a jednocześnie z
zapałem realizował wszystkie swoje marzenia, zjednywał sobie ludzi swoją otwartością i poczuciem solidarności, potrafił tak pokrzepić jak i sprowadzić na ziemię. Był marzycielem o ogromnym poczuciu otaczającej go rzeczywistości.
Ja oceniam Go przede wszystkim z perspektywy uczennicy Jego katechez.
Jako pedagoga, zapamiętam Go jako człowieka, który jako jeden z nielicznych utrzymywał naszą klasę w ryzach. Z grupy niesfornych, a wręcz nieokiełznanych swojego czasu osób, uczynił w niespełna kilka miesięcy grono dojrzałych (jak na miarę siedemnastolatków) młodych ludzi, pragnących słuchać Słowa Bożego, gotowych ponosić ofiary w imię wyższego dobra. Ci, którzy zostali na Jego zajęciach w
kolejnych latach, opuścili mury szkoły ze znacznie większym bagażem nowej wiedzy i innym spojrzeniem na świat. Byli i tacy co odeszli - choć zawsze życzył im jak najlepiej nie zmuszał ich do "oglądania swojej roześmianej facjaty w godzinach popołudniowych" - myślę, że wiele stracili.
Z każdą kolejną czterdziestopięciominutową lekcją, coraz bardziej przyzwyczajaliśmy się do siebie, a zażyłość doszła do tego stopnia, że zamiast w klasie, katechezy odbywały się nad Wisłą, z dziewczynami rozmawiał o chłopakach, a z chłopakami grał w piłkę. Jak sam powtarzał
"każdy zdrowy facet, musi pobiegać za jakimś żeńskim elementem świata: wy za kobietami, ja za piłką".
Aż któregoś razu udało się nam zdenerwować księdza, więc swoją wypowiedź zwieńczył niezapomnianą "cholerą", nikt już nigdy do tej pory nie zdobył się na wyprowadzenie Go z równowagi. "Ale przecież każdemu zdarzy się
pocholerzyć do gremium odbiorców, co, może wy nie cholerujecie? a ja tak: cholera cholera cholera".
Pod koniec drugiej klasy decyzją zwierzchników ksiądz Grzegorz musiał opuścić nasze liceum, i iść "z misją
do innej potrzebującej pomocy" i "zwichrowanej psychicznie" młodzieży (słowa księdza). Pożegnała Go salwa braw, po dwóch próbach, pani dyrektor przestała próbować uciszać oklaski. A ksiądz łypnął na nas okiem z końca sali i powiedział, że "jeszcze chwila, a będzie zmuszony
oddalić się od nas w celu uzewnętrznienia kilku łez".

I oddalił, dwa lata później, tym razem - znacznie dalej. Lecz teraz, zgodnie ze słowami wypowiedzianymi dziś na mszy przez Jego przyjaciółkę, pewnie siedzi obok św Piotra, patrzy na nas, i uśmiecha się tak, jak tylko On potrafił, mówiąc "no dajcie już spokój, Kochani".

Tyle złego pisze się i mówi o kapłanach, dlatego przytoczyłam tę postać.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

takich jak on jest więcej. ale o nich sie nie pisze. po co, lepiej opisywać tych pedałów i dziwkarzy, to lepiej poczytne.
Niestety ciągle za mało mówi sie o świętych kapłanach, dobrze, że napisałaś, szkoda tylko że takich Bóg zabiera tak szybko.
Zawsze zazdrościłam tej młodzieży z pokolenia Jana Pawła II , że mieli takiego duszpasterza, przyjaciela, przewodnika.
Chciałabym jeździć na narty, kajaki itp, na takie żywe rekolekcje, niestety muszę niemal codziennie borykać się z fałszywymi świadkami Bożymi. no nic to i tak nie załamie mojej wiary. Powinniśmy pisać jak najwięcej o świętości już pewnie jednostek kapłanów ale jednak. Ten ksiądz o którym piszesz zasiał pewnie w niejednym sercu młodym ziarno, które może kiełkować prędzej czy później, nawet w tych co go pozornie odrzucili.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

kaczoorek

#72336

Będę co jakiś czas pisała o kapłanach i ludziach świeckich, który zasługują na wyciągniecie z cienie.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

GosiaNowa

#72401

Będę co jakiś czas pisała o kapłanach i ludziach świeckich, który zasługują na wyciągniecie z cienie.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

GosiaNowa

#72402