Niezwykły to miesiąc ten sierpień

Obrazek użytkownika Andrzej Wilczkowski
Historia

Ograniczony tragicznymi datami wybuchu Powstania Warszawskiego i rozpoczęcia II Wojny światowej w samym środku mieści datę największego bodaj triumfu oręża polskiego.

Jeszcze po drodze w dniu 6 sierpnia wypada rocznica wymarszu pierwszej kompanii Kadrowej. Tej nocy 1914 roku granicę zaboru rosyjskiego przekroczyło nie więcej jak 168 żołnierzy, którzy na rozkaz Piłsudskiego wyruszyli z krakowskich Oleandrów jako „czołowa kolumna wojska polskiego idącego walczyć o oswobodzenie ojczyzny” (słowa przemówienia Komendanta Piłsudskiego). W trzy lata później oficerowie tego wojska internowani w obozie w Szczypiornie ułożyli do melodii, która towarzyszyła im już od września 1914 roku tekst w którym padają znamienne słowa „laliśmy krew osamotnieni, a z nami był nasz drogi wódz.”

I staje się cud! Już w 1918 roku ten naród, który w 1914 roku był w swojej masie zupełnie bierny zaczyna się budzić, aby w dwa lata później być gotowym do odparcia nawały bolszewickiej.

Już dawno doszedłem do wniosku, że najważniejszym czynnikiem narodotwórczym jest wspólnie przelana krew i wspólnie przebyte nieszczęścia. Stało się to, po upadku Solidarności kiedy w chwilach zwątpienia przeglądałem albumy z Powstania Warszawskiego i zachowaną w rodzinie Kronikę Legionów Polskich i myślałem – jestem tym chłopakom coś dłużny… Oni coś robili dla mnie albo za mnie.

Teza o znaczeniu przelanej krwi nie jest tezą odkrywczą. Wystarczy poczytać polską poezję, posłuchać polskich pieśni. Była ona jednak bardzo niepopularna na początku tzw. „transformacji” kiedy to zaczęło się wielkie żarcie – niby za czasów saskich. Teraz – od kilku lat – jest już lepiej. Zwłaszcza odbiór społeczny uroczystości Powstania Warszawskiego i Bitwy Warszawskiej napełniły mnie otuchą – że ludzie zaczynają rozumieć.

Nie chcę przynudzać. Przeczytajcie sobie państwo tekst wspomnień z kampanii wrześniowej. Te kilka stron zebranych przez syna tego żołnierza, który wyruszył na wojnę nie ukończywszy nawet podstawowego szkolenia – to prawdziwa perła. Syn, przed laty mój student, a teraz przyjaciel pozostawił w opracowanym przez siebie na podstawie nagrań tekście pewne niezręczności językowe ojca, które jeszcze bardziej uwiarygodniają relację.

Zostawiam was sam na sam z tekstem. Zobaczcie co było możliwe bez telewizji, radia, kolorowych magazynów. Wystarczyła rodzina i polska szkoła.
AW.

Stanisław Witkowski
Urodzony w Karsznicach Dużych

2. Listopada 1916 roku.
Syn Filipa i Józefy z domu Śliwińska.

T A K B Y Ł O
( wspomnienie żołnierza zebrane i opracowane przez syna Ryszarda)

Wraz z rodziną prowadziłem gospodarstwo rolne w Karsznicach Dużych koło Łowicza. W marcu 1939 r. zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Służbę odbywałem w jednostce wojskowej w Łowiczu, w X Pułku Piechoty 9 kompanii 3 batalionu.
Dowódcą Kompanii był por. Domański, dowódcą Batalionu był mjr. Roszkowski, a dowódcą Pułku płk. Krudowski.

Zakwaterowali nas w koszarach naprzeciw szpitala Rzeplickiego. Warunki były ciężkie, ponieważ po ogłoszeniu pierwszej mobilizacji z koszar wyszło regularne wojsko i zabrali wszystko z koszar. Bo zanim przewieziono ich nad granicę nocowali po wsiach w stodołach. W koszarach pozostał duży nieład, wszystko było porozrzucane trzeba było montować łóżka ustawiać szafy. Było chłodno a nie było opału.
W tym miejscu byliśmy do czerwca, ćwiczyliśmy musztrę i strzelanie. Byłem bardzo dobrym strzelcem, otrzymałem nawet odznakę za dobre strzelanie. Było to wynikiem mojego członkostwa w Kole Młodzieży Wiejskiej „Wici”, gdzie te rzeczy ćwiczyliśmy. Za tę odznakę otrzymałem nawet przepustkę do domu, do którego miałem zaledwie12 km. Gdy tylko nadarzała się sposobność wychodziłem przez dziurę w płocie i szedł do domu, aby pomóc w gospodarstwie np. wyrzucić obornik z obory.
Pewnego dnia, gdy wracałem wieczorem do koszar dziurę w płocie zastałem zabitą sztachetami, schowałem się w pobliskie krzaki i myślałem, co tu zrobić, naraz patrzę a tu idzie oficer i kieruje się do tej dziury, popatrzył na sztachety, kopnął nogą dwa razy w nie i wszedł do jednostki. Niewiele myśląc odczekałem chwilę i wszedłem za nim.
W mojej drużynie było dwóch Żydów i dwóch Ukraińców. Gdy mówiłem, że chętnie urwałbym się do domu, aby wywieść obornik na pole, to Ukraińcy się dziwili, po co obornik na pole. U nich obornik się suszy i pali się nim w piecach, gdyby wywozili obornik pod zboża to te by wyległy. Nie rozumieli, że tu ziemie nie były tak dobre jak te na Ukrainie. Zawsze zazdrościłem im, że mają tak urodzajną ziemię.

Żydzi natomiast chyba przewidywali, co ich może spotkać. Nieraz mówili, że jeżeli będzie wojna i Niemcy ją wygrają to z nami koniec.
Od czerwca chodziliśmy na poligon w Dzierzgowie, ćwiczyliśmy strzelanie, szczególnie z nowych karabinów. „ Mówią, że to karabiny z Francji”, naboje do nich były inne, trochę grubsze i dłuższe chyba przeciw pancerne, mogły przebić dosyć grubą blachę.
Jednego razu dotarliśmy na poligon w Dzierzgowie około jedenastej a po ćwiczeniach wróciliśmy po ósmej wieczorem, szybko zjedliśmy kolacje, bo wyznaczyli nas na nocną wartę pod magazyny MOP.
Magazyny MOP były w byłym klasztorze Dominikanów przy ulicy Podrzecznej. Gdy tam poszliśmy, zastaliśmy duży ruch. Magazyny otwarte a z piętra po deskach spuszczają karabiny maszynowe, skrzynie z amunicją i mundury. Nas od razu umundurowali w te nowe mundury.

