Rzeka

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Czas mija a pandemia trwa. Jak przyszła tak siedzi i nie chce odejść. Z jaką przyjemnością i ulgą chciałoby się jej rzec: żegnaj! Odejdź i nie wracaj. Choć mnie osobiście pandemia nie dotknęła szczególnie mocno – nikt z moich bliskich, czy znajomych, ani nie zachorował mocno, nie trafił do szpitalu, ani nie umarł. Ale zaraza jest, i wisi nad głową, jak ciężka, czarna, burzowa chmura, i nigdy nie widomo, kiedy chluśnie deszczem. A wtedy może być i będzie bardzo… nieprzyjemnie, oględnie mówiąc. Matematyka głosi prawo wielkich liczb. Mamy pandemię, czyli powszechną zarazę. Z miliona populacji pewna część zostanie zainfekowana, z tych część zachoruje, spośród chorych pewien odsetek przejdzie chorobę ciężko, albo bardzo ciężko, z których z kolei część umrze. Można policzyć prawdopodobieństwo zachorowania, ciężkiej choroby, i śmierci. Prawdopodobieństwo, które jest funkcją czasu i przestrzeni. W pewnych regionach zachorowań jest mniej, w innych więcej, więc to prawdopodobieństwo zależy od tego, gdzie znajduje się łózko w którym śpimy. Prawdopodobieństwo to również zmienia się w czasie. Pandemia zawsze przychodzi i odchodzi falami. Właśnie minął nas szczyt trzeciej i najcięższej fal pandemii choroby COVID-19.

    Pierwsza fala z wiosny zeszłego roku, była bardzo łagodna. Wirus SARS-COV-2 dopiero co przybył i rozgaszczał się w nowym miejscu i rozglądał, leniwie się zastanawiając, co by tu zrobić. Podobnie wilk, gdy wedrze się do zagrody, nie rzuca się od razu na owce, lecz owszem, coś tam przekąsi, wiec jakąś owcę zagryzie na przekąskę przed głównym daniem, lecz drