Jeszcze o PKP - nowa powieść Szczura Biurowego (fragment)

Obrazek użytkownika szczurbiurowy
Kraj

List był w kopercie, żółtawej, z sowieckimi znaczkami, stemplami, a na odwrotnej  stronie koperty stempel z napisem "Urząd Wymiany Poczty Warszawa" i datą : 17.V.1957. Staszka wyjęła z koperty kartkę, złożoną w czworo, pokrytą pismem ze znanymi jej zadziorami kresek długich liter. Autor energicznie dociskał pióro wtedy, gdy litera miała dłuższą linię i rząd pisma wyglądał jak pokryty częstokołem. Brzuszki liter i zaokrąglenia też były spiczaste, tak, że jeśli ktoś nie znał tego charakteru pisma, miał trudności z przeczytaniem. Staszka znała to pismo. Witold był spokrewniony z ich rodziną poprzez babkę - ich babki były siostrami. Mimo dosyć odległego pokrewieństwa kontakty były żywe, aż do 1939, gdy po wejściu sowietów i wycofaniu się ich w październiku, powiat wileński i trocki zostały odcięte od reszty województwa wileńskiego kordonem granicznym. Witold był sierżantem rezerwy, weteranem 1920 roku. Służył  w piechocie, a w 1939 roku jego przydziałem mobilizacyjnym była stacja Turmonty - kluczowa jeśli chodzi o organizację transportu i pomocy od sojuszników - przez Łotwę mogły iść dostawy wojskowe, jeśli tylko udałoby się udrożnić transport poprzez Szwecję i Finlandię. Witold oczywiście o wielkich strategicznych planach nie wiedział, jego zadaniem było utrzymanie w sprawności stacji kolejowej i wszystkiego co do niej należało.  I zrobił to, ale 22 września wieczorem nad stacją powiewała już czerwona flaga sowiecka. Wjechał sowiecki pociąg pancerny, blokując przejazd w stronę Łotwy. Było ciemno, słońce zaszło prawie trzy godziny temu,, lampy się nie paliły, jedynie czerwona zorza zachodu słońca stała na niebie i w jej świetle widział to co się działo na stacji. Witold stał w oknie swojej dyżurki na stacji, mając za plecami kolejową mapę Rzeczpospolitej i a przed sobą czarne płyty stalowej burty pociągu, wagon szerszy od polskiego rozstawu torów. Sowieci przed wjazdem musieli zmienić wózki wagonowe, na jakiejś innej stacji granicznej. W oknie przed nim pojawili się żołnierze, jakiś komandir z rewolwerem w ręku kopiąc w drzwi i wbiegając do do środka. Lampa naftowa na stole oświetlała go od spodu, ruszające się cienie i migające części oporządzenia.

 

- Ruki wwierch, polskaja swołocz! - sowieciarz rzucił się do niego, widząc, że stoi za biurkiem, a przez uchylone drzwiczki pieca widać było dopalające się papiery. Witold zdążył spalić rozkazy mobilizacyjne dla stacji i książkę szyfrów, a także ostatnie depesze, które jeszcze wystukiwał telegraf, ale już bez taśmy. Taśma zwijała się  w płomieniach pieca, kartki  zeszytów  zwęglały się stopniowo, odginały do góry, czerwony żar zwijał je, czarne litery stawały się srebrzysto szare na czarnym węglu spopielonych stron. Czerwony odblask płomieni pełgał po deskach podłogi o ochronnej blasze przed piecem.

Sowieciarz zbliżał się do niego z naganem w dłoni. Palec na spuście, nagan jest twardy i podrzuca, jeśli strzeli się nie odciągnąwszy kurka. Dłoń obejmująca rękojeść, mankiet zielonej bluzy mundurowej, naramiennik z czerwonym pasem i złotymi gwiazdkami, kołnierzyk pod szyją z białą lamówką, pasek mapnika, szyja z ruszającym się jabłkiem Adama, broda kropki zarostu, usta i wyszczerzone zęby,  zmarszczony z wściekłości nos, oczy, rozszerzone źrenice, zmarszczone brwi, czoło w bruzdach, daszek czapki, brązowy pasek, czerwony otok i nad nim, na zielonej krawędzi czerwony pentagram sowiecki.

“W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” - te słowa pojawiły się w jego głowie i nie chciały zniknąć. Sowiet trzymał go pod rewolwerem, gdy żołnierze zapełniali dyżurkę zawiadowcy.

