Historie rodzinne. 1 - 8 sierpień 1944 na Ochocie

Obrazek użytkownika Tomasz A.S.
Historia

Powstanie, to następny okres wojny, gdy Opatrzność Boska nad nami czuwała.
Po drugiej stronie ulicy Białobrzeskiej 33, na Ochocie, trochę na skos, była szkoła Szachtmajerowej i tam istniała krótko powstańcza placówka. Stał powstaniec w biało-czerwonej opasce przed wejściem. Pamiętam to, bo starsze rodzeństwo mi go pokazało.
Przez Ojca wcześniej przygotowane były bloki betonowe przed okienkami piwnicy naszego domu. Chroniły od pocisków, czy od wtargnięcia intruzów z zewnątrz. Mieliśmy twierdzę w piwnicy. Jak Powstanie wybuchło i zaczęły się walki, to zamieszkaliśmy tam, zabarykadowani. Schroniło się tam w sumie około trzydziestu osób, bo byli też sąsiedzi, różni znajomi, babcia Olimpia, nas pięcioro rodzeństwa: 15-letni brat, dwie siostry w wieku 11 i 8 , ja niespełna 6 lat - i najmłodszy brat dwuletni. Na zewnątrz strzelanina, bronił się chyba jeszcze do 10-go sierpnia oddział powstańczy na Kopińskiej i Kaliskiej .
Okienka piwniczne, w te krytyczne dni, od wewnątrz były pozatykane poduszkami, bo nad nami palił się dom, a czad schodził w dół. Zabarykadowani byliśmy za żelaznymi drzwiami, które szły na klatkę schodową, więc nie bardzo było łatwo je sforsować. Pamiętam, że jedliśmy tylko wedlowskie krówki (w żółtych papierkach). Dopiero 7 sierpnia wyciągnęli nas pijani Rosjanie z oddziałów SS RONA (Russkaja Oswoboditelnaja Narodnaja Armia).
Od okienka odsunęli ciężki blok betonowy, wepchnęli poduszki do środka, ręce z granatami, że mamy wychodzić. Mój ojciec, wychowany na wschodniej Ukrainie, po rosyjsku i po ukraińsku świetnie umiał mówić, zresztą znał też niemiecki bardzo dobrze i już z góry dla nich miał przygotowaną taką bajkę, że myśleliśmy, że to Rosjanie przyszli, dlatego byliśmy tak zabarykadowani (co w sumie też okazało się prawdą). Ojciec otworzył te metalowe, pancerne drzwi do piwnicy, które przedtem były zaryglowane i wyszliśmy na podwórko. Pamiętam rażące, ostre światło słoneczne sierpniowego dnia. I był straszny hałas, na rogu Lelechowskiej i Białobrzeskiej palił się dom, dach pokryty blachą się palił, blacha strzelała, bo płomienie mocno ją skręcały.
Pijani żołdacy wpadli do piwnicy. Potrącili gaśnicę pianową, ta gaśnica zaczęła działać, oni zaczęli krzyczeć: „Piwo!”. Była obawa, że nas zabiją. Pogonili nas na tzw. Zieleniak wielkie, wybrukowane targowisko przy Alei Krakowskiej. Jak nas wyprowadzali, Ojca zaraz zabrali, bo zorientowali się, że zna rosyjski i niemiecki. Potrzebowali tłumacza, bo mieli trudności z dogadaniem się z oficerami niemieckimi. Pamiętam zaniepokojenie mojej Matki, płacz sióstr, że już nie zobaczymy Ojca.
Szliśmy Nieborowską w kierunku Grójeckiej. Na ziemi pełno porzucanych rzeczy, strzelanina. Naprzeciwko jechał hałasując na rowerze bez opon, na samych felgach, rosyjski SS-man, nie wiadomo, czy uczył się, czy był pijany, chyba jedno i drugie, bo spadał z tego roweru, i siadał z powrotem.
Pomimo to, że nie wolno było nic podnosić z ziemi, bo za to zaraz strzelali, Mama moja podniosła pończochę-kiszkę wypełnioną kaszą manną. Ta kasza manna potem na Zieleniaku służyła jako nasze pierwsze pożywienie. W puszce po konserwach na ognisku Mama nam gotowała tę kaszę.
Potem radość, bo Ojciec dogonił nas na Zieleniaku i tam, na ziemi pod murem nocowaliśmy. Ojciec w nagrodę za pomoc dostał od Rosjanina „szapku” (czapkę!), dobrze, że nie kulę.
Co pewien czas był alarm, bo zza Zieleniaka, od południowej strony, były wystrzeliwane pociski, całe ich grupy („krowy” lub „szafy” to nazywano), z wielkim gwizdem-rykiem leciało kilka pocisków naraz w kierunku centrum Warszawy. Pamiętam, to zamieszanie przed tym, gdy już mieli strzelać, ponieważ mogły spaść na plac.
Co jeszcze zwróciło moją uwagę, sześcioletniego chłopca - na drutach telefonicznych widać było wszędzie, dużo kanarków, papużek, co mnie oczywiście, jak każde dziecko, bardzo interesowało. Obserwowałem te kolorowe papużki, żółte i zielone kanarki, takie ptactwo klatkowe, które przez właścicieli zostało w najtrudniejszych chwilach wypuszczone na nieznaną wolność.
Po noclegu na ziemi, na drugi dzień nas popędzili w kierunku Okęcia. Wtedy to były za Zieleniakiem już pola, na nich dojrzewały pomidory. Miejscowe kobiety zbierały je do wiader i biegły rozdawać warszawiakom. Żołnierze konwojujący, którzy prowadzili cały ten pochód pozwalali na to. Mama dostała od jednej kobiety propozycję, aby zostawiła im pod opieką najmłodszego, niesionego na ręku, 2-letniego mego brata. Doszliśmy do Okęcia na teren fabryki urządzeń oświetleniowych Marciniaka. Był to pierwszy punkt postojowy, na ogrodzonym terenie fabryki. Tam na nas czekał przyjaciel ze studiów mego Ojca, inż. Bronisław Zabłocki, (ojciec Wojciecha, słynnego architekta i szablisty). Urodzony i wychowany „we Wiedniu”, świetnie mówił po niemiecku . Z Wawelskiej, gdzie mieszkali, Zabłoccy byli wysiedleni trochę wcześniej. „Pan Brońcio” na Okęciu dogadał się ze strażnikami Austriakami i tam na nas czekał, chcąc nas uratować z transportu. Dzięki niemu, gdy transport do Pruszkowa już odszedł, to nas ze względu na to, że było pięcioro dzieci, babcia staruszka, zostawili, niby na odpoczynek. Jak się uspokoiło, wyprowadził nas stamtąd i uciekliśmy do Podkowy Leśnej, gdzie mieszkała stryjenka Hela „Lucjanowa”.
Można powiedzieć, naszym szczęściem było, że mieszkaliśmy na Ochocie, choć i tu wiele tysięcy naszych współmieszkańców zostało w okrutny sposób zamordowanych, głównie przez rosyjskich kryminalistów - żołdaków brygady RONA.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem. Ty i Twoja Rodzina mieliście niebywałe wręcz szczęście. Chciałbym zapytać, czy pamiętasz kiedy Twój Ojciec przygotował te betonowe bloczki, i jak tłumaczył swoje działania?