Jednego dnia rano zaprowadzili nas do Dzierzgowa na poligon. Ledwo wypiliśmy kawę a już każą nam się zbierać i maszerować na łąki dzierzgowskie.
Gdy tam dotarliśmy, patrzymy, a na łące stoi cały 10 Pułk z Łowicza. W oddali widać ustawiony ołtarz polowy i mówią, że będzie msza, a patrząc na oficerów, ich poważne miny wiedzieliśmy, że będzie się działo coś ważnego.
Pułkownik przed mszą wygłosił mowę, mówił, że jedziemy na granicę, a tam albo będzie wojna albo spokój. Ukraińcy, którzy byli w naszym plutonie płakali, a taki Kuś, który tam był powiedział, że on mógł być w Ameryce, że mógł wyjechać, ale nie wyjechał - a potem zginął.
Po przemówieniu była msza, po której pobraliśmy cały ekwipunek oraz racje żywnościowe. Zapakowali nas do pociągu i pojechaliśmy w kierunku Bydgoszczy. Niektórzy płakali, inni pisali listy, a mnie było wszystko jedno tu i tak nie było mi dobrze siedzieć, bo jakoś za blisko domu.

Rozlokowano nas w Smogólcu nad rzeczką Kcynianką, nasz pluton zajął pozycje w pobliżu mostu. Przed nami była rzeka a za nami jakieś dwieście metrów wieś Smogólec. Za rzeką w odległości około czterech do pięciu kilometrów była wieś Lipa a do granicy niemieckiej było około czternaście kilometrów.
Pułki ze Skierniewic, Łowicza i Kutna były włączone do Armii „Pomorze” i rozlokowane od Kcynii do rzeki Noteci. W Kcyni był ulokowany pułk artylerii ze Skierniewic było tam całkiem dużo tej artylerii.
Cały czas kopaliśmy okopy, rowy strzeleckie i umacnialiśmy drutami i zasiekami. Traktowaliśmy to, jako ćwiczenia, bo tak naprawdę to nie wierzyliśmy, że wojna wybuchnie. W wolnych chwilach chodziliśmy do wsi. Ze zdziwieniem patrzyłem na organizacje wsi. Chleb był rozwożony wozem po wsi i nikt nie wypiekał we własnym zakresie. Po raz pierwszy zobaczyłem weki, w których były przechowywane pasztety i mięso. W zagrodach widziałem maszyny, które w okolicach Łowicza oglądałem tylko w majątku Boskich w Czerniewie. Podziwiałem porządek, ład i czystość na podwórkach.

Wieś była zamieszkana głównie przez ludność niemiecką. Do stacjonujących żołnierzy Polacy odnosili się dobrze a Niemcy wrogo. Gdy wychodziliśmy na patrol, za most do Lipy, widzieliśmy jak młode niemczaki zbierają się w grupy i o czymś żywo rozmawiają, gdy przechodziliśmy obok nich, odwracali się do nas tyłem. Wieczorami musieliśmy się mocno ubezpieczać.
Raz polscy chłopcy powiedzieli nam, że w jednym domu będzie „muzyka” i prosili żebyśmy przyszli. Wieczorem uzyskaliśmy zgodę na wyjście w grupie około 10 osób. Potańczyliśmy, ale tylko z dziewczynami polskimi. Jeden z kolegów próbował prosić niemiecką dziewczynę do tańca, ale ta bez słowa odwróciła się do niego tyłem. Po ubiorze można było poznać, która dziewczyna jest Polką a która Niemką. Koledze z drużyny wpadła w „oko” polska dziewczyna z wzajemnością. Tańczyli ze sobą cały czas. Następnego dnia przed wieczorem kolega poprosił nas abyśmy poszli z nim na spotkanie z tą dziewczyną do jej domu. Dziewczyna była bardzo uradowana, że przyszliśmy, bo u niej w domu siedział niemiecki chłopak, z towarzystwa którego, nie była zadowolona. Ponieważ odwracał się do nas tyłem poprosiliśmy go, aby wyszedł. Odpowiedział nam bardzo niegrzecznie ciągle stojąc do nas tyłem, kolega nie myśląc dłużej pomógł mu wyjść za próg. Gdy wracaliśmy obok stawu, który był obrośnięty krzakami, z tyłu ktoś strzelił do niego z dubeltówki śrutem w tyłek. Ogłoszono alarm w okopach, sprawcy nie znaleźli a kolegę odwieźli do szpitala. Nam zabroniono wychodzić z okopów.

Wtedy jeszcze nie do końca rozumieliśmy znaczenie słowa „ROZKAZ”.
Pewnego dnia do okopów przyszedł Polski chłop ze Smogólca i mówi porucznikowi, że jego sąsiad Niemiec na strychu ma karabin maszynowy. Porucznik poszedł wraz z patrolem, przeszukali wskazane gospodarstwo, ale karabinu nie znaleźli.
Na dwa dni przed wojną ponownie przyszedł ten Polak i mówi do porucznika: „Panie, tam na strychu jest drugi strych z podwójną ścianą, jak mu nie zabierzecie tego karabinu to on was wybije”.
Do wsi poszedł duży patrol z oficerem, weszliśmy na podwórze wskazanego gospodarstwa. Było to duże gospodarstwo urządzone z niemiecką dokładnością oddalone od tyłów naszych okopów o ok.200 metrów. Porucznik pyta Niemca ”masz karabin” a on, że nie ma. Chłopaki rozeszli się po gospodarstwie a kilku poszło na wskazany strych, naraz jeden krzyczy, że tu jest karabin maszynowy. Niemiec rzucił się do ucieczki, wpadł do chlewni, my za nim, on dopadł do snopka zboża a za snopkiem był karabin, chwycił ten karabin, ale w tej samej chwili porucznik strzelił mu w głowę z pistoletu. Weszliśmy na strych, karabin maszynowy był wycelowany dokładnie w nasze okopy. Strach pomyśleć, co by było, bo amunicji przy karabinie było całkiem dużo.

Ponieważ w gospodarstwie nie było innych ludzi, dwie świnie i dwie jałówki pognaliśmy do kuchni do okopów, bo racje żywnościowe mieliśmy głodowe.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy w okopach wesoło gwarząc i opowiadając różne historyjki patrzymy a od sztabu idzie a właściwie biegnie oficer, wszedł do okopu i mówi „Ribentrop i Mołotow podpisali pakt o nie agresji – chłopcy dla nas to znaczy WOJNA”.
Następnego dnia wydano nam pełen zapas amunicji, nie wolno nam było oddalać się od okopów, mieliśmy zakaz chodzenia do wsi. Po zmroku obserwowaliśmy jak saperzy minują most, spojrzeliśmy po sobie i wtedy coś do nas dotarło.
Do rana nikt z nikim nie zmienił słowa. Na porannym apelu panowała cisza a potem nikt nie robił zbędnych rzecz, podczas czyszczenia broni każdy robił to wyjątkowo dokładnie. Niektórzy pisali listy do rodziny. Wieczorem wydano mam żelazne racje żywnościowe sprawdzili czy wszyscy mają „nieśmiertelniki”.

Do okopów przyszedł dowódca kompanii mjr.Król. Powiedział, że wojna rozpocznie się lada chwila, po drugiej stronie Niemcy przygotowali duże siły, nie mamy odwrotu tu nasz grób nasza mogiła, kto się cofnie bez rozkazu dostanie kule w łeb. Tej nocy nie wolno nam było się rozbierać przykryliśmy się płaszczami i próbowaliśmy zasnąć.
O godzinie drugiej w nocy obudził nas straszny harmider, jęki ludzkie oraz pojedyncze strzały we wsi za rzeką, widać było łuny pożarów, paliło się kilka gospodarstw, byliśmy pewni, że palą się polskie gospodarstwa.
Ogłoszono alarm w okopach, była lekka mgła i nie widzieliśmy, co dzieje się we wsi, naraz na moście widzimy wozy i ludzi, którzy uciekają w wielkim popłochu, większość z nich jest poraniona i zbroczona krwią, na niektórych wozach siedzą zakonnice i księża.
Przez most uciekali Polacy.
Były to porachunki sąsiedzkie na tle narodowościowym. Przepuściliśmy ich i nie mogliśmy im pomóc, nie było rozkazu. Kapral powiedział to niechybny znak, że nadchodzą Niemcy, kazał skoczyć po kawę, bo nie wiadomo, co może być.

