Pułkownicy RP; g i e nerały RPrl - i H o n o r

Obrazek użytkownika wilre
Idee

płk  Józef Beck 

 
04.10.1894 - 05.06.1944
lat 49
polityk, dyplomata
W-wa,Cmentarz Wojskowy - Powązki
kwatera II C/27 (3/1)
[fot. z dn. 28.03.2012]
napisy na płycie:

(  )

Józef Beck 
O tej czwórce można powiedzieć, że bez Piłsudskiego byliby niczym, to samo odnosi się do szeregu pomniejszych „pułkowni­ków", w przeciwieństwie do trzech pułkowników młod-szych, ale dużo zdolniejszych: Matuszewskiego [Ignacy], Becka i Miedzińskiego [Bogusław]. Żaden z nich nie doszedł nawet do premierostwa, ale Beck odzie­dziczył po Piłsudskim część władzy, czyli to on był dyktatorem w polityce zagranicznej. Swoją karierę Beck zawdzięczał wyłącznie Piłsudskiemu. Dlaczego Marszałek tak wyraźnie Becka wyróżniał     i obdarzał zaufaniem po maju 1926 roku? Dla mnie jest to zupeł­ną zagadką i nikt z piłsudczyków nigdy nie zdołał mi tej tajemni­cy wytłumaczyć. Beck nie pochodził z Litwy ani w ogóle z Kresów, nie pochodził ze zbankrutowanej szlachty, jak sam Piłsudski, ale urodził się w Warszawie. Ani w Legionach, ani też w POW, ani  w czasie wojny 1920 roku nie odegrał żadnej większej roli, nie był szefem „dwójki", nie był w Sejmie i jego karta służbowa miała właściwie tylko dwie pozycje: był attache wojskowym w Paryżu  w latach 1921-1923, skąd na żądanie sztabu francuskiego był od­wołany, co sprawiło, że miał on stały kompleks antyfrancuski, oraz był szefem gabinetu ministra spraw wojskowych, czyli Mar­szałka Piłsudskiego w latach 1926-1930; z okazji Brześcia został wiceministrem, a po dwóch latach ministrem spraw zagranicz­nych. W tym ostatnim charakterze widywał on Marszałka częściej i dłużej, niż którykolwiek z innych tzw. pułkowników.
 
Rozmawiałem z Beckiem tylko dwa razy. Raz na herbatce u pewnej damy, gdzie Beck przybył  ze swoją pierwszą żoną, której na imię było Marysia [Maria Słomińska]: ta była wielką pięknością, miała czarujący uśmiech, pełen wdzięku i uroku, oraz przepiękne nogi; była wów­czas moda, po raz pierwszy w dziejach, na suknie po kolana, i pamiętam jak dziś, że nie mogłem oczu od jej kolan oderwać. Sam Beck był imponujący wzrostem, ale poza tym nie był ani sympa­tyczny, ani przyjemny, ani uprzejmy, ani dystyngowany, nato­miast bardzo pewny siebie. Z Beckiem rozmawiałem raz jeszcze, że tak powiem, służbowo, później widziałem go szereg razy, ale poza banałami nie było żadnej rozmowy. Moje zdanie  o Becku opieram więc bardziej na opiniach osób trzecich niż na mych wła­snych wraże-niach. Nie był on lubiany ani przez swych podwład­nych, ani przez kolegów, ani w wojsku. Knoll [Roman], który był najdowcipniejszym z naszych dyplomatów (nie oznacza to, że był naj­lepszym, daleko do tego), nazywał przybycie Becka wraz z całą galerią oficerów do MSZ-etu „najazdem bandytów na przytułek idiotów". Mocno przesadnie, ale było w tym aforyzmie źdźbło prawdy.
 
Beckowi brakowało kultury ogólnej, solidnego wykształcenia; zbyt młodo, zbyt wcześnie, zbyt nieprzygotowany został mini­strem, i to wszystko sprawiło, że przeceniał nie tylko swoją rolę i swoje znaczenie na świecie, ale także siły, znaczenie i możliwości Polski. Jego zarozumiałość była groźniejsza niż próżność Sikor­skiego [Władysław], bo Sikorski doszedł do władzy, gdy już nie mieliśmy żad­nych atutów, a poza tym Sikorski, choć czuły na poch-lebstwa, nie był jednak na tyle naiwny, by być aroganckim wobec obcych, może z wyjątkiem de Gaulle'a, z którym w Londynie chciał per­traktować, jakby obaj sobie byli równi: oczywiś- cie de Gaulle nie chciał o tym słyszeć i Sikorskiego wyraźnie nie lubił, zaś całą swo­ją sympatię przeniósł na Andersa [Władysław]. Z naszych wodzów wojsko­wych najlepsze stosunki z aliantami miał Anders, już dużo gorsze Sikorski, a najgorsze Beck, którego nie tylko Francuzi nie mogli znieść, ale także Anglicy, jak to sam Eden w czasie wojny powie­dział Raczyńskiemu [Edward] i to jeszcze za życia Becka (co prawda inter­nowanego          w Rumunii).
 
Volenti non fit iniuria[chcącemu nie dzieje się krzywda],,jeżeliktoś szukał guza, to niech ma tyl­ko do siebie pretensje, powiada stare rzymskie przysłowie. Trawe­stując to dictum na nasze stosunki, można powiedzieć, że wielki odłam Polaków, głównie  z obozu narodo-wego, który uważał, że tylko Niemcy są naszym wrogiem, a negował zupełnie niebezpie­czeństwo rosyjskie, parł właściwie do wojny z Niemcami i powi­tał wojnę tę jeżeli nie z radością,   to    w każdym razie w nastroju optymistycznym. Sam Stroński [Stanisław] mówił mi w okresie Jałty w Londynie: „Panie, kto mógł to przewidzieć?" Ale Beck z całą pewno­ścią wojny z Niemcami nie chciał, a jednak się w nią wpakował. Już w Zaleszczy-kach mówił do swych podwładnych: „Myślałem, że mam sto dywizji, a miałem gówno!" Co za brak elementarne­go poczucia rzeczywistości u człowieka, który był przez lata sze­fem gabinetu samego Marszałka,  a poza tym ministrem spraw zagranicznych.
 
Adolf Bocheński napisał w „Polityce" Giedroycia po mowie Becka w dniu 5 maja 1939 roku artykuł zakończony zdaniem: „My, Polacy, jedną rzecz kochamy bardziej niż pokój, a mianowi­cie honor". Był to najlepszy artykuł całego dwudziestolecia pod genialnym tytułem „Samobójstwo w obawie przed śmiercią". Za to samobójstwo odpowiedzialni są Beck i Rydz, bo Mościcki [Ignacy]     i Sławoj [Felicjan Składkowski-Sławoj] nigdy się nie liczyli, a ta para Beck i Rydz zagrała w rulet­kę, zamiast pamiętać, iż dla słabych ostrożność i przezorność jest pierwszą cnotą. Beck był „personalnikiem": widział raczej ludzi niż tradycje polityczne i dyplomatyczne, które wydają mi się ważniejsze i zwłaszcza dużo trwalsze. Miał on prawdziwą manię obsadzania MSZ-etu swoimi ludźmi. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, bo żaden z tych „ludzi Becka" nie miał na niego wielkiego wpły­wu.  Póki żył Marszałek, póty Beck nigdy nie próbował w czymkol­wiek mu się przeciwstawić; wykonywał jak najściślej każdą in­strukcję, każdy humor Marszałka, i koniec. Gdy Piłsud-skiego nie stało, przejął na siebie jego rolę. Żądał nie tylko ślepego posłuchu, ale także burczał, gdy otrzymywał raporty z placówek, które nie byty po jego myśli.
(  )

Ignacy Matuszewski
Wszyscy trzej „młodsi" autentyczni „pułkownicy", czyli człon­kowie Konwentu A, który zastępował Piłsudskiego, gdy ten był więziony w Magdeburgu, i który zbierał się dość regularnie do roku 1930, a potem coraz rzadziej, w końcu już nigdy, urodzeni w latach 1892 do 1894, byli plus minus równolatkami. Gdy Polska powstała i Piłsudski został Naczelnikiem Pań­stwa i Naczelnym Wodzem, Matuszewski został szefem „dwój­ki" Naczelnego Dowódz-twa, czyli zajmował się wyłącznie orga­nizowaniem wywiadu wojskowego w Rosji i w sztabach rosyj­skich. Miedziński natomiast był szefem „dwójki" Sztabu Gene­ralnego, i tutaj zajmował się głównie kontrwywiadem. Matu­szewski brał udział w rokowaniach w Rydze, gdzie w delegacji pokojowej Polski, pod nominalnym przywództwem ludowca, Jana Dąbskiego, a faktycznym Stanisława Grabskiego, faktycz­nego szefa Klubu Ludowo-Narodowego w Sejmie, czyli endecji, reprezentował Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza: de fac­to po stronie polskiej Traktat Ryski wynegocjowali Grabski z Matuszewskim.
 
 Bogusław Miedziński 
Miedziński po wojnie „dwójkę" oficjalnie opuścił i zajmował się infiltracją ludzi Piłsudskiego do stronnictw sejmowych; sam kandydował do Sejmu, mianowicie z odłamu konkurującego z Witosem, zwanego „Wyzwoleniem". Była to efemeryda, która po przewrocie majowym znikła bez śladu. Miedziński miał niewąt­pliwie talenty taktyczne gracza sejmowego  i politykę traktował jak zabawę  w kota i myszkę, przy czym sam chciał być zawsze kotem. Miał on inklinacje lewicowe, ale faszyzmu lewicowego, bo w żad­ną demokrację nigdy nie wierzył.  By go scharakteryzować, dam przykład brydżowy: w brydżu jest najpierw licyta-cja,             a potem roz­grywka. Można mieć wielkie zdolności do licytacji albo do roz­grywki, ale wielkim graczem jest tylko ten, który i licytuje i rozgry­wa bezbłędnie. Otóż, według mnie, Miedziński był mistrzem roz­grywki, czyli miał talenty taktyczne, i to bardzo wielkie: jak kogoś sobie pozyskać, jak kogoś wykończyć, na jakiego konia postawić, jak przeciwników między sobą pokłócić - w tym był mistrzem. Ale jego licytacja była słaba, bo właściwie sam nie bardzo wiedział, czego chciał, do czego dążył, poza tym, że tentował go zawsze zielony stolik         i zawsze pragnął grać i wygrywać. W rezultacie jego rola była niewielka, pomimo jego zręczności: mało kto z pułkow­ników zdołał równie gracko przeskoczyć od Sławka do Rydza. Dostał w nagrodę laskę marszałkowską w Senacie, do czego się zupełnie nie nadawał: nie miał powagi ani zaufania, ani miru, i był właściwie tylko intrygantem. Na emigracji wszyscy się od nie­go odwrócili.
 
Rozmawiałem z nim szereg razy, m.in. na temat jego podróży do Moskwy w roku 1932. Opowiadał mi dość zabawne szczegóły o swych rozmowach z Radkiem [Karol Sobelsohn, działacz Kominternu]; ale był na tyle sprytny, że gdy Stalin zaprosił go do siebie na trzecią rano, to odmówił, tłumacząc, że ma już zakupiony sliping; oczywiście Stalin wycią­gnął         z tego wniosek, że Miedziński ma polecenie zrobienia sonda­żu i nic więcej. By podkreślić, że chodziło mu tylko o sondaż, a nie zbliżenie z Sowietami, Piłsudski nie przyjął Miedziń-skiego po powrocie z Moskwy, tylko kazał mu złożyć sprawozdanie ze swej podróży Beckowi. Beck i Miedziński mieli pewne wspólne cechy, więcej sprytu niż rozumu; obaj nie nadawali się na pierwsze role, ale na drugich rolach, gdy czuli nad sobą silną rękę, jak Piłsud­skiego, mogli być przydatni. W każdym razie Miedziński nie tylko nie był mężem stanu, ale nawet nie był wybitnym politykiem. Sławek, przy wszystkich swych błędach, stworzył dla Piłsudskiego BBWR, czyli rodzaj ko­alicji; Miedziński z Kocem nie stworzyli dla Rydza nic, bo Ozon [OZN – Obóz Zjednoczenia Narodowego] nigdy żadną partią nie był,       i gdy rządy Rydza się skończyły, nikt do Ozonu nie chciał się przyznawać.
 
  I ponownie Matuszewski
Ze wszystkich pierwszoplanowych pułkowników i piłsudczyków w ogóle, najlepiej znałem  i najwyżej ceniłem płk Ignacego Matuszewskiego. Urodził się on w Warszawie w roku 1891, zmarł nagle na serce w Nowym Jorku 5 sierpnia 1946 roku, w wieku za­ledwie 54 lat, a więc młodo na dzisiejsze czasy: pantoflową pocz­tą otrzymałem wieści na parę tygodni przed jego zgonem, że za­chorował na serce, i napisałem do niego list, prosząc o dokład­niejsze informacje. W początku sierpnia otrzymałem odpowiedź, w której pisał, że istotnie był          u kardiologa, ale ten powiedział, że wszystko jest w porządku, że to tylko drobnostka, związana z let­nimi upałami   w Nowym Jorku, które są rzeczywiście straszne, bo ulice wśród drapaczy zamieniają się w kaniony nabite żarem ni­czym Sahara. Nazajutrz Julek Sułkowski zadzwonił do mnie, że Matuszewski umarł. Głównym powodem jego śmierci był na pew­no nadmiar papierosów: był tochainsmoker, jak mówią Ameryka­nie, nie wyjmował prawie nigdy papierosa z ust. Poza tym był ero­tomanem: z moich bliskich przyjaciół jeden tylko Staś Mackie­wicz mógł swoim apetytem seksualnym z Matuszewskim rywali­zować.
 
Wybory do Sejmu w 1930 roku w Warszawie

Minister skarbu Ignacy Matuszewski z żoną Haliną Konopacką w drodze do lokalu komisji wyborczej przy ulicy Nowowiejskiej.