Pozdrawiam

PS. Tzw. Reduta Kaliska (dom Monopolu przy ul. Kaliskiej jeden i sąsiednie budynki przy Grójeckiej, Niemcewicza, Szczęśliwickiej i Kopińskiego) była broniona do 9 sierpnia przez oddział pod dowództwem por. Andrzeja Chyczewskiego, ps. Gustaw.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#373079

patrz historie rodzinne 1939:
http://niepoprawni.pl/blog/5462/historie-rodzinne-wrzesien-1939-r-gdzie-i-w-jakich-okolicznosciach-nauczylem-sie-chodzic

Także zwykła zapobiegliwość i umiejętność przewidywania. Przecież zbliżał się wschodni front, a tym samym ostrzały artyleryjskie, bombardowania.

Tak, Monopolu Tytoniowego.
**********************************
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

********************************** Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

#373083

Dla historyka są bezcenne.
Myślałem, żeby "zaczepić" Pana o wspomnienia po pańskim wpisie ( o "krowach) pod moją ostatnią notką, ale jakoś nie śmiałem.
Teraz zachęcam do dalszego dzielenia się swymi wspomnieniami.

Serdecznie pozdrawiam z dziesiątką

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#373093

To wielkie wrażenie - czytać wspomnienia bezpośredniego świadka. Bardzo dziękuję za podzielenie się nimi.
Moja rodzina, a konkretnie najstarsza siostra mojej mamy wraz ze swoim mężem, też znaleźli się na Zieleniaku, wypędzeni z ul. Wawelskiej. Im z kolei udało się jakoś dotrzeć do podwarszawskiego Wiśniewa, gdzie mieszkała inna część rodziny, choć po drodze zginęła ich mała córeczka.
Niestety, nie mogę ich już o nic więcej spytać, bo zmarli oboje wiele lat temu.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#373104

 Pozdrawiam z dychą!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#373107

.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

********************************** Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

#373303