Patrzymy, a dowódca naszego plutonu, Kocar, pędzi od strony dowództwa batalionu od Majora i krzyczy: ” Chłopcy, wojna „! „ Niemcy ruszyli na granicę są pod Kcynią zaraz będą tutaj”.
Po ucieczce grupy ludzi przez most i słowach dowódcy, nastała taka cisza, że nikt nie śmiał się poruszyć. Gdy rozwidniło się na dobre usłyszeliśmy warkot motoru. Do okopów przyszedł pułkownik Cyklingowski i mówi: „Chłopcy, chłopcy, nie wychylać się, bo mogą kogoś zabić”.

Od wsi w kierunku mostu jechał niemiecki czołg. Dojechał do mostu wysiadło, z niego dwóch żołnierzy w mundurach wojskowych w hełmach na głowie, te hełmy były jakieś inne, byliśmy pewni, że to Niemcy. Popatrzyli na most, pochodzili po nim potupali nogami, wsiedli z powrotem i ruszyli w naszą stronę.
Przed mostem była polanka z małym laskiem i kilkoma dużymi drzewami oraz krzakami. Te drzewa i krzaki bardzo ładnie nas zasłaniały, ziemia wokoło była torfowa z dosyć dużymi dołami. Każdy z nas czeka, kiedy go sprzątną. „Za co nie strzelają”, wszyscy się pytają. Spokojny głos odpowiedział: ”Nie było rozkazu”.
W momencie jak czołg dojechał do połowy mostu, most i czołg wyleciał w powietrze.
Od stron Lipy nadjeżdżały samochody wojskowe, z których wyskakiwali żołnierze i rozkładali karabiny maszynowe, mieli ich bardzo dużo. Jak zaczęli ciąć z tych karabinów to z tego lasku, co był przed nami to tylko wióry się sypały. Gdy podeszli bliżej dostaliśmy rozkaz i zaczęliśmy strzelać.
Niemcy kryli się za samochodami i posuwali się do przodu, gdy podeszli bliżej, coraz częściej któryś spadał z samochodu albo zastawał za samochodem. Gdy podchodzili coraz bliżej, coraz więcej ich zostawało za samochodami, gdy doszli do jakiegoś rowu samochody się zatrzymały, a żołnierze pochowali się w rowie i dopiero wtedy zaczęli zasypywać nas ogniem z karabinów maszynowych.

Taka strzelanina trwała kilka godzin.
W tym czasie Niemcy podciągnęli artylerię, albo jakieś ciężkie granatniki. Jak zaczęli prać to
za wsią jak gdyby piekło się otworzyło, zobaczyliśmy ogień i usłyszeliśmy huki a za nami ziemia się podnosiła od wybuchów pocisków. Nasze okopy były przesypywane ziemią, kapral powiedział, „ ale się cholery dobrze wstrzelali”.
Po długim ostrzale artyleryjskim Niemcy poszli do ataku. Wtedy nasza artyleria zaczęła strzelać do atakujących, gdy podchodzili blisko rzeki my dostaliśmy rozkaz do strzelania.
Po pewnym czasie rzucili granaty dymne, „chyba będą się wycofywać”, ktoś krzyknął. Pierwszy atak został odparty.

Po godzinie, artyleria znowu zaczęła prać i Niemcy poderwali się do ataku. Nasza artyleria też mocno waliła a my celowaliśmy już bardzo spokojnie. Gdy znowu rzucili granaty dymne wiedzieliśmy, że się wycofują. Chyba zobaczyli, że nie przejdą – pewno obliczyli straty i gdzieś się wycofali. Ostrzeliwała nas tylko artyleria, ale rzadko.
W nocy przyszedł oficer i powiedział, że nasza kompania została wyznaczona do osłony wycofujących się wojsk.
Niemcy przerwali front i aby uniknąć okrążenia musimy się wycofać.
Pułk odskakuje w nocy i cały dzień się wycofuje, my musimy go osłaniać do wieczora, wieczorem wycofujemy się i przez noc musimy dołączyć do pułku.
Nasza kompania rozsunęła się wzdłuż całych okopów. Niemcy zaatakowali tylko raz, ale słabo i udało nam się ich powstrzymać. Pewnie myśleli, że się nie wycofaliśmy.
W dzień po wycofaniu się większości naszych wojsk, wysłali nas na patrol nad rzekę. Ze mną był żyd z innej drużyny. Idziemy pochyleni cały czas się rozglądaliśmy, w ręku ściskałem RKM. Naraz żyd krzyczy: „ Witkowski patrz – tam Niemcy idą”, i w nogi. Ja patrzę w tym kierunku, oczy wytrzeszczam, nie widzę nic. Myślę sobie: Jak zobaczę Niemców, to będę strzelał, to nie popuszczę! Będzie, co ma być, mam w ręku RKM”. Rozglądam się, nikogo nie ma, żydka też. UCIEKŁ.

A przecież nie wolno z posterunku uciec. Przecież to jest wojna. Bez rozkazu nic nie można zrobić, a za to, co on zrobił to powinna być kula w łeb. Wróciłem do okopów sam. Powiedziałem porucznikowi, co się stało a On tylko pokiwał głową i nic nie odpowiedział.
O godzinie dziesiątej wieczorem przyjeżdża do okopów Wujec i mówi: ”Szybko się wycofujemy”.
MY SIĘ WYCOFUJEMY.
. Wyznaczono nam ilość amunicji i broni, jaką każdy ma zabrać ze sobą. Dowódcy powiedzieli, że mamy dwie doby opóźnienia, a musimy dołączyć do pułku, mogą nas bombardować.
Mój Boże bombardować przez dwa dni.

Rozpoczął się morderczy bieg z pełnym uzbrojeniem. Największy problem mieli ci, który pociły się nogi lub mieli źle okręcone onuce w butach. Widziałem łzy w oczach kolegów, którzy mieli ten problem, bo nie było czasu, aby się zatrzymać, aby poprawić onuce. Gdy nad ranem na chwile zatrzymaliśmy się zdjąłem pas, zobaczyłem, że pod pasem miałem pianę.
Przez całą noc przelecieliśmy ponad pięćdziesiąt kilometrów. Inni to i karabiny popuszczali – ja tam karabinu nie puściłem, myślę sobie, „co upuszczę, to upuszczę, ale karabinu to nie, jeszcze dam radę”. Po bardzo krótkim postoju biegliśmy dalej.
Prowadził nas porucznik Król.
Wychodziliśmy z jakiegoś lasku a przed nami taka elegancka łączka, może ze dwa hektary pięknej łąki, z jednej strony tej łączki były drzewa, które ładnie nas zasłaniały.