- Pod stienku! - na komendę oficera bojcy chwycili go pod ręce i pociągnęli za sobą na peron, ciągnąc i popychając ustawili pod ścianą magazynu pocztowego, otynkowaną na różowo. Witold słyszał ich słowa, słyszał syk lokomotywy stojącej tuż obok, gdy maszynista uruchomił zawory i kłęby pary otoczyły go jak obłok, znikli żołnierze stojący parę kroków od niego, szykujący swoje mosiny, które wisiały na sznurkach na ich ramionach. Znikli, a wtedy Witoldowi wróciła przytomność. Zanim para się rozwiała pchnął drzwi od magazynu pocztowego, zatrzasnął za sobą drzwi, założył po omacku zasuwę i szybko, macając w ciemnościach, bo magazyn nie miał okien, dla bezpieczeństwa przed złodziejami, a światła elektrycznego nie było na stacji od dwóch dni, macając przed sobą szedł w kierunku przeciwległej ściany. Tam, nisko, były kanały na przewody zwrotnicze, bo budynki zostały wybudowane w ten sposób, że magazyn pocztowy był częścią nastawni, tak, że cięgła do sterowania zwrotnicami na stacji przechodziły pod fundamentami magazynu. Witold namacał betonowe płyty przykrywające kanał, odsunął jedną, słysząc jak sowieci dobijają się do drzwi magazynu, słychać było bieganinę i krzyki. Szybko położył się na cięgłach, wysunął rękę, macając za odsuniętą płytą, z wielkim wysiłkiem udało mu się ją przyciągnąć, usłyszał i poczuł jak zasunęła się na niego, przyciskając go do drutów cięgieł. Czuł się jakby zatrzasnął nad sobą wieko trumny. Leżał na plecach, na uginających się cięgłach. Spróbował się przesunąć, odpychając się od płyt nad sobą. Szło powoli, ale jednak udawało mu się przesunąć kilkanaście centymetrów. Jeśli udałoby mu się dotrzeć do miejsca, w którym cięgła wychodzą z kanału,  pomiędzy torami, prawie sto metrów od budynku magazynu pocztowego, na końcu peronu - byłby uratowany Przesuwał się z wysiłkiem, kurtka mundurowa szorowała po zardzewiałym metalu, czuł, że spodnie na pośladkach i łydkach przecierają się. Nie słyszał, czy sowieci szukają go bo jego własne ruchy zagłuszały zewnętrzne odgłosy, więc znieruchomiał. Ból pleców. Słychać było głosy rosyjskie, odczuwał raczej niż słyszał kroki, bieganinę, przez dłuższą chwile jakieś głośniejsze łomoty, wydawało mu się, że sowieci wywrócili drewniany regał na paczki, wysoki na kilka metrów, który stał na całej długości magazynu, a za nim był ten kanał w którym się ukrył. Po chwili wszystko ucichło. Starał się sobie przypomnieć, czy kanał na cięgła do zwrotnic jest na całej długości tych samych rozmiarów. Gdy przebudowywano stację, prawie dwa lata temu, doglądał tego, bo na jego stacji musiało wszystko być pod kontrolą, musiał wiedzieć czy wszystko jest porządnie zrobione. Nie pamiętał, czy zwężał się, ale nie miało to w tej chwili znaczenia. Jeśli się zwężał - to już się nie cofnie i tak zostanie, zwłaszcza, jeśli przeczołga się poza obręb budynku, w którym kanał był przykryty płytami chodnikowymi. Jeśli zwężenie będzie pod ziemią - śmierć. Postanowił czekać. W ciemnościach miał przed sobą fosforyzujące wskazówki zegarka, dłońmi na wysokości oczu odpychał się do tej pory o betonowych płyt nad sobą. Zegarek pokazywał dziewiątą, czyli siedział w tym grobie prawie półtorej godziny; zastanawiał się, ile mógł się już przesunąć  i czy już znajduje się na zewnątrz budynku. Nie wiedział jak daleko od ściany rozpoczął. Poczuł pod sobą ruch cięgieł - przestawiano zwrotnicę. Jeśli robił to ktoś doświadczony, to mógł poczuć różnicę w oporze jaki stawia przekładnia; zaraz potem poczuł drżenie gruntu i stuk kół o spojenie szyn. To spojenie, jak pamiętał, było na kilka metrów przed końcem peronu, a stuk słychać z prawej strony dosyć  daleko. To znaczyło, że był już poza magazynem, pod nawierzchnią peronu, wykładaną betonowymi płytami chodnikowymi, takie same płyty zasłaniały kanał, który stopniowo się obniżał, tak, żeby wyjść na poziomie gruntu na końcu peronu. Spróbował poruszyć płytą nad sobą. Drgnęła lekko, ale nie ustępowała. Naprężył się z całych sił i zdołał ją w końcu poruszyć. Zobaczył szczelinę jaśniejszy klin - to było nocne niebo, nie było widać księżyca, świeciły dalekie gwiazdy. Poszerzył trochę szczelinę, starając się zrobić to jak najciszej, żeby nie szorowała betonem o beton. Nad sobą miał kwadrat nieba i oddychał świeżym powietrzem. Chwycił za brzegi otworu, podciągnął się, unosząc nieznacznie głowę, rzucił okiem czy widać kogoś na peronie. Nikogo. Widział światło semaforu, więc albo sowieci przywrócili elektryczność, albo powiesili lampę naftową. Spojrzał w drugą stronę, w kierunku budynków stacyjnych. Ciemno, ani światełka. Lecz w cieniu drzwi, pod okapem,  łukiem nad wejściem do budynku wzniesionego dla kolei Warszawsko - Petersburskiej,  zobaczył ciemny kształt, postać wartownika i żarzący się punkt - sowiet palił na warcie papierosa. Witold przyglądał mu się tak długo, aż rozbolał go kark od niewygodnej pozycji. Wartownik stał w  miejscu, nie  przechadzał się ani nie kręcił nerwowo.  Widocznie  było mu dobrze u wejścia do stacji i obok drzwi biura naczelnika stacji.