 
Matuszewski był małego wzrostu, bardzo brzydki, nosił stale okulary i póki nie mówił, nic  z niego nie promieniowało. Jego oj­ciec, też Ignacy, był znanym krytykiem literackim, specja-listą od Słowackiego, ale jego dzieł nigdy nie czytałem. Po ojcu Matu­szewski odziedziczył zamiłowania literackie i niewątpliwy talent pisarski, może zanadto młodopolski albo barokowy; między tymi dwoma stylami zachodzi pewna zbieżność. Matka Matuszew­skiego była Żydówką, ale to w niczym nie wpływało na niego sa­mego; był zawsze zdania jako realista, że cała młodzież polska jest oenerowska, i zawsze uważał, że trzeba się z nią dogadać. Był dwa razy żonaty, raz ze Stanisławą Kuszelewską którą uwiódł,gdy był kapitanem czy majorem w korpusie Dowbora [gen. Józef Dowbor-Muśnicki] w zimie 1917/1918 roku, i poślubił wbrew woli jej rodziców, ziemian z Mińszczyzny, którzy uważali, że ten ślub jest dla ich córki strasz­nym mezaliansem.  Z pierwszą żoną Matuszewski miał córkę, któ­ra bohatersko zginęła w czasie powstania warszawskiego. Oboje rodzice tę stratę głęboko odczuli. Matuszewski otrzymał anulację ślubu w Watykanie; jego żona wyszła ponownie za mąż za gen. Ludomiła Rayskiego, który z tej racji nawrócił się na katolicyzm; był on z jakichś dziwnych powodów synem rodziców mahometańskich, chociaż oboje byli czysto polskiego pochodzenia. Po­znałem panią Kuszelewską-Matuszewską-Rayską dopiero po wojnie w Londynie: była to osoba pełna wdzięku, dobroci, smut­na, ale uśmiechnięta, wzór matrony. Mówiła o swym byłym i już nieżyjącym mężu z dużym uczuciem, i to w obecności drugiego męża. Wydaje mi się, że gen. Rayski pasował do niej dużo lepiej jako mąż niż Matuszewski, ale miałem wrażenie, że kochała bar­dziej Matuszew-skiego. Rayski był dowódcą naszego lotnictwa przed wojną, toczyła się przeciw niemu nagonka w wojsku pol­skim w Londynie, jestem pewny, że była niesłuszna. Pani Rayska umarła pierwsza [1966 r.], gen. Rayski przeżył ją o wiele lat [1977 r.]. Dzieci nie mieli.
 
Druga żona Matuszewskiego - to Halina Konopacka, która na olimpiadzie w Amsterdamie  w roku 1928 zdobyła złoty medal w rzucie dyskiem, co ją uczyniło sławną na całą Polskę,   a nawet cały świat. Była to kobieta bardzo wysokiego wzrostu, omal dwa razy wyższa od Matuszewskiego, była zdecydowanie przystojna, świetnie zbudowana, zawsze w doskona-łym humorze, zawsze świetnie ubrana, nazywała Matuszewskiego zawsze Hiramkiem;      ta para, choć nie grzeszyła wiernością, wyglądała zawsze bardzo z siebie zadowolona         i bardzo szczęśliwa. Oboje mieli wielki dryg życiowy, oboje byli od świtu do późnej nocy wariacko czynni i zajęci. Po śmierci Matuszewskiego pani Halina wyszła w Amery­ce coś trzy razy za mąż, ale już nazwisk tych dalszych mężów nie pamiętam; ostatnim był pono amerykański generał. Sam Matu­szewski miał szalone powodzenie u kobiet i szereg tzw. konkiet, które świadczyły o jego ukrytych talentach. Wiem tylko o czterech jego liaisons,[liaison, fr., - związek],które trwały długo. Jedną z nich był romans z Niną Morstinową, Żółtowską     z domu, żoną znanego literata, Ludwika Hieronima Morstina, właściciela Pławowic w Kieleckim, dokąd Morstinowie zapraszali całą śmietankę literacką ówczesnej War­szawy, specjalnie skamandrytów.  L.H. Morstin był poza tym ofi­cerem legionowym       w I Brygadzie i Piłsudski miał do niego pew­nego febla. Po wojnie został naszym attache wojskowym w posel­stwie w Rzymie przy Kwirynale, potem w 1924 roku wyszedł z wojska, by zrobić miejsce dla Matuszewskiego, który wobec kon­fliktu Piłsudski-Sikorski nie chciał pozostać szefem „dwójki" w Sztabie Generalnym. Otóż Matuszewski zawsze dbał o to, by mieć dobre stosunki z mężami swoich kochanek: więc gdy jako minister skarbu wybijał jakieś pięciozłotówki, to uwiecznił na nich głowę Niny Morstinowej, która uchodziła za wielką piękność. Na mój gust była trochę za duża, za wielka, ale była zdecydowanie bardzo przystojna. Poza tym Matuszewski założył na spółkę   Morstinem jakieś stawy rybne           w Pławowicach, i ponoć te karpie i szczupaki bardzo się opłacały.
 