W pewnej chwili dostaliśmy komendę „rozproszyć się i padnij”. Usłyszeliśmy warkot samolotu, to był niemiecki samolot, poczym zobaczyliśmy na niebie dwie czasze spadochronu.
Gdy spadochrony zbliżały się do ziemi, dostaliśmy rozkaz okrążyć je. Po wylądowaniu zobaczyliśmy dwie młode dziewczyny ubrane tak jak nasze dziewczyny, które wyszły na pole na głowach miały zapaski.
Zaprowadziliśmy je do oficera, który zaczął je wypytywać, co tu robią, okazało się, że nie umieją ani słowa po polsku. Oficer zaczął je pytać po niemiecku, nie odpowiedziały żadnym słowem.
Wtedy wydał rozkaz „rozstrzelać”.
Spojrzał po nas, ale wszyscy spuściliśmy wzrok. Jak wspomniałem w naszym plutonie było kilku Żydów i dwóch od razu zgłosiło się na ochotnika.

Po chwili biegliśmy dalej.
W naszym plutonie był Niemiec Szwajder. Mieliśmy przeskoczyć przez wysoki płot i przeprawić się przez rzekę, bo był zerwany most. Cały czas byliśmy bombardowani i ostrzeliwani. Gdy staliśmy przy tym płocie, Szwajder mówi do mnie: ”Witkowski, daj RKM”.
Myślę sobie: „ Mój RKM numer dwieście jeden - Niemcowi”.
Do dziś pamiętam jego numer, niosłem GO cały czas.
Położyłem rękę na spuście, odbezpieczyłem i wycelowałem w Niemca. Tak pewnie się poczułem.

W tej chwili padła komenda: „ Rzędem się ustawić i skok”. Odwróciłem się w kierunku majora i chciałem dołączyć do kolegów.
Zanim zrobiłem krok coś usłyszałem, odwróciłem się a Niemiec już był za płotem. Major widział to i woła, Szwajder, kula mu w łeb, ale po nim już śladu nie było.
Przed wieczorem dołączyliśmy do pułku.
Gdy rano wychodziliśmy z lasu nadleciały samoloty. Wróciliśmy do lasu z powrotem i ukryliśmy się w gałęziach a mimo wszystko byliśmy bardzo celnie ostrzeliwani przez samoloty. Oficerowie wyszli na brzeg lasu i obserwowali przedpole przez lornetki. Zwrócili uwagę, że na wzgórzu stał pastuch, który machał kijem w tych kierunkach gdzie było ukryte nasze wojsko.

Jeden z oficerów powiedział „zdjąć tego pastucha”. Strzelcy wyborowi załatwili sprawę. Samoloty bez ostrzału zrobiły dwa kółka i odleciały.
My bez przeszkód szliśmy dalej.
Tu musze powiedzieć jedną rzecz, którą uświadomiliśmy sobie dopiero w kilka dni po odwrocie.
Zaczęliśmy cenić naszych dowódców i oficerów. Wiedzieliśmy, że tylko w nich jest nasza nadzieja, wpatrywaliśmy się w Nich jak w obrazek, podziwialiśmy ich spokój i jak gdyby pewność siebie. Gdy padał rozkaz natychmiast podrywaliśmy się, aby go wykonać, głęboko przeświadczeni, że tylko to może nas ocalić. Gdy wychodzili, aby obserwować pole, patrzyliśmy na Nich jak w razie, czego Ich osłonić, chociaż nie rozmawialiśmy z kolegami w oczach wszyscy mieliśmy jedną straszną myśl, co my zrobimy jak ICH zabraknie.

W takich chwilach człowiek nie myśleli o śmierci o domu o rodzinie, właściwie nie myśli o niczym.
Wychodziliśmy z lasu, zaczynała się wieś, dalej widać było kościół. Z lasu wychodziły dwie drogi, które łączyły się za kościołem. Wieś była zapchana wojskiem. Przeszliśmy obok kościoła i idziemy obok krzyża. Patrzymy, jakiś człowiek w naszym płaszczu stoi na drodze, ale boso. Ktoś ty - spytali na przedzie, a ten chodu do kościoła. A zaraz Major krzyczy: „strzelać”. No to my puściliśmy serię i dostał.
W tym momencie z wierzy kościoła zaczęły grać karabiny maszynowe. Wszyscy padliśmy na ziemię wczołgaliśmy się w rowy i zaczęliśmy strzelać w kierunku wierzy kościelnej.
To byli dywersanci, 5 kolumna, Niemcy.
Z lasu wychodził nasz kolejny oddział i nie widział, co się stało i zaczął do nas strzelać.
Jak się Major zorientował, o co chodzi, zaczął krzyczeć: „ przerwać ogień”. W tym czasie nasi już załatwili tych na wieży. Miał takiego eleganckiego konika – karego. Podjechał nim pod las i wyjaśnił sprawę. Zaczęliśmy dalej się wycofywać. Podjechał do nas Major na koniu i mówi: „ Jedna drużyna do uśmierzenia cywilów”. A taki Żydek Babka, który był z Łodzi powiedział: „ Niech czwarta drużyna idzie”. Pomyślałem: „ Niech cię diabli wezmą, wpadłem i ja”.

Porucznik tylko powiedział, żeby uważać, bo oni wszyscy są uzbrojeni
Jak się wycofywaliśmy to każdy zbierał pociski po drodze, żeby było, czym się bronić, a ten Babka zbierał kosztowności. Raz jak my się z Niemcami ostrzeliwaliśmy i zginął oficer, to Babka przyczołgał się do niego i zegarek mu z ręki ściągnął. Mówił, że już mu się nie przyda. A miał już przy sobie, złoty nóż, łyżki złote i inne kosztowności, bo jak byliśmy jeszcze w okopach, to zabierał, rabował. Patrzyłem na niego i myślałem sobie, po co mu to wszystko. Potem zginął podczas jakiegoś nalotu.
Biegliśmy rozproszeni przez płoty od gospodarstwa do gospodarstwa, większość była otwarta a w nich przerażeni ludzie, w jednym, z którego jak ktoś twierdził padły strzały, drzwi zamknięto i słychać było trzask zasuwy.
Na nawoływania i walenia kolbami karabinów w drzwi nikt nie reagował. Padł rozkaz „ granaty do środka” i pobiegliśmy dalej. Po chwili dom stanął w ogniu.
W jednym gospodarstwie zauważyliśmy uchylone drzwi do stodoły.

Padł rozkaz „przeszukać stodołę”. W środku znaleźliśmy spadochroniarza, który przechodził przez dyszel od wozu.
Gdyby schował się pod wiązkę słomy nikt by go nie zauważył, przeszukiwaliśmy bardzo pobieżnie, spieszyliśmy się.
Przyszedł Porucznik i próbował z nim rozmawiać po polsku i niemiecku, nie powiedział ani słowa. Pytał, jakiego jest wyznania, on nic tylko idzie w kierunku Porucznika, gdy zrobił szybki ruch w kierunku kieszeni, Żyd mu rąbnął z karabinu, a Porucznik poprawił z pistoletu i wylatujemy na podwórze. Na podwórzu było jeszcze trzech. Padł rozkaz „rozstrzelać”. Żydzi załatwili sprawę. Wróciliśmy pod kościół.
Tam, jeszcze dwunastu stało pod płotem i zaraz ich rąbnęli.