Witold ostrożnie zaczął się wydobywać ze swojego grobu. Od ściany magazynu był oddalony metr. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że przebył aż taką odległość. Na oko było to około siedmiu metrów. Siedział na krawędzi otworu, opierając się stopami o cięgła, gdy poczuł, że jedno z nich przesuwa się. Oznaczało to powrót pociągu, który przed chwilą odjechał. Musiał szybko zwijać się z tego miejsca. Odczołgał się na bok i leżąc zasunął za sobą otwór. Płyta wróciła na miejsce z lekkim stuknięciem. Słychać już było lokomotywę, za chwilę na peron wtoczą się wagony. Tory szły prosto jak strzelił do granicy łotewskiej, wokół stacji nie było żadnych budynków, a on za chwilę będzie na widoku jak na patelni. Jeśli ten pociąg pancerny ma jakieś reflektory z tyłu to tym gorzej. Lokomotywa zawsze ma latarnię, ale tym razem lokomotywa pchała, a nie ciągnęła skład. Miał jeszcze pół minuty na zniknięcie z tego miejsca. Czołgając się po peronie, w poprzek, w kierunku torów, powoli przesuwał się, z upływem czasu robił to coraz szybciej. Stacja była dwutorowa. Skoro lokomotywa zmieniała tor, to znaczyło, że na ten który opuściła przyjedzie niedługo następny pociąg. Normalnego ruchu już nie było od dawna, czyli musiał to być pociąg wojskowy. Doczołgał się do kamiennej krawędzi peronu, kostek z czerwonego bazaltu, ułożonych przy przebudowie stacji, ich kolor wyznaczał krawędź peronu, a pół metra wewnątrz peronu, z trochę węższych - linię, której nie wolno przekraczać, gdy pociąg wjeżdżał na stację. Gdyby nie ta przebudowa, tym swoim czołganiem mógłby zetrzeć białą farbę, którą zwykle malowano te linie i zostawić ślad po sobie, kamienie temu zapobiegły. W ciemnościach dostrzegał już odbijające światło szyny, czuł kreozotowy zapach podkładów. Nie padało od dawna, zapach był bardzo intensywny. Ostrożnie ułożył się wzdłuż krawędzi peronu, odepchnął i spadł obok szyny, nie robiąc sobie krzywdy. Kamienie torowiska otarły mu naskórek na knykciach. Leżał na brzuchu, poniżej peronu, ręką obejmował główkę szyny, wybłyszczonej tysiącami kół i czuł drżenie metalu. Pociąg się zbliżał. Przerzucił ciało przez szynę, przeturlał się pomiędzy szyny. Jeśliby ktoś stał w pobliżu na peronie to mógłby go zobaczyć. Cisza. Słychać już było stukot kół i pracę lokomotywy. Miał coraz mniej czasu. Jeszcze jeden obrót przez zewnętrzną szynę i już był po drugiej stornie toru. Potem tylko kilkudziesięciocentymetrowy nasyp z grubych kamieni, zrudziałych od ścieranej stali kół i hamulców wagonów, a potem trawa, aż do równolegle biegnącej z torami szutrowej szosy. Wyglądało na to, że nikt go nie zauważył.  Leżał obok szyny zewnętrznej nasłuchując. Cisza. Zobaczył jak czerwony punkcik palącego papierosa robi łuk i upada między torami - wartownik skończył palić i pstryknął niedopałkiem. Witold znieruchomiał. Możliwe, że wartownik patrzy w ślad za niedopałkiem i może dostrzec jakiś ruch obok, zwłaszcza, że w ciemnościach człowiek lepiej widzi kątem oka niż na wprost. Huk pociągu narastał, widać już było jego światła pozycyjne. Nie było reflektora. Witold stoczył się z nasypu, wylądował w wilgotnej trawie. Rosa. Jesień. Leżał na brzuchu, wtulał twarz w źdźbła i nasłuchiwał. Za moment hałas pociągu zagłuszy wszelkie odgłosy. Uniósł się i najpierw na czworakach , a potem wyprostowany zaczął szybko iść prostopadle od toru. Trafił na płot z drewnianych sztachet, przeskoczył go, potem rów i szosa. Nikogo, tylko pięćdziesiąt metrów za plecami wjeżdżał na stację pociąg, jego hałas tłumił wszystko. Witold szybko przeszedł szosę i po chwili był w zaroślach i w lesie, który ciągnął się aż do granicy. Zatrzymał się i usiadł na poszyciu, żeby odpocząć, i zastanowić się co dalej robić. Jego mieszkanie było przy stacji. Jeśli chciał uratować bliskich, to tylko teraz, ale równocześnie za chwilę granica z Łotwą będzie nie do przejścia. Nie wiedział co robić. Spoglądał z zarośli w stronę stacji. Była ciemna, widać było latarnie lokomotywy i podświetlaną przez nie parę wypuszczana na postoju. Peron był zasłonięty pociągiem, nie było okien, żeby widzieć na wylot.