Niewiele wiem o roli Matuszewskiego w korpusie Dowbora i w POW, z wyjątkiem faktu,   o którym kilkakrotnie wspominałem, że w 1918 roku przebywał przez dłuższy czas na Ukrainie, by wyba­dać, jaka jest tam sytuacja i czy można liczyć w przyszłości na ja­kieś porozumienie  z Ukraińcami. Matuszewski przebywał szereg miesięcy w Kijowie, wówczas okupowanym przez Niemcy Wilhel­ma II, nielegalnie, pod pseudonimem Ogiński: tego pseudonimu niekiedy używał, podpisując swoje artykuły w „Gazecie Polskiej" literkami j.o. - Janusz Ogiński. W tych sondażach w Kijowie i w ogóle na Ukrainie towarzyszył mu Bogusław Miedziński, którego pseudonim brzmiał wówczas „Świtek", i czasami Matusz-ewski, mówiąc o nim tak go nazywał. Konkluzja Matuszewskiego co do Ukrainy była następująca: świadomość narodowa Ukraińców ist­nieje tylko  w Małopolsce Wschodniej; podłożem jej jest greko-katolicyzm i ta świadomość jest antypolska, a nie antyrosyjska.     Na Ukrainie rosyjskiej, ciągnął Matuszewski, świadomości narodo­wej nie ma, jest tylko plemienna albo regionalna. Nie wierzył, by się to mogło zmienić i w głębi duszy w żadne porozumienie, cóż dopiero w przyjaźń polsko-ukraińską,  nie wierzył. Wierzył nato­miast      w możliwość i pożytek stworzenia unii Polski, Węgier i Czech, tych ostatnich bez Benesza [Edward Benesz], którego zawsze uważał za z gruntu  sowietofila.  Mawiał nieraz, że jedyna forma tej unii – to może być wspólna dynastia; sądził, że królem powinien być ksią­żę Kentu  i jego potomkowie po przejściu na katolicyzm, i nawet uważał, że ta unia powinna nosić staropolską nazwę Korony. Rzecz ciekawa: podobne plany czy marzenia żywił                     w czasie woj­ny w Londynie także Sikorski.
W czasie wojny 1920 roku Matuszewski był szefem „dwójki" Naczelnego Dowództwa, czyli zadaniem jego było zdobywanie in­formacji o siłach i planach nieprzyjaciela, podczas gdy kontrwywia­dem zajmował się szef „dwójki" w Sztabie Generalnym, które to stanowisko piastował wówczas Miedziński. Matuszewski opowia­dał mi, że po skończonej wojnie 1920 roku, dekorując go Krzyżem Virtuti Militari, Marszałek Piłsudski powiedział:
„Dzięki panu, po raz pierwszy od 300 lat mieliśmy więcej informacji o nieprzyjacie­lu, niż nieprzyjaciel miał       o nas". „Jako uznanie, mnie to wystarcza - mawiał Matuszewski - nie potrzebuję żadnego innego".
Pytałem się kiedyś Matuszewskiego, jak mógł pogodzić swój chłodny, zimny realizm        z romantyzmem Marszałka, na co odpo­wiedział:
„Każdy młody jest romantykiem i każdy kocha swoją młodość. Później przychodzą rozczarowania i trzeba sobie zdać sprawę, że rzeczywistość nigdy nie odpowiada marzeniom i na­dziejom". Kiedyś mi także powiedział: „Działalność wywiadu i kontrwywiadu, tak samo jak dyplomacji, jest konieczna, ale nie wystarcza; w ostatecznym rachunku sił państwa nie można oprzeć tylko na policji i tylko na wojsku. Trzeba mieć koncepcję i liczyć się z siłami".
 
Matuszewski zdawał sobie sprawę z wagi bogactwa dla obro­ny i z kosztów tej obrony. Parę razy mi mówił:
„Jako oficer sztabu generalnego powiem, że nasz budżet wojskowy powinniśmy nie podwoić, ale co najmniej potroić. Musimy mieć więcej zapasów amunicji, lepszy transport kolejowy    i drogowy, motoryzację, elek­tryfikację, przemysł wojenny poza zagrożonym Śląskiem, nie mówiąc o czołgach i lotnictwie. Ale jako minister skarbu wiem, że już obecny nasz budżet wojskowy przerasta nasze możliwości ekonomiczne. Rosjanie mogą sobie pozwolić na to, że cała ich ludność głoduje, my - nie. Nalegałem na Marszałka, by zgodził się na zmniejszenie wydatków wojskowych, które de facto wzro­sły szalenie na skutek deflacji i spadku cen, ale nie chciał za nic o tym słyszeć. Narzekał na mnie wobec Sławka     i Prystora, mówiąc: On się ciągle kłóci, i wreszcie na tle budżetu wojskowego się ze mną rozstał".
Jako wojskowy Matuszewski był jak najdalszy od tromtadracji; był pesymistą, jakim każdy poważny wojskowy, polityk, dyploma­ta czy choćby dziennikarz powinien być zawsze.       Jak już mówiłem, gdy chodziło o wojnę z Niemcami, stale powtarzał:
„Przewaga wojskowa Niemiec jest tak ogromna, że w ciągu trzech miesięcy musimy tę wojnę przegrać z kretesem. Prawda, być może później, Anglii i Ameryka Niemców pobiją. Ale zwycięstwo aliantów czy też nasze własne, jak w roku 1920, to nie to samo!"
Były to słowa prorocze. Gdym z nim rozmawiał po raz ostatni w Paryżu w styczniu 1940 roku (mieszkałem wówczas w Londynie i byłem szeregowcem w naszym wojsku w Szkocji), Matuszewski mi mó­wił:
„Wszyscy mnie uważali za czarnowidza, za pesymistę, gdym prorokował, że będziemy rozbici po trzech miesiącach, a tymcza­sem nasza wojna trwała trzy tygodnie,       a właściwie była przegra­na już po trzech dniach".
 