Szliśmy dalej. Przechodziliśmy koło jednostki wojskowej w lesie, minęliśmy ją i poszliśmy dalej. Tam utworzyła się taka obrona narodowa, jak teraz obrona cywilna.
Im bardziej się cofaliśmy w kierunku Warszawy, ludność była już polska, dawali nam jedzenie, niektórzy płakali.
Dowódcy mówili, że możemy trochę zwolnić tempo, bo Niemcy parli na Częstochowę więcej niż tutaj, bo bali się, że nasz Generał Bortnowski może tu zorganizować opór.
Minęliśmy już, Strzelno, Radziejów i bokiem mijaliśmy Włocławek. Mówili, że idziemy na Konin i Kutno. Szliśmy polnymi drogami. Nie wiedzieliśmy, ile dni idziemy, ani jaki jest dzień.
Gdy doszliśmy do jakiejś miejscowości, chyba Zakrzewy, załadowali nas na samochody i wieźli przez Lwówek, Pacynę, Sanniki i podwieźli nas pod Sochaczew Znałem te strony, bo do domu było już bardzo blisko.

Ale nigdy nie pomyślałem, żeby zostawić to wszystko i iść do domu. Nie było ROZKAZU.
Gdy podjeżdżaliśmy pod Sochaczew zaczęli nas bombardować. To tak nas tłukli, że prawie byliśmy roztrzaskani, jak nie przez bomby to drzewa, które na nas się waliły.
Kto zginął to zginął, a wieczorem zebrali całą kompanie z tych, co zostali i mówią, że będziemy atakować na Sochaczew.
Cały Sochaczew w ogniu. Karabiny maszynowe grają ze wszystkich stron, bardzo nas ostrzeliwują, szczególnie z ciężkich moździerzy.
Niemcy bardzo mocno bronią miasta.
Świtem padła komenda: „ Na bagnety!, Hurra!.” Niemców odrzuciliśmy, ale mocno nas zdziesiątkowali. Przyszedł rozkaz do odwrotu.

O czym wtedy myślałem, nie pamiętam, chyba o niczym, tylko o tym, że jak padała komenda: „Do odwrotu”, to cofając się patrzyłem na zabitych kolegów i który miał ładownicę zapiętą, to pochylałem się i wyjmowałem mu kulki, żeby było, czym się bronić, bo z amunicją było krucho.
Kolejny rozkaz to: „ Zorganizować się i idziemy na Kompinę, pod Bzurę”.
Maszerowaliśmy przez, Rybno, Kocierzew, Gągolin, Sromów. W Sromowie była ustawiona nasza artyleria. Jak tam doszliśmy, to nasi tak tłukli, że trudno było przejść.
Niemcy, też tłukli, że ziemia w wokoło podnosiła się do góry. Za Kocierzewem, bliżej Gągolina, to tak nas bombardowali, że gdyby nie to, że było dużo niewypałów, to nikt by nie został. Drogą jechała kuchnia, w cztery konie, a na koźle siedziało dwóch kucharzy, jak rąbnął pocisk, to kucharzy, konie i kuchnię rozniosło na strzępy.

Ja szedłem środkiem drogi, bo myślę sobie: „ Wiadomo, jak będzie?”.
Po lewej stronie od nas, na kościele Niemcy mieli obserwacje i wiedzieli o każdym naszym ruchu.
Dopiero rano, jak nasza artyleria ze Skierniewic namierzyła ten kościół, to tak wycelowali, że wieża zwaliła się na dół.
Niemcy byli już w Łowiczu. Pod wieczór podeszliśmy pod Łowicz.
Ustawili nas i komenda, jak pod Sochaczewem, do ataku, odrzuciliśmy ich jakieś cztery kilometry, za Bzurę.
Ale artyleria niemiecka i ciężkie karabiny maszynowe tak tłukły, że jak byłem pod takim drzewem, to liście i gałęzie leciały mi na głowę.

Musieliśmy się wycofywać. Widzieliśmy na drodze jak w kierunku Warszawy ciągną Niemcy, na motocyklach, na samochodach, ciągnęli działa.
Jak nasi podciągnęli siły, to znowu ruszyliśmy w kierunku Bzury, najcięższe walki toczyły się w miejscu gdzie Rawka wpada do Bzury. Usłyszeliśmy rozkaz: „Do ataku’, poderwaliśmy się i szliśmy przez pole, przeskakiwaliśmy przez leżących kolegów, niektórzy wołali sanitariusza, niektórzy się modlili. Niemcy się wycofywali, strzelaliśmy się klękając na jedno kolano. Przed taką kładka prawie ich dopadliśmy. Widziałem jak starsi żołnierze kłuli ich bagnetami, my mieliśmy przechodzić to szkolenie później, robili to bardzo fachowo. Niemcy odwracali się w ostatnim momencie i patrzyli na bagnety, ale nikt nie prosił o litość, bo nikt by jej nikomu nie dał.
Przez Bzurę to nasza kompania nie przeszła, ale kutnowski oddział przeszedł przez Bzurę cztery kilometry. Nawet działa tam ze sobą pobrali. Ale nie trwało to długo, musieli się wycofać.
My też się wycofaliśmy, pod Gągolin.
Był z nami taki żołnierz z Łodzi, tam miał swoją fabrykę, jak powiedzieli, że idziemy na Gągolin zasadzić się na Niemca, bo przerwali linię, to tak się cały trząsł z nerwów, że nie mógł się opanować. Wszyscy byliśmy nerwowo wyczerpani, ale nikt nie myślał o tym, co będzie dalej.

Nawet o jedzeniu człowiek nie myślał, chociaż nic w ustach nie miałem od kilku dni.
Jak podeszliśmy pod Gągolin, to tam okopaliśmy się.
Na drugi dzień o godzinie czwartej, przyszedł Porucznik Król i mówi: „ Na zwiad drużyna”.
Poszedł cały nasz pluton już bardzo mocno uszczuplony, pod Bzurę. Mówią, że mamy zbadać i oszacować, czy cała nasza kompania może nacierać.
No i my poszliśmy, prowadził nas porucznik Król, który płaszcz zarzucił na siebie, i powiedział: „Chłopcy idziemy”.

Za Nim doszliśmy do asfaltowej drogi Łowicz – Warszawa, wtedy otworzył się na nas ogień z granatników.
Na poboczu drogi był poukładany „szaber w metry” ( tłuczeń do naprawy drogi).
Blisko mnie był sierżant, jak granat trafił w ten szaber, mnie tylko ziemią przysypało, on dostał w głowę i od razu został.
Porucznik Król widząc, co się dzieje, podał po linii rozkaz: „Wycofać się”, a Kocar dowódca plutonu, który był na drugim skrzydle nie słyszał, i mówi, że jak dostał rozkaz, to trup po trupie, a się nie wycofamy. Nie dało rady go przekonać, chociaż wszyscy krzyczeliśmy: „Król dał rozkaz się wycofać”, i my wszyscy do tyłu. Wskoczyliśmy do rowu i tym rowem czołgając się wycofywaliśmy się, nie zwracając uwagi na Kocara. Na drogę, z której wycofaliśmy się wjechali Niemcy na motorach, na których mieli ustawione karabiny maszynowe. Gdybyśmy się nie wycofali to wybiliby nas wszystkich do nogi.

