Bliski Wschód - straszno i śmieszno

Obrazek użytkownika Patryk Gorgol
Świat

Wyobraża ktoś sobie koalicję Narodowego Odrodzenia Polski z Sojuszem Lewicy Demokratycznej? Nie? A w Izraelu jest to możliwe. Programy programami, a stanowiska przecież trzeba rozdzielić.

W Izraelu powołany został nowy rząd z Benjaminem Netanjahu (Likud) na czele, Awidgorem Liebermanem (Nasz Dom Izrael) jako Ministrem Spraw Zagranicznych oraz Ehudem Barakiem (Partia Pracy) jako Ministerm Obrony Narodowej.

W tym rządzącym triumwiracie najbardziej dziwi obecność Ehuda Baraka, lidera Partii Pracy. Awoda zapowiadała, że nie wejdzie do rządui, co programowo wydawałoby się oczywiste. W końcu jednak doszło do zawarcia koalicji. Jeśli o potencjalnej koalicji partii prawicowych pisałem jako o „egzotycznej koalicji” ze względu na obecność Liebermana, o tyle obecny układ ośmielę się nazwać „kosmicznym”. To będzie już tylko czysta polityka i gra kompromisów. Programy głównych koalicjantów (do Likudu, Naszego Domu Izrael i Partii Pracy należy dodać religijną partię Szas) się po prostu wzajemnie wykluczają. Brakuje jeszcze tylko Kadimy, a nowy rząd moglibyśmy nazywać „Dream Teamem”.

Jest to zatem w głównej mierze rząd techniczny. Netanjahu dużo ryzykuje, ale zdecydował się na taki krok, gdyż w ten sposób „cywilizuje” swój gabinet. Barak to doświadczony polityk, był jedną z twarzy izraelskiej interwencji w Strefie Gazy. Koalicja z Partią Pracy będzie dobrze widziana w Waszyngtonie. To już nie czasy, gdy scena polityczna była zdominowana przez Awodę i Likud. Jeśli do politycznego pragmatyzmu dodamy fakt, że w kwestii palestyńskiej Partia Pracy i Likud są od siebie naprawdę niedaleko, to rząd techniczny jest jak najbardziej realny. W sprawie Palestyny sytuacja jest bardzo klarowna. Nie będzie żadnych rozmów ani postanowień, dopóki Palestyńczycy nie porozumieją się między sobą Piłeczka jest po stronie Hamasu. Jeśli chcą negocjacji to muszą uznać Izrael i zmienić statut. Lider Fatahu, Mahmud Abbas, zdaje sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Nie ma jednolitego rządu palestyńskiego, a nowa koalicja zapowiada zaostrzenie polityki. Na czele resortu spraw zagranicznych staje człowiek, którego Palestyńczycy – nie bez podstaw – uznają za rasistę. Rząd Netanjahu nie będzie izolowany, ale na pewno znajdzie się pod stałą obserwacją.

Jakkolwiek by na sprawę nie patrzeć – krok muszą zrobić Palestyńczycy. Obecny chaos to jednak sprzymierzeniec Hamasu, który dzięki niemu buduje swoją popularność. Izraelczycy wybrali „jastrzębie”. Żydzi są zmęczeni „procesem pokojowym”, który do niczego nie prowadzi. Pierwszego kwietnia minister Lieberman powiedział, że obecnego rządu nie obowiązuje deklaracja z Annapolis z 2007r i wcale nie był to primaprillisowy żart. Mówiła ona o tym, że Palestyńczycy i Izraelczycy będą działać w kierunku powstania niepodległej Palestyny. To bardzo wymowne, ale prawdopodobnie mamy do czynienia z elementem gry politycznje, gdyż ten sam Lieberman dodał, że naturalnie stosować się będzie do założeń mapy drogowej i innych podpisanych porozumień. Początki zatem wcale nie są tak straszne, jak niektórzy przypuszczali. Kluczowe decyzje i tak podejmować będzie Barak z Netanjahu, a to doświadczeni gracze. Wycofanie się z Annapolis fatalnie wygląda, ale nie zmienia ani trochę stanu faktycznego (i przyszłego zresztą też), bo po drugiej stronie nie ma z kim rozmawiać.

Na całe szczęście na Bliskim Wschodzie obowiązują inne zasady mojego ulubionego przedmiotu – logiki. Skoro możliwa jest koalicja partii świeckiej z partia religijną, lewicy ze skrajną prawicą, to czemu – po spełnieniu określonych warunków – do rozmów miałoby nie dojść? Obecna sytuacja to też doskonały test relacji izraelsko-amerykańskich. Okaże się, kto w tym układzie jest szyją, a kto głową. Administracja amerykańska zapowiadała nasilenie nacisków, których celem jest wznowienie rozmów pokojowych. Benjamin Netanjahu mówił też o tym, że chce uregulować stosunki z arabskimi sąsiadami. Chodzi głównie o Syrię. W odpowiedzi prezydent Syrii mówi o konieczności uregulowania kwestii Wzgórz Golan – na drodze wojny albo rozmów Realność wybuchutakiej wojny jest naprawdę niewielka. W konwencjonalnym starciu Izrael wygrałby konflikt z Syrią. Damaszek coraz częściej wysyła sygnały, że sprawę można uregulować na zasadzie „pokój za ziemię”. Różnica stanowisk jest bardzo duża. Wzgóza Golan to miejsce niezwykle istotne ze strategicznego punktu widzenia. W grę wchodziłaby zatem głównie demilitaryzacja. Nieoficjalne rozmowy zostaly ponoć przerwane wraz z początkiem interwencji w Strefie Gazy.