Agresja rosyjska nie zaskoczyła go: „Tylko ślepy - mówił -mógł sądzić, że Rosja nie skorzysta  z okazji, którą jej daje wojna polsko-niemiecka". Bardzo pesymistycznie zapatrywał się na bojowość Francuzów; rozpytywał się, jak wygląda Anglia w obliczu wojny. Chciał wrócić do wojska i pono sam Sikorski miał na to ochotę, ale ludowcy i socjaliści nie chcieli  o tym słyszeć. Pytałem się też wówczas Matuszewskiego, jak ocenia rolę naszych dowód­ców  w tej nieszczęsnej kampanii wrześniowej. Nie ukrywał, że wszyscy zawiedli; może jedynie Kutrzeba [Tadeusz] spisał się lepiej od in­nych. Oczywiście nazwisko Andersa nie przychodziło nikomu do głowy: nie piastował on wówczas żadnego większego dowództwa. Matuszewski twierdził, że miał cichy układ ze Sławkiem, że ten, zostawszy prezydentem, zrobi go, Matuszewskiego, premie­rem, i już obmyślał skład swego rządu; mówił mi, że na ministra spraw zagranicznych weźmie Lipskiego, a Becka wyśle zamiast Lipskiego do Berlina: „Niech tam pokaże, czy potrafi uspokoić Hitlera". Na ministra skarbu wybrał sobie Leona Barańskiego. Cała jego myśl była oparta na likwidacji lewicy sanacyjnej, której bardzo nie lubił, ze Spiczyńskim [Wojciech] i prasą czerwoną na czele, i zbli­żeniu do endecji i ONR-u, bo zdawał sobie doskonale sprawę, że ta młodzież stanowiła olbrzymią większość młodego pokolenia.
 
Czy Sławek dotrzymałby obietnicy, wątpię. Sławek był romanty­kiem, który w każdej sprawie zachowywał się tak, jakby siedział przy okrągłym stoliku, wywołując ducha Piłsud-skiego,  i pytając go, co ma zrobić. Otóż niepodobna przewidzieć, co by ten duch z okrąg-łego stolika odpowiedział Sławkowi. Może wskazałby na Becka, może na Koca, może na kogoś jeszcze innego. Jedno jest pewne: po śmierci Marszałka Sławek wykazał, że nie tylko nie jest mężem stanu, ale nie posiada nawet danych na polityka: żadna, najłatwiejsza nawet rozgrywka, gdy miał wszystkie karty w ręku, mu się nie udała. Ani Mościcki, ani Rydz nie byli wielkimi gracza­mi; Mościckiemu chodziło tylko    o fotel, nie o politykę, Rydz nie był chciwy władzy, i bez wahania by się podporządkował Sosnkowskiemu [Kazimierz] czy każdemu innemu generalnemu inspektorowi: nie pchał się do władzy, to jego wepchnięto.
 
Ale załóżmy na chwilę, że Matuszewskiemu by się ta cała ma­chinacja udała; czy zdołałby utrzymać się u władzy, czy zdołałby uniknąć katastrof, które nam groziły i które nas spotkały? Do­prawdy nie wiem. Jestem pewny, że byłby prowadził politykę za­graniczną dużo ostrożniejszą niż Beck, że nigdy, ani na sekundę, nie zapomniałby o niebezpieczeństwie rosyjskim, że wszystko by zrobił, by uniknąć wojny, do której wiedział, że Polska jest nieprzy­gotowana. Że lepiej by pokierował polityką gospodarczą niż Mo­ścicki z Kwiatkow-skim, w to nie wątpię. Czy konieczne, jeżeli się chciało uniknąć rządów lewicy, porozu-mienie z poważną częścią, nie tylko liczbowo, ale także o dużym ciężarze gatunkowym obozu narodowego, było możliwe? Matuszewski był po opuszczeniu „Gazety Polskiej" prezesem Towarzystwa Kredytowego Miejskiego w Warszawie i na tym stanowisku zdobył sobie dużo uznania i za­ufania w mieszczaństwie warszawskim, które wyczuło w nim czło­wieka bliskiego małym ludziom, ciułaczom, kupcom, przedsiębior­com, rzemieślnikom. Miałem zawsze ogromne uznanie dla rozumu i zdolności Matuszewskiego. Ale nie miał on charyzmy. Czy dałby sobie radę z naszym romantycznym i przeceniającym stale swoje siły narodem?             
Czy w ogóle można było uniknąć katastrofy drugiej wojny światowej? Ex post w to nie wierzę. W każdym razie debata na ten temat ma znaczenie czysto akademickie.
====================================================================
Morał (mój):
 