Zdecydował się. Zamiast na północ, w stronę granicy, poszedł na południe, do przejazdu kolejowego i budki dróżnika - Wasilewskiego. Doszedł tam po kilku minutach. Najpierw nasłuchiwał, czy na szosie ktoś jest, a potem, pod budką dróżnika zaglądając z ukosa sprawdził czy ktoś jest w środku. Stary kolejarz był sam. Pochylony nad stołem coś robił, przy pełgającym, niebieskawym świetle karbidówki. Witold przywarł do szyby, żeby zobaczyć co tamten robi. Szyba pod jego naciskiem skrzypnęła, dróżnik się poderwał  i Witold zobaczył lufę pistoletu wymierzoną prosto w siebie, a za lufą szeroko rozwarte oczy Wasilewskiego. “Cholera” - pomyślał - “już drugi raz dzisiaj ktoś do mnie mierzy”. Szybko, żeby tamten nie zdążył spanikować wpadł do pomieszczenia dróżnika. Wasilewski, zostało mu trzy lata do emerytury, niższy od Witolda o dwie głowy, niższy, ale żylasty i silny, ubrany w kolejarski mundur, zapięty na ostatni guzik, tak jak tego wymagała służba, czapka leżała na stole. 

- Wszelki duch, ja już myślałem, że pana naczelnika… - szept Wasilewskiego był i tak za głośny.

- Wasilewski niech odłoży tę broń. 

Tamten posłusznie położył pistolet na stole, obok szarej od smaru szmatki i wyciora

- Ten pistolet tylko z jednym magazynkiem?

- Tak panie naczelniku, z jednym…

- Dobra, zostawicie ten pistolet tutaj, i pojdźiecie do mojego mieszkania, jak się da, i powiedzcie mojej żonie, albo synowi, że jestem cały i zdrowy, i idę na Łotwę. O mało mnie teraz nie rozstrzelali. A żona i Norbert niech starają się dostać do Białegostoku, do teściów. Będę tam pisał. I - zastanowił się - oddajcie synowi to - wyjął z kieszeni papierośnicę, z wygrawerowanym na brzegu napisem “Za wzorową służbę” i literami PKP z orłem nad  literą K. Otworzył papierośnicę z zatrzasku, wydobył z za gumek pozostałe kilka papierosów, pozostało tylko złociste, lustrzane wnętrze, prawie niewidoczne w tym świetle, wręczył papierośnicę Wasilewskiemu. 