Na wieczór wysłano mnie po kolacje do Gągolina. Na końcu wsi była kuchnia, a wszyscy głodni byliśmy, bo trzy dni, jak nie mieliśmy nic w ustach. Wziąłem menażki od trzech chłopaków oraz swoją i poszedłem. Przy kuchni spotkałem naszego sierżanta Pawlaka.
Wziąłem jedzenie do menażek, a tu jak nie zaczną grać karabiny maszynowe to ja z tymi menażkami upadłem pod kuchnie od chleba. Niemcy podciągnęli karabiny maszynowe pod nasze okopy, bo znali nasze ruchy, poprzez wywiad ciągle nas obserwowali. Tak siekli z tych karabinów, że z tego pieca to tylko papa fruwała. Strzelała jedna i druga strona. Nie mogłem się ruszyć, bo w koło fruwała papa, drzazgi i gruz. Ja pod tym piecem leżałem, a, że głodny byłem to żem jadł. Bo myślę sobie, jak się kule sypią a nie trafi żadna, to trzeba jeść.
W końcu Niemcy się wycofali.
My też się wycofaliśmy. Major jeszcze do nas przyszedł i mówi: Chłopcy do okopów, bylebyśmy tak do rana dotrwali”. Majora nie powinno być z nami w okopach, ale wiedział, że to już chyba koniec.
Rano przychodzi rozkaz: ”Witkowski, Pietrzak i Karpiński na patrol!”. Mieliśmy zbadać teren, gdzie ustawione są karabiny maszynowe i dołączyć do kompanii. Pewna śmierć.

No to my poszliśmy, był ROZKAZ. Szliśmy rozsunięci po pięć kroków. Ja mówię siebie: „Nie ma nadziei -bo jak się tam pójdzie to już i naszych nie będzie widać”. Uszliśmy jakieś czterysta metrów od okopów i widzimy, że jest rów o jakieś trzydzieści – czterdzieści metrów. Za rowem jakieś czterdzieści metrów są snopki owsa i kupki łętów z kartofli.
Pod tymi łętami i snopkami, są ustawione karabiny maszynowe, a żołnierze mają na hełmach łęty i owies.

Jak to zobaczyliśmy, to każdy zdrętwiał, a nogi się usztywniły. Idziemy dalej na sztywnych nogach, Karpiński wykręcił się do mnie i chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Ja tylko na niego spojrzałem i wzrokiem mu mówię,: „Nie mów nic, nie rób nic, – bo jak tylko ruszysz karabinem to od razu wszyscy leżymy”. Poszliśmy dalej tym rowem, rozglądając się na prawo i lewo. Nogi jak z waty, ale chodzą. Uszliśmy jakieś trzysta, może czterysta metrów tym rowem, patrzymy, a tam w oddali, na horyzoncie porozstawiani są Niemcy. Ale cóż, jak się idzie na śmierć, to nie ma wyboru. Cały czas czekaliśmy, kiedy padnie seria z karabinu maszynowego.
Doszliśmy jakoś do naszych okopów i ledwo weszliśmy w okopy, a Karpiński mówi: „Ty widziałeś, Witkowski to?” – „Widziałem, a ty?” – I ja widziałem”, Ha, ha, ha…Zaczęliśmy się śmiać takim śmiechem jakbyśmy usłyszeli coś bardzo wesołego. Chcieliśmy dowódcy zdać raport, ale tylko machnął ręką, przez lornetkę widział to samo, co my z bliska.

Przychodzi rozkaz: „Przygotować się do ataku”. Nasz pluton zostaje w odwodzie, a pierwszy pluton idzie przed okopy, do ataku.
Ale gdzież tam, jak się poderwał pluton to karabiny maszynowe tak zaczęły ciąć, że prawie wszyscy padli, jednemu głowę urwało, a to rękę urwało, jęk i krzyk, ale mowy nie było, żeby zostać – nasz sierżant zaczął krzyczeć:, „Kto w okopach kula w łeb!”. Niemcy mieli nastawione karabiny maszynowe równo na nasze okopy.
Nasz pluton też musiał wyjść. Jak doszliśmy do połowy większość naszych leżała trupem.
Niemcom albo zaczęło brakować amunicji, albo nasi ich wybili. Karabin maszynowy, który widzieliśmy strzelał jeszcze. W naszym plutonie był Bogucki z Mastek, jak się przymierzył do tego karabinu maszynowego, to każdemu Niemcowi wsadził kilka kul. Gdyby nie On to dużo naszych by wybili. (Po wojnie pojechaliśmy na rowerach zobaczyć to miejsce, pozostały tam jeszcze przestrzelone niemieckie hełmy.) Okopy były na Gogolinie, w stronę Kozłowa Szlacheckiego.
Jak doszliśmy do Kozłowa Szlacheckiego to już nie pamiętam? Widziałem tylko jak Niemcy dokończyli całą pierwszą linię. Podeszliśmy do mieszkania w lesie, chyba była to leśniczówka, było to mieszkanie murowane. Do tej leśniczówki doleciał porucznik Domański i Kocar, oraz resztę wojska. Porucznik Domański mówi: Chłopcy, do tyłu, bo już nie ma sensu do przodu”.

My zaraz ruszyliśmy do tyłu, ale w tym momencie, jak zaczęli siec z karabinów maszynowych, to wycieli wszystkich z lewej strony, tak, że nie można było podejść pod stajnię. Widzieliśmy jak podchodzą do nas za wszystkich stron.
Weszliśmy do mieszkania, kto był ranny został na zewnątrz, nie było możliwości ich zabrać.
W mieszkaniu byli sami ranni, około sześćdziesiąt osób, cała podłoga była zalana krwią. Przy oknie były zasłonki, a w skrzyni trochę bielizny, to wszyscy ranni owijali sobie rany, a to rękę a to głowę, wszyscy byliśmy pokaleczeni. Sierżanta wciągnęliśmy do leśniczówki i dwóch Poruczników, jeden z artylerii, drugi chyba z kawalerii. Ale wyglądali jak trupy, nic się nie odzywali. A my ich pytamy, co robić, czy się poddać, czy czekać jak nas zbombardują. A oni nic, nie kontaktują. Szef trochę odzyskał przytomność, miał przestrzelony brzuch i wypływały mu wnętrzności, podtrzymywał je ręką i mówi tak: „ Chłopcy, dajcie mi pistolet, to się zastrzelę, a jak nie, to mnie dobijcie, a sami się poddajcie, bo wojnę my już przegraliśmy, nie ma innego wyjścia”. Jak to powiedział to stracił przytomność.
My między sobą mówimy:, „Co robić, robić wypad”. Bo poddać się, to nie wiadomo, czy się poddamy, jakoś nikt nie myślał o poddaniu się. Gdy tak między sobą rozmawialiśmy, jeden z oficerów doszedł do siebie i mówi: „Musimy się poddać”. Zerwaliśmy firankę z okna przywiązaliśmy do jakiegoś kijka i podaliśmy naszemu oficerowi. Ledwo wyszedł za próg, to go postrzelili.

