Nowe zęby przewodniczącego - powieść oparta na faktach (prasowych) - odc. 3

Obrazek użytkownika payssauvage
Kultura

III.

 

Juliusz Witryna zmierzył wzrokiem salę jadalną restauracji "Puchacz i kumple", w której od ponad trzech godzin odbywało się wyjazdowe "posiedzenie" zarządu Płaszczyzny Postępowej. W tej chwili sala ta, bardziej niż jakikolwiek szanujący się lokal gastronomiczny, przypominała pobojowisko zawalone "trupami" pijanych do nieprzytomności działaczy Płaszczyzny, walającymi się pomiędzy niedopitymi butelkami, resztkami jedzenia i poprzewracanymi krzesłami.

 

Trzeba tutaj wszakże zaznaczyć, że ci z działaczy Płaszczyzny, którzy jeszcze trzymali się na nogach na widok "krwawego Juliusza" niemal w jednej chwili wytrzeźwieli. Inna sprawa, że nie było ich wielu: Kłapacz, Kichawa-Jabłońska, Ziemniak, Kupka, Borsukowicz plus trzech mniej znanych opinii publicznej aparatczyków partyjnych. Były to najmocniejsze głowy w Płaszczyźnie - oczywiście najmocniejsze do wódki, a nie do myślenia.

 

I to na nich właśnie, skoro cała reszta była nieprzytomna, spadł straszliwy gniew Juliusza Witryny.

 

- Wy fujary, wy ciamajdy, wy gamonie - pieklił się Witryna. - To tak się naradzacie nad odsunięciem Kaczorowskiego od władzy, moczymordy zafajdane?!

 

- Juliusz, myśmy tylko... -zaczęła Mańka Kłapacz, ale Witryna przerwał jej brutalnie.

 

- Milcz, jak do mnie mówisz! - wrzasnął przewodniczący. - Co "wyście tylko", tępa dzido?! Na pięć minut nie można was zostawić samych, bo zaraz narobicie gnoju, jak wtedy z tym ciamajdanem!

 

Działacze Płaszczyzny pospuszczali głowy w milczeniu. Przypomnienie nieudanego puczu, kiedy to Płaszczyzna Postępowa do spółki z partią Przedwczesna Abelarda Ceausescu próbowała obalić rządy Sprawiedliwego Prawa blokując salę sejmową, podziałała na kolegów Witryny, jak bolesny sztych prosto w serce. Wprawdzie od czasów tej hucpy minęło już prawie trzy miesiące, ale ludzie nadal pamiętali tę kompromitację i nadal śmiali się z działaczy Płaszczyzny.

 

- Ech, gdyby nie ja, - krzyczał dalej Witryna - to byście kopali rowy, albo zbierali psie kupy z chodnika, bo tylko do tego się nadajecie! A ty Kłapacz, to już w szczególności. Jakby cię Tasak po pijaku nie wyznaczył na premiera, żeby mi zrobić na złość, to teraz byłabyś babką klozetową na dworcu w Koluszkach, a nie posłem!

 

Posłowie Płaszczyzny nadal stali ze spuszczonymi głowami, w milczeniu, niczym grupka uczniaków strofowana przez surowego nauczyciela. Niektórzy z nich nawet bali się oddychać, bowiem mało kiedy widywali szefa tak rozjuszonego.

 

Istotnie. Juliusz Witryna, wprawdzie nigdy nie przebierał w słowach, ale tego dnia wściekł się jak nigdy. To widok stanu do jakiego doprowadzili się jego podwładni tak na niego podziałał. Nie chodziło jednak o to, że działacze Płaszczyzny nie poświęcili się pracy merytorycznej, tak jak powinni byli. Wprawdzie oficjalnym powodem posiedzenia było opracowanie planu odsunięcia od władzy Sprawiedliwego Prawa, ale Witryna wiedział, że jego koledzy niczego nie wymyślą - najwyżej sobie trochę pogadają i tyle. Od myślenia był on.

 

Jednak jadąc tutaj liczył na to, że będzie mógł się pochwalić swoimi nowiutkimi, pięknymi zębami. Spodziewał się zachwytów, achów, ochów, a spotkał go srogi zawód.

 

Najbardziej jednak dotknęło go to, że koledzy zaczęli pić bez niego. Wprawdzie przewodniczący spóźnił się ponad dwie godziny, ale przecież telefonował, że będzie "minutkę później".

 

Powinni byli na niego zaczekać. Powinni byli zaczekać, a nie zaczekali...

 

Podejrzliwy ponad wszelkie pojęcie Witryna nawet w takim, wydawałoby się, błahym szczególe dopatrywał się podtekstów politycznych.

 

"Czyżby przestali się mnie bać?..." - przemknęło przez głowę Witrynie. "To pewnie zwycięstwo Tasaka tak rozzuchwaliło tych patafianów..."

 

Ronald Tasak, były premier i poprzednik Witryny na stanowisku przewodniczącego Płaszczyzny, miał w partii wielu zwolenników. Kiedy Tasak prysnął do Brukseli i został tym całym operetkowym prezydentem Europy z bajeczną pensją i bez żadnych realnych kompetencji, jego stronnicy w kraju ucichli, przyczaili się, ale teraz, ośmieleni zwycięstwem Tasaka, mogli poczuć wiatr w żagle.

 

Czyżby w partii formowała się opozycja?... Za dwa lata skończy się kadencja Ronalda Tasaka i pewnie będzie chciał on powrócić do kraju. Być może zapragnie powalczyć o prezydenturę. Czy aby już teraz nie zaczął pracować nad odebraniem Witrynie partii?...

 

Nagle Witryna zauważył, że pod jednym ze stolików stojących tuż przy ścianie ktoś się szamocze i wydaje z siebie jakiś niezrozumiały bełkot.

 

Przewodniczący podszedł bliżej i aż oniemiał ze zdumienia i z oburzenia. Pod stolikiem leżał jego ulubieniec, poseł Michałek Próchnica, przez kolegów z Płaszczyzny złośliwie nazywany "Szczerbaty". Ktoś go zakneblował i związał sznurem zrobionym z porwanego na kawałki obrusa, a jakby tego jeszcze było mało, Próchnicę wysmarowano szminką i tuszem do rzęs.

 

- Natychmiast mi go rozwiązać! - krzyknął Witryna.

 

Ziemniak i Kupka błyskawicznie wypełnili polecenie przewodniczącego.

 

Kiedy tylko wyjęto mu knebel, z ust cierpiącego na chroniczny słowotok Próchnicy wylał się niepowstrzymany potok słów.

 

- Panie przewodniczący kochany, ja i mówiłem, żeby nie pili, ja im tłumaczyłem, że pan przyjdzie i będzie pan zły. Ale oni mnie nie słuchali, panie przewodniczący kochany, tylko mnie wyzywali "Szczerbaty".

 

- Lizus!

 

- Świnia!

 

- Kabel!

 

Ze wszystkich stron posypały się ciche wyzwiska, jednak Witryna uciął je nienawistnym syknięciem:

 

- Cicho, k...!

 

- A potem, panie przewodniczący kochany, to oni mnie związali i zakneblowali, - trajkotał dalej Michałek Próchnica - ale zanim wepchnęli mi do ust starą, dziurawą skarpetę Ziemniaka, to Mańka Kłapacz wysmarowała mnie szminką i tuszem do rzęs i... I powiedziała, że ja to powinienem nosić makijaż, bo... Bo...

 

Tutaj Próchnica przerwał, głos mu się załamał, dolna warga zaczęła drżeć. Po chwili Michałek nie wytrzymał i wybuchnął płaczem.

 

- Pa... Panie przewodniczący kochany!....

 

Widok ten wzruszył zakamieniałe serce Juliusza Witryny.

 

- No, już Michałek, no już... Nie trzeba płakać, nie trzeba... - najczulej jak potrafił szeptał Witryna, tuląc Próchnicę do piersi i starając się go uspokoić.

 

Tamten łkał jeszcze przez pewien czas. Jednak po jakichś pięciu, czy sześciu minutach przestał się wreszcie mazać.

 

Witryna nadal tuląc czule Próchnicę w swoich objęciach i głaszcząc go po łysiejącej główce wysyczał nienawistnie do pozostałych:

 

- Zapłacicie mi za to! Drogo mi za to zapłacicie...

 

Ciąg dalszy nastąpi...

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.5 (głosów:7)