- Idźcie, tylko ostrożnie.

- Panie naczelniku, ja pójdę, ale ja chciałbym z panem naczelnikiem…

- Wy zostańcie tutaj, Trzeba pilnować, nie wiadomo jak to się wszystko skończy. Dużo tych sowietów było dzisiaj ? Dziwne, że nie obsadzili przejazdu?

- Nie było nikogo. A teraz wjechał jakiś skład na stację, ale żadnego telefonu nie było, nie wiem czy zamykać, czy nie? A jak ja pójdę, to nie będzie zejście z posterunku ?

- Nie, służbowo idziecie. Jakby się sowieci pytali, to idziecie po rozkazy, bo żadnych telefonów z rozrządowni nie ma. No idźcie. Z Bogiem.

Wasilewski zasalutował, stukając obcasami - ten wojskowy obyczaj wyniósł z wojska, zresztą - kolej też była czymś na kształt wojska, z orzełkami na czapkach. Wyszedł w ciemność, a Witold nasłuchiwał, czy będzie słychać jakąś zaczepkę, czy może jacyś sowieci już zbliżyli się żeby obsadzić przejazd kolejowy ze szlabanem. Cisza. Dziwne to było, ale pomyślał, że to może być zwykły sowiecki bardak .

Szybko zgarnął zostawiony przez Wasilewskiego pistolet, razem z wyciorem, kłującą, metalową, spiralną szczoteczką. wyjął magazynek, zobaczył czy naboje są na miejscu, sprawdził jak twardy jest bezpiecznik, odbezpieczył, odciągając zamek zarepetował, zabezpieczył z powrotem. FN Cebra 7,65 mm - pistolet, który znał z jeszcze z Wielkiej Wojny, niezbyt dobry, bo zacinający się i ze słabym nabojem, dużo, dużo lepszy był  Vis, który poznał podczas ćwiczeń wojskowych, ale to był pistolet wojskowy - a ten tu, pistolet dróżnika - chyba kupiony od przemytników. Witold przypomniał sobie, że  kilka lat temu była w pobliżu Turmontu potyczka polskiego KOPu i łotewskiej Straży Granicy z uzbrojonymi przemytnikami i żołnierze KOPu nie doliczyli się kilku pistoletów, po schwytaniu bandytów i ich przesłuchaniu. Może to był jeden z tych zaginionych. Schował pistolet za pasek spodni na brzuchu, wycior do kieszeni na piersi, zapiął metalowy guzik kieszeni i wyszedł przed domek dróżnika. Księżyc świecił pierwsza kwadrą. Widział biel szutrowej drogi, która odchodziła poprzecznie do toru, a potem zakręcała  na północ. Przeszedł przez  nią i wszedł do lasu, idąc dalej , na północ, równolegle do szosy.

Do granicy było 300 metrów. Las kończył się pięćdziesiąt metrów przed linią graniczną. Gdy wyszedł z linii drzew znów zaczął się czołgać, po mokrej trawie. Słyszał cykające świerszcze. Trawa była sztywna, na pewno zostawiał za sobą ślad. Księżyc teraz trochę lepiej rozświetlał noc, bo był już wysoko, i ten jego biało złoty wycinek tarczy dawał tyle światła, że mógł zobaczyć ścieżkę pasa granicznego. Polscy żołnierze KOPu chodzili droga graniczną, jak zachowywali się sowieci, nie miał pojęcia. Po drugiej stronie musieli być żołnierze łotewskiej Straży Granicy, w czasie pokoju zazwyczaj były to stacjonarne posterunki. W ogóle to miejsce było pilnowane, bo była tu stacja graniczna. 