Nietrudno można znaleźć analogie do  realiów III RP, chociaż tego rodzaju  porównania   wypadają, moim zdaniem,  najłagodniej rzecz ujmując, wcale nie lepiej dla obecnych  polityków, publicystów, naukowców i dyplomatów.

(  )

Walery Sławek

Przed wyborami do Sejmu w 1935 roku ówczesny minister rol­nictwa, Janta-Połczyński, [Leon] urządził u siebie obiad dla Sławka i młodych konserwatystów, których uważał za dobrych kandyda­tów na posłów BBWR [Bezpartyjny Blok Wspólpracy z Rządem]. Było tam nas, młodych, czyli trzydziestolatków, chyba ze dwudziestu, może więcej: Artur Tarnowski z Dzikowa, którego Sławek rzeczywiście wysunął na posła, Kon­stanty Grzybowski, który po wojnie udawał komunistę, a wów­czas był zapalonym sanatorem, Jerzy Giedroyć (tak!), Henryk Łubieński, znakomity reporter „Słowa" w Warszawie, którego in­formacje o wewnętrznych tarciach w obozie rządowym były po­wtarzane przez całą prasę polską,  i wielu innych. Wśród nich ja­kiś młody ziemianin spod Sieradza, który nazywał się Wilski, jego młodszy brat był jednym z najbardziej aktywnych oenerowców [ONR - Obóz Narodowo-Radykalny]; bardzo sympatyczny i przystojny, zginął już w roku 1939 we wrze­śniu,  w czasie oblężenia Warszawy. Jego starszy brat miał wyłu­piaste oczy i widać było, że nic nie kapował. Widziałem go wów­czas po raz pierwszy w życiu. Po obiedzie przeszliśmy do salonu  i zaczęła się dyskusja polityczna. Monopolizował ją Grzybowski, który ciągle interpretował konstytucję, wyraźnie szalał, by zostać kandydatem na posła, i stale tytułował Sławka „panie prezesie",   a nie „panie premierze", co mi się wydawało grubym nietaktem. Grzybowski wyraźnie Sławka irytował, ale sam Sławek nie był lepszy: bez końca coś mówił o pszczołach, ulach  i właściwie za­panowała szalona nuda. Nagle rozległo się strasznie silne chra­panie; można było myśleć, że to nosorożec urżnął śpika w poko­ju obok. Wszyscy skamienieliśmy, a najbardziej minister-gospodarz. Wnet się okazało, że to Wilski zasnął w swoim kącie  i chra­pał, ile sił w płucach. Blady Janta przeprosił premiera za tę znie­wagę  i ruszył w kierunku śpiocha, ale Sławek przerwał: „Kto to jest ten sympatyczny młody człowiek?" Janta, wciąż blady i wy­straszony, zawołał: „To młody Wilski, zmęczony, bo całą noc przesiedział  w wagonie, zaraz go obudzę!" „Ależ broń Boże! - zawołał Sławek. - Niechżeż się wyśpi, widać od razu, że to czło­wiek uczciwy,    o czystym sumieniu, który nie jest karierowiczem, któremu nikt nie imponuje, który jest szczery i naturalny. Proszę mi dać jego nazwisko i adres, to będzie na pewno doskonały po­seł do Sejmu".
 I dzięki temu chrapaniu Wilski został posłem na Sejm,  a o kandydaturze Grzybowskiego Sławek nie chciał słyszeć.
 [Autor coś pomylił – nie było  posła o tym nazwisku w spisie posłów na Sejm II RP wszystkich kadencji].
  Aleksander Prystor
Drugim po Sławku „pułkownikiem" był Prystor. Pochodził z drobnej szlachty litewskiej;   jak Sławek należał w roku 1905 do organizacji bojowej PPS, na czele której stał Piłsudski,   a więc na­leżał do najdawniejszych przyjaciół i współpracowników Piłsudskiego. Był to człowiek charakteru, bardzo twardy, bardzo upar­ty, bardzo prawy, ale nie wielki umysł ani wielki talent polityczny. Był premierem w latach 1931-1933, miał więcej realizmu od Sławka, ale jeszcze mniej talentu politycznego. W roku 1933 Pił­sudski nagle odwołał Prystora           z premierostwa i, zdaje się, od tego czasu już go nigdy nie widział i nie przyjął. Na temat tej rozłąki krążyły w Warszawie różne domysły, i to uporczywe, ale nigdy nie zdołałem zdobyć na ten temat wiarygodnych informacji, a nie chcę powtarzać plotek, choć wydają się praw-dopodobne. Prystor został schwytany na Wileńszczyźnie przez bolszewików i był wię­ziony w Orle (Orioł po rosyjsku); umarł tam, jak się zdaje, śmier­cią naturalną w roku 1941, już po wybuchu wojny rosyjsko-nie­mieckiej; musiała to być śmierć tragiczna w sowieckim więzie-niu dla tego schorowanego i samotnego starca, który przedtem osiem lat przesiedział         w carskiej katordze za udział w rewolucji 1905 roku.

