O nikczemnym procederze upartyjnionych partii

Obrazek użytkownika seaman
Kraj

Prezydent Bronisław Komorowski przemówił do ludu w swoim niepodrabialnym stylu. Partie z natury swej są partyjne, dlatego dzielą ludzi - podzielił się filozoficznymi przemyśleniami prezydent. A politycy partyjni powinni powściągnąć swoją partyjność i budować wspólnotę ponadpartyjną – kontynuowała głowa państwa w języku, który by można nazwać ezopowym, gdyby nie fakt, że nie ma tu żadnej myśli do zawoalowania. Poza dość toporną sugestią, że on sam nie jest partyjnym politykiem, która może byłaby wiarygodna na akademii z okazji Dnia Dziecka, ale ten przecież obchodzi się 1 czerwca.

Bezpartyjność prezydencka jest bowiem na tyle wiarygodna, co jego stwierdzenie, że wprowadzenie jeszcze wyższego progu frekwencyjnego przy referendum odwoławczym jest dobrym pomysłem na ograniczenie pola partyjnego konfliktu. A trzeba pamiętać, że jest to pomysł, na który prezydent wpadł, gdy partia, która go desygnowała na urząd poczuła się zagrożona przez narzędzie demokracji bezpośredniej, jakim niewątpliwie jest referendum. I musi sobie zdawać sprawę, a jeśli on sobie nie zdaje, to jego doradcy raczej na pewno, że ten nowy próg równie łatwo może znieść następna władza z następnym bezpartyjnym prezydentem. Zatem to jest krystalicznie czyste działanie partyjne obecnej władzy mające na celu wyłącznie utrzymanie na stanowiskach własnych ludzi.

Jeśli "z natury partyjne partie" są takie szkodliwe dla samorządów, to dlaczego Komorowski nie pokusił się o zakaz finansowania przez partie wyborów samorządowych w ogóle? Przecież taki przepis wyzwoli automatycznie energię obywatelską i ograniczy konflikty oraz podziały partyjne na rzecz konfliktów obywatelskich, które zapewne prezydent uważa za szlachetną odmianę podziałów społecznych. Wolni ludzie tworzyć czas – patetycznie nawoływał za Norwidem premier Donald Tusk w swoim pierwszym expose. A jak przyszło co do czego, to narzuca się wolnym ludziom coraz ciaśniejszy kaganiec, bo nie podoba im się władza, którą sami wybrali.

A jeśli takie finansowe ograniczenie roli partii w samorządzie jest niekonstytucyjne, do na pewno konstytucyjne jest całkowite zniesienie progów ważności, wtedy nie będzie problemu frekwencyjnego i żadna partia nie będzie zniechęcała ludzi do bezpośredniego udziału w demokracji, a wręcz przeciwnie, będzie żwawo zachęcała. Czyż nie o to w demokracji chodzi? No, bo co z tego, że mało ludzi chce głosować w referendach odwoławczych? Obywatele mają prawo nie korzystać ze swojego obywatelskiego prawa i należy to uszanować. Jeśli im jest obojętne, kto rządzi i jak rządzi; jeśli cedują swoją wolę na innych, to nie ma co się przejmować ich nieobecnością. Tak jak nie przejmujemy się małą frekwencją w parlamentarnych wyborach uzupełniających.

Skoro więc mamy demokrację partyjną i nie zamierzamy jej likwidować, to skąd biorą się takie słowa prezydenta o szkodliwości partii politycznych i konieczności ograniczenia ich wrednej roli w tworzeniu podziałów społecznych? To w wyborach parlamentarnych, prezydenckich i czy europejskich szkodliwość partii jest dopuszczalna, a w samorządowych już nie? Istnieje przecież przed referendum wymóg zebrania pewnej liczby podpisów i to powinno być wystarczającym warunkiem legitymizacji woli obywateli. Ilu z nich się zechce pofatygować do urn, to już władzy nie powinno obchodzić.

Prezydent Komorowski bardzo chyżo się uwija wokół ograniczenia różnych praw obywatelskich (vide: prawo do zgromadzeń i dostęp do informacji publicznej) i chce podwyższyć próg ważności obywatelskiej sankcji referendalnej, ale zupełnie nie reaguje, gdy politycy i jego partyjni koledzy tratują prawo już istniejące. To serdeczni towarzysze partyjni prezydenta nagminnie wypełniają w nieprawidłowy sposób oświadczenia majątkowe. Palikot, Graś, Drzewiecki, Adamowicz zlekceważyli obowiązek wpisywania swoich korzyści do oświadczeń poselskich i nie spotkała ich za to najmniejsza sankcja. I prezydent Komorowski nawet się nie zająknął o konieczności zmiany prawa, a żaden z polityków wyższej rangi nie został doprowadzony przed sąd za złamanie ustawy antykorupcyjnej.

Palikot zapomniał wpisać swój samolot; minister Graś nie mógł się połapać, czy jest w zarządzie spółki; Drzewiecki nie pamiętał o domu na Florydzie (prokuratura uznała, że nie miał „pełnej świadomości swojego majątku” - tak!!!), zaś prezydentowi Gdańska zupełnie wyleciało z głowy jedno z jego siedmiu z mieszkań. Czy partyjny polityk, który do siedmiu nie potrafi zliczyć powinien rządzić dużym miastem wojewódzkim? Czy do tego służy osławiona tarcza antykorupcyjna PO, żeby osłaniać swoich kolesi?

Prezydent Komorowski zamiast zabiegać o bezpartyjność partii, mógłby dać odpór procederowi prominentnych członków swojej partii. I spróbować zmienić prawo tak, żeby prokuratura nie umarzała seryjnie przewinień jego kolegów. Może wtedy ktoś uwierzy w jego obrzydzenie do partyjności partii.

Brak głosów