Czołgał się powoli, miał dużo czasu do świtu, czyli do prawie wpół do szóstej rano. Spojrzał na zegarek - była prawie jedenasta. Uniósłszy głowę widział już drogę graniczną, szeroko wydeptaną ścieżką, pomiędzy trawami. Zatrzymał się, chciał się rozejrzeć. W tym świetle nie dostrzegał w pobliżu żadnego strażnika, chyba, że się ukrywają w linii lasu. Spojrzał na niebo. Nie było widać chmur, nie było szans, żeby ten księżyc jakoś mniej świecił. Zdecydował się na dalszą drogę, na wprost. Będzie co będzie. Wyjął zza paska pistolet, sprawdził, czy się czasem nie zabrudził ziemią albo trawą, i trzymając go w dłoni czołgał się dalej, dotarł do ścieżki granicznej i był już po łotewskiej stronie. Na wszelki wypadek nie wstawał, tylko czołgał się dalej, chciał dotrzeć do kępy zarośli, odległych od drogi granicznej z piętnaście metrów. Zmierzał tam powoli, ruch za ruchem, ze wzrokiem utkwionym w ciemną plamę, gdy dostrzegł, że plama ta ma swoje odcienie ciemności, a potem, będąc już zupełnie blisko zobaczył, że na miejscu, do którego zmierzał, siedzą żołnierze w spiczastych czapkach, oparci plecami o siebie. Leżąc na ziemi dostrzegł nagle ich w skrócie perspektywicznym na tle nieba, jaśniejszego od zarośli. Sowieci siedzieli bez ruchu, karabiny trzymali poziomo na kolanach.

Witold nie wiedział co zrobić w tej sytuacji. Wycofać się bez zwracania  uwagi, już nie mógł. 

Kciukiem przesunął bezpiecznik pistoletu, w dół, wzdłuż kolby.

Był już po drugiej stronie granicy, sowieciarze siedzieli tu bo albo się pomylili, albo zrobili zasadzkę na tych, którzy po przejściu granicy sądziliby, że są całkowicie bezpieczni.

Wycelował w najbliższego sowieciarza, trochę z ukosa od dołu, na wyczucie, bo nie widział broni, ale cel był blisko. Miał 9 nabojów, jeżeli nie będzie zacięcia…

Nacisnął spust. Wystrzał oświetlił błyskiem dwie postaci, huk w kontraście do ciszy był straszliwy. Drugi strzał - Witold mierzył obok, znowu błysk, nie dostrzegł, czy obaj leżą, czy trafił, zerwał się z ziemi i pobiegł przed siebie. Usłyszał za sobą jakiś zgiełk, strzały i świst kul, lecz nie ustawał, aż dobiegł do następnego pasa ciemności, następnych zarośli, a tu nagle prosto w oczy zaświeciła mu latarka, a w biegu, w tym wysiłku biegu jak najszybszym, usłyszał okrzyk “Stoj” i coś po łotewsku, chwycono go, wykręcając ręce. Witold upuścił pistolet. Latarka oślepiała go, trzymający ją świecił prosto w jego twarz. Witold usłyszał męski głos, mówił po polsku

- A, to pan naczelnik! - latarka zeszła z jego twarzy, i skierowała się na ziemię.

- Puśćcie - Witold szarpnął się. 

Krótka komenda po łotewsku. Schwytany wyprostował się. Przed sobą miał strażników łotewskich, którzy musieli widzieć co się stało przed chwilą. A skoro go poznali, to znaczy, że przynajmniej jeden z nich jest ze starej obsady granicy, bo na pewno Łotysze wzmocnili zabezpieczenie granicy, po wejściu sowietów do Polski.

Poprowadzono go w głąb lasu. Tam stał namiot sztabowy. Ci którzy go prowadzili mówili coś do siebie, a prowadzący ich, ten z latarką coś ostro powiedział, rozmowy umilkły. Doszli w ciszy do namiotu, który świecił od wewnątrz, duży namiot, z jasnego brezentu. W środku widać było krążące cienie kilku osób. Witold z eskortą wszedł do środka. Trzech ludzi, w ciemnozielonych mundurach, bryczesy i kurtki mundurowe podobne trochę w kolorze do polskich mundurów, tylko odrobinę ciemniejsze. Wysokie buty oficerskie, bez ostróg. Spojrzał na mężczyzn. Nie rozróżniał łotewskich dystynkcji wojskowych, ale wyglądali na wyższych oficerów.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

że powinno mieć kilkaset stron i i miejsce na półce w księgarni. Pozdrawiam W.S.C.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#117366

Czy będzie cdn? Czyta sie świetnie!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Leopold

#117394

Ciąg dalszy będzie.

Pozdrawiam

Szczur Biurowy

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Maciej Świrski

#117395

Fajnie. Jest tu jakiś RSS albo coś, żeby było można śledzić nowe odcinki?

Pozdrawiam!

-
referent

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

-
referent

#117409

Uuuu! Myślałem, że to z dziejów rodziny Ratus, a to fikcja.
Trudno po próbe napisać coś o całości, ale pióro giętkie Kolega ma.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#117491