(  )  http://dawidowicz.salon24.pl/420024,pilsudczykowie

*****************************************************
*****************************************************

O wraku - niemodnie

 

 
 

 ‎       "Pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoja cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor."


     
  Nikt z blogerów i komentatorów, chociaż były też głosy bardzo dobrze oddające rzeczywistość, jaka się ukształtowała po tym niesłychanym czynie Rosjan - nie użył tego słowa. A to słowo jest kluczowe. Nie będę sie odwoływał do tradycji Żółkiewskiego pod Kłuszynem, Batorego pod Pskowem, czy Piłsudskiego. Inne czasy; Rosja też ma historyczne zaszłości i też ma słabo wyleczone kompleksy wobec Polski, ale na tamte sprawy najwyższy czas opuścić zasłonę milczenia. Imperialny komunizm w wydaniu rosyjskim, a przedtem carat powinien te kompleksy Rosjan wyleczyć. Ale jest coś innego - najwyraźniej tkwią oni w dalszym ciągu w swoim śnie o potędze. Teraz ma miejsce najbardziej brutalna kpina z obecnych władz Polski. Nie piszę o pohańbieniu Polski, gdyż Polska pod każdą inną (prócz tej przypadkowej) władzą, wiedziałaby jak zareagować na takie bezczelne zachowanie.

        Między bajki włożę usłużne "usprawiedliwianie" takiego zachowania sie Rosjan - nadmierną troską o porządek, kiedy to przyjeżdża przewodniczący Dumy i trzeba wszystko pozamiatać i pomalować - trawę, wrak - wszystko jak leci. W kwestii katastrofy nic tam się nie dzieje bez najwyższego akceptu; fakt, iż "przypadkowo" dopuszczono do wraku dziennikarzy mówi wszystko.

        Ktoś powie, że nie wypowiemy Rosji wojny. Oczywiście - przy obecnym stanie naszej armii, to nie wchodzi w rachubę. Także z innych względów; w dobie obecnej konflikty można i należy rozwiązywać na innej płaszczyźnie. Między wypowiedzeniem wojny, a postawą tchórza jest jeszcze sto innych postaw do zastosowania.

        Nie wyobrażałem sobie, że doczekam takich czasów; nawet w dobie komunistycznej zależności od ZSRR - były zachowywane pozory - wszystko było czynione dla dobra narodów i mas pracujących.
Teraz już nie "paryskie poselstwo twoje stopy liże", teraz człowiek piastujący najwyższe na świecie polityczne stanowisko - Obama - prosi i przymila sie do współczesnego "cara" o "czas..."
Też największe nieporozumienie w historii US.
Teraz nie ma potrzeby zachowywania pozorów; Ten który pokazał swoją słabość nie jest wart żadnych względów - trzeba mu bezceremonialnie pokazać, co się o nim myśli.

"Pragmatyzm" obecnych władz Polski (przy czym słowo pragmatyzm, to zwykły eufemizm) nie uwzględnia charakteru Polaków, nie uwzględnia godności narodu. Ci wyborcy, którzy głosowali na PO widzą już chyba dokładnie w jakie ręce złożyli sprawę swojej narodowej godności.

http://sporozdziwien.salon24.pl/407729,o-wraku-niemodnie#

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Co do Amerykańskiego przywódcy...

Studiował w Moskwie.

Oboje rodzice to lewacy i sowietofile.

Wystarczy? 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

kazikh

#332983

- zrobili se kuku ..

 

"Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, ..."

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0


,,żeby głosić kłamstwo, trzeba całego systemu, żeby głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek”.
wilre - "Viva il re"
Niech żyje król

#332996

gość z drogi

dzięki pomocy pieniędzy rosyjskich bogaczy...sprawa się "sypnęła "ale jakoś nikt z żurnalistów tematu nie podjął...

pozdr 

i 10

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

gość z drogi

#333189