Na Bliskim Wschodzie sytuacja jest bardzo dynamiczna. To specyfika i uroda tego regionu świata. Perypetie nowego rządu na razie przypominają legendarną „Modę na sukces”, ale kosmicznej koalicji nie można przekreślać. Od szaleństwa do geniuszu jest naprawdę niedaleko, a historia pokazuje, że najwięcej dla pokoju w tamym rejonie świata robili bardzo często politycy radykalni, uważani przez Arabów za uosobienie szatana. Menachem Begin i Ariel Szaron są tego doskonałym przykładem. Swoją drogą ciekawie muszą wyglądać konsultacje międzypartyjne w ramach koalicji....

Na podobny temat:
- Rozmówki palestyńsko-palestyńskie i izraelsko-izraelskie
- Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

pzdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

antysalon

#17211

a nawet w pewnym sensie mi imponuje. Izraelczycy są bardzo temperamentni i potrafią radykalnie demonstrować swoje poglądy, ale mają żelazne poczucie racji stanu, co świadczy o politycznej mądrości elit. To godne szacunku.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#17241

Izraelczycy nie mają wyboru.Zabrakło Szarona, któremu wierzyli bezwzględnie, znając zarówno jego okrucieństwo, jak poglądy na temat Palestyńczyków. Jednak ewidentnie przegrana "walka na macice" nie pozostwiła Szaronowi złudzeń: te plemiona, bez względu jak bardzo chcemy je nazywać narodami ( i jak bardzo oni tego chcą), nie mogą żyć w tym samym państwie.Bo jedno z nich zostanie zmiecione( czytaj: zarzucone czapkami przy urnach). To kwestia ocalenia narodu, który rzucił na szalę bardzo wiele, żeby nie rozmyć się w morzu narodów. I bardzo wiele stracił.

Jednak z chwilą, kiedy Izrael wrócił do Ziemi Obiecanej, dwa tysiace lat europejskiej kultury natychmiast wzięło w łeb: wrócili do korzeni, kiedy to obowiązywało prawo herem- "do ostatniego jagnięcia". Została tylko cywilizacja materialna, czyli to, co można kupić, zresztą nie za swoje.

Krew jest krwią, zwłaszcza w pionierskich warunkach.A tam wciąż są pionierskie warunki.

Ale ostatni atak na Gazę tak bardzo kojarzył się z powstaniem w getcie, że prawo moralne zostało zbrukane.Świat od dawna przestał współczuć, a po Gazie po prostu się wzburzył.
Zawsze zostaje ewentualność, że trzeba będzie gdzieś wracać, czego Izraelczykom nie życzę, ale to zależy od nich.
Jak mogliby żyć w Europie po tym, co się stało?
Jesli to masz na myśli, mówiąc o pragmatyźmie - to się zgadzam.
Bo jak dotąd - wiecznie się dają "wpuszczać w maliny". I przypuszczam, że Palestyńczycy "nie są tacy biedni, jak obdarci" - też doskonale wiedzą, co robią, prowokując ataki.Może przechytrzyli, ale faktycznie to w końcu oni zwyciężyli.Gaza dostanie kupę kasy - i niech ktoś spróbuje zniszczyć im to, co za to zbudują!
Oni żyją wciąż p.n.e. - i mam tu na myśli zarówno Żydów, jak Arabów. Zmieniła się tylko technika.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

mona

#17272

z Jerozolimy może mieć racje twierdząc, że tylko szybki podział Palestyny z Jerozolimą włącznie między Izraelczyków i Arabów jest szansą na uratowanie Izraela jako państwa. Mówiła mi dość długo o tym, że przy kontynuowaniu postawy konfrontacyjnej jej kraj w ciągu 20 lat zniknie z mapy. Dlatego o Szaronie inaczej nie mówiła, jak "ta świnia Szaron" i uważała go za najniebezpieczniejszego wroga Izraela. Twierdzi, że w Izraelu panuje apartheid, a więc demokracja jest tylko dla Żydów i tak nie może dalej być, trzeba to skończyć przez podział i tyle.
Będąc czytelnikiem Biblii, zapytałem Ninkę ze zgrozą:"To jak to, Jerozolimę też dzielić?". A ona ze spokojem skwitowała: "A dlaczego by nie?". Należy do Machsom Watch, organizacji pokojowej, kontrolującej traktowanie Arabów na tzw. "check points" i jest przerażona dyskryminacją i prześladowaniem owych Arabów. Uważa, że jeśli to się radykalnie nie zmieni, to będzie po Izraelu. Ale nie znajduje ona i jej towarzysze żadnego zrozumienia w społeczeństwie. Opowiadało (w co nie chce się wierzyć), że przejeżdżający samochodami Izraelczycy krzyczeli do nich: "Szkoda, że was w tej Europie wszystkich nie zagazowali. Tak więc idzie tam na ostro.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#17285