W pobliżu słyszeliśmy huk rozrywających się bomb i warkot samolotów, bombardowali naszych w lasku, cały budynek aż się trząsł.
Z nami był taki polak niemieckiego pochodzenia z Łodzi, i on mówi: „Chłopcy, musimy się poddać, jak nie wrócę za 15 minut, albo usłyszycie karabiny maszynowe, to znaczy, że mnie zabili i róbcie wypad”. Dobry był to chłopak, wszyscy go bardzo lubiliśmy. I wyszedł z kawałkiem firanki w ręku, bo nie mieliśmy, do czego jej przyczepić.
My siedzimy, RKM-y mieliśmy naszykowane, trochę amunicji, niektórzy granaty w ręku, ale nie wyciągnęli zawleczek. Mieliśmy jeszcze kilka granatów zaczepnych i ostrych. Mówimy między sobą: ”Jak ruszą z karabinami maszynowymi i go zabiją, to robimy wypad, granaty zaczepne wyrzucimy i zadymimy, i jak się da to się wycofamy”.

Czekamy pięć minut – cichutko, zrobiła się taka cisza, że słychać było tylko charczenie konających i cichutkie jęki rannych, dziesięć minut, może krócej może dłużej, czas płynął wtedy chyba inaczej, samolotów i bomb też nie było słychać.
Był z nami plutonowy Przeźniewski, i mówi: „Chłopcy, ja to na swoją odpowiedzialność biorę, robimy wypad”.
I otworzyliśmy powoli drzwi, patrzymy, a tu, za jednym rogiem stodoły karabin maszynowy, za drugim rogiem drugi, a pod ścianą stoją Niemcy z bronią.
Podchodzi do nas Polak z Łodzi i mówi: ”Chłopcy, poddaliśmy się, wycofać się”.

Cofnęliśmy się do domu i słyszymy, abyśmy zostawili całe uzbrojenie i wychodzili.
Patrzymy a za każdym oknem stoi Niemiec z karabinem.
I zrzucaliśmy z siebie cały ekwipunek: karabiny, granaty, i amunicje, jeżeli ktoś jeszcze miał. Granaty mieliśmy odbezpieczone, (szykowaliśmy się do wypadu), i to wszystko zrzuciliśmy na podłogę, i po tym wychodziliśmy. Że nic nie wybuchło, to chyba cud, chyba nas Pan Bóg strzegł.
Wychodziliśmy wyczerpani i zrezygnowani, wyglądaliśmy jak śmierć, bo trzy dni nic nie jedliśmy, a nie spaliśmy chyba ze dwa tygodnie. Z całej naszej kompanii zostało nas tylko około dwudziestu.
Z każdej strony drzwi stali Niemcy z karabinami, przykładali nam lufy do głowy i krzyczeli: „ Drei, drej, drej – po trzech, powiedział ktoś z tyłu i prowadzili nas na podwórze.
Później wyprowadzili nas za stodołę na takie małe wzgórze i ustawili trójkami.

Tam przyjechał chyba generał niemiecki na koniu i po polsku do nas mówi:, „ Który batalion jesteście? (Nikt z nas się nie odzywał.). To wy wczoraj chcieliście nam przerwać linie na Bzurze?”.
Podjechał do pierwszego żołnierza w szeregu, (ja stałem w pierwszym szeregu, bo byłem wysoki, ale pośrodku trójki) złapał go za guzik, i mówi: „ Mieliście nie oddać nawet guzika od munduru, a oddaliście wszystko”.
Nikt się nie odzywał, wszyscy mieliśmy głowy spuszczone, chyba ze zmęczenia.
I poszliśmy do niewoli.

Jak mieliśmy jakiś rany, to sanitariusze niemieccy nas opatrywali, byli to sanitariusze frontowi, podchodzili i opatrywali bez nienawiści. Jak im mówiliśmy, że tam w mieszkaniu są jeszcze inni ranni, to oni nam mówili, że się tym zajmą, że to już nie nasza sprawa.
Zorganizowali nas w kolumnę i prowadzili do Nieborowa.
Jak przechodziliśmy obok wzgórza, które ostatnio atakowaliśmy, to widzieliśmy całe pole usłane Niemcami, ci, co leżeli blisko drogi to wyglądali na takich tłustych, wypasionych. Najwięcej to ich leżało obok kładki, przy rzece, przez którą my przeszliśmy. W niektórych miejscach to leżał trup na trupie, w tych miejscach, gdzie szliśmy na bagnety i strzelaliśmy z kolana.
Niektóre ciała leżały już od wczoraj, bo nie było czasu ich posprzątać. I naszych też leżało bardzo dużo.
Gdy przechodziliśmy obok miejsca gdzie leżeli sami Niemcy, kazano nam głowy pospuszczać i patrzeć na buty. Jak się któryś odwrócił, dostawał kolbą w głowę.

Wieczorem doszliśmy do Nieborowa, był wrzesień, ale który dzień nikt nie miał pojęcia. Na drogę wychodzili mieszkańcy, ich pytaliśmy, jaki jest dziś dzień, mówili, że niedziela.
Zaprowadzili nas przed pałac w Nieborowie, ustawili, przyszedł generał i też po polsku mówił: „ A to wyście nam chcieli przerwać linię?”. Z nami był major Król, nikt się nie odzywał, każdy był zrezygnowany.
Weszliśmy do stajni, były konie i źrebaki, było trochę słomy, było ciepło. To jak popadaliśmy na tą słomę, to wydawało nam się, że w jakimś hotelu jesteśmy. Zanim usnąłem słychać było tylko chrapanie, leżeliśmy jeden na drugim, chyba trzymały nas tylko nerwy. Spaliśmy do rana.
Rano przyszli Niemcy, mieli jakieś inne mundury niż ci na linii, krzyczeli, popychali nas kolbami, ustawili nas pod ścianą i mówią po polsku, żeby wyrzucić wszystko z kieszeni, oraz wszystko, co mamy, bo jeżeli znajdą coś u kogoś to go rozstrzelają. Krzyczeli, bili kolbami, popychali nas. Ustawili w trójki i maszerowaliśmy w kierunku Skierniewic. Nic nie dostaliśmy do jedzenia.

Prowadzili nas polną drogą, a wszyscy byliśmy tak wyczerpani, że nie mogliśmy prawie iść. Chyba była nas cała kompania. Prowadzili nas jak niewolników. Obok kolumny przejeżdżał tylko samochód z oficerami niemieckimi. Co chwilę ktoś padał, to koledzy, którzy mieli jeszcze siłę podtrzymywali go. Niemcy jak widzieli, że już dalej nie możemy iść, kazali się zatrzymać, i dali nam jeść. W samochodzie mieli pięć bochenków chleba, to po maleńkim kawałeczku każdemu przypadł, zjedliśmy go zbierając z ręki każdy okruszek. Pomiędzy odpoczynkami przechodziliśmy około dwóch kilometrów.
Dopiero jak doszliśmy do jakiejś wioski, to ludzie nam podawali: mleko, ser i chleb.
Ale jak ludzie szli do nas z mlekiem to Niemcy je wylewali, żeby z żołądkami nie było problemów. Jak ludzie szli z tym chlebem, to jeden z naszych, mówili, że ma fabrykę w Łodzi, wyjął pięćset złotych (było to bardzo dużo pieniędzy, bo morga ziemi kosztowała 1200 zł) i chciał kupić od Niemca, bochenek chleba dla siebie. Niemiec odebrał mu pieniądze, uderzył go kolbą w głowę i popchnął do szeregu. Szkopy, jakie były takie były, ale nie były przekupne. Chleb od ludzi zebrali, i dali abyśmy podzielili między siebie.
Doszliśmy do Skierniewic, miasto było bombardowane, wszędzie gruzy i szło, niektóre domy popalone. Nas zaprowadzili do koszar 18 Pułku. Koszary były zbombardowane, wszystko było porozrywane, pogniecione, część budynków była spalona, wielki bałagan panował wokoło.

Nas zamknęli w areszcie pułkowym, maleńkie pomieszczenie, maleńkie okno, upchnęli całą kompanie. Chyba chcieli nas podusić w tym areszcie. Nie było możliwości nawet ukucnąć, opieraliśmy się jeden o drugiego. Tak dotrwaliśmy do rana.
Rano przychodzą Niemcy, jeden otworzył drzwi i cofnął się, taki smród do zaleciał. Kazali nam wychodzić, wychodziliśmy zataczając się, przytrzymując ściany. Wielu nie wytrzymało nocy, kazali ciała ułożyć pod ścianą.
Kazali nam sprzątać teren koszar, wyzbierać każde szkiełko. W tych koszarach zostaliśmy kilka dni. Przyjechał Czerwony Krzyż, mieli ze sobą kuchnie polowe. Dostaliśmy wreszcie jakieś jedzenie. Parę dni żyliśmy jak ludzie.
Ale Warszawa broniła się, i coraz więcej jeńców przybywało, wojsko chyba masowo się poddawało. Jedzenie w kuchni się skończyło, Czerwony Krzyż gdzieś odjechał, zaczął się znowu głód.
Wypędzili nas z tych koszar na taką łąkę, tam była strzelnica. Wokół strzelnicy kazali nam kopać głęboki rów, przywieźli drągi sosnowe i musieliśmy je wkopać wokoło. Na tych drągach poprzybijali drut kolczasty, i podłączyli pod prąd. Z boku zbudowali wieżyczki, na których ustawili karabiny maszynowe. Z jednego boku strzelnicy był wykopany rów, do którego można było tylko podchodzić, aby się załatwić.

Wszystkich wpędzili do tej strzelnicy, a że wojska ciągle przybywało, to było tak napchane, że staliśmy jeden przy drugim. Nie można było się położyć, wszyscy drżeli z zimna, bo noce były chłodne i przymrozki były z rana. Jedzenia nie dostaliśmy już kilka dni.
Niektórzy nie wytrzymywali i podchodzili pod druty, aby jakoś się wydostać, słychać było tylko, karabin maszynowy, i człowiek zostawał w rowie.
W śród żołnierzy, których upychali do nas byli również z mobilizacji, którzy byli już starsi, a i inni byli już skrajnie wyczerpani, to, co rano, pod druty przynosiliśmy ponad dwudziestu nieżywych. Było strasznie.
Mówili, że Warszawa jeszcze się broni, dlatego szkopy są takie nerwowe. A tu ciągle dopychają wojska, nawet cywilów, chyba z Warszawy. Wpędzają ich jak bydło strzelając pod nogi.
Wszyscy zaczęli się buntować, krzyczeć, a właściwie wrzeszczeć, i posuwaliśmy się pod druty. Niebo się zachmurzyło, i szykowało się na deszcz, a już był październik. Nasz pułkownik wszedł na wieżyczkę, i przez megafon krzyczał, żeby się uspokoić, bo Niemcy zaczną do nas strzelać. My krzyczeliśmy niech nam dadzą jeść, bo jesteśmy wojsko i jeńcy.

Puścili nam nad głowami serię z karabinu maszynowego, wszyscy umilkli, i tak przestaliśmy do rana. Rano wyciągaliśmy nieżywych, pozwalali grzebać ich w rowie, ilu ich było nie pamiętam, ale dużo.
Nic nie jedliśmy cztery dni. Piątego dnia przywieźli cztery kuchnie polowe, oraz cztery martwe konie, i zaczęli gotować. Przywieźli trochę chleba, i gotowali kawę. Chleb był bardzo smaczny.
Ja wziąłem do ust tą koninę, nieosolone, nieprzyzwyczajony, urosło mi w ustach, nie przełknąłem. Na drugi dzień, po kromce chleba dostaliśmy, takie ździebko. I przywieźli soli. A że byliśmy wszyscy byliśmy bardzo głodni, to już jedliśmy te konie, były trochę posolone. Potem jak były nawet niedogotowane to też jedliśmy.
Zaczęli wywozić do Niemiec, codziennie był transport, osobno cywili, osobno wojsko, do pociągu ładowali chyba po tysiąc ludzi.
Któregoś dnia podchodzi do mnie kolega Kajak, on był z innego plutonu, i mówi tak: „Wiesz, co, Stasiek, jedni biorą do roboty do Skierniewic”. Jak inni to usłyszeli, zaczęli się wycofywać do tyłu, myśleli, że potem załadują ich do wagonu i do Niemiec. Ale podchodzi polski kapitan i mówi: „Chłopcy z okolic Skierniewic, jak chcą iść do roboty to mogą się zgłosić’. Porozmawialiśmy z kolegą zgłosiliśmy się. A Niemiec, który przyszedł po ludzi odliczył do dziesięciu, powiedział, że już wystarczy, i poszliśmy.

I tym sposobem wyszliśmy poza druty, dostaliśmy się do roboty.
Zaprowadzili nas za Skierniewice do Złotej, do folwarku. Było nam tam dobrze, robota nie była za ciężka, jedzenie dali, a na noc prowadzali do obozu. Od ludzi dostawaliśmy często bochenek chleba, zabieraliśmy go do obozu, żeby podzielić się z kolegami. Raz niosąc pod mundurem bochenek, przechodziliśmy koło innego obozu, za drutami zobaczyłem kolegę z mojej wsi, Janka Gromka, który stał przy drutach bardzo wynędzniały, nie zastanawiając się ani chwili, rzuciłem mu ten bochenek. Do końca życia był mi za to bardzo wdzięczny, po wojnie zostałem ojcem chrzestnym jednego z jego synów.
Później wzięli nas do Nieborowa, warunki pracy były ciężkie, zakwaterowali nas w stajni, przy koniach i źrebakach, nie chodziliśmy już do obozu. Pracowaliśmy przy zbiorze ziemniaków i buraków, oraz w stajni. Przynajmniej było, co zjeść.
Gdy robota w polu się skończyła, odesłano nas do Skierniewic, do obozu. Ale obóz już był zlikwidowany, wszystkich wywieźli do Niemiec. My mówimy, że my jesteśmy tutejsi, możemy iść do domu. Jakiś oficer gdzieś dzwonił, powiedział, że już nie będzie transportu do Niemiec, to może nas puścić do domu.
Dostaliśmy jakiś papier na drogę, i ruszyliśmy do domu.

Idąc drogą do domu, myślałem, jak tu żyć po tym wszystkim, co przeżyłem.
Ale nikt, nawet z najbliższej rodziny nie wyciągnął wniosków, z tego, co przyniosła ze sobą wojna, i nikt nie próbował nawet mnie zrozumieć, czy nawet mi współczuć.

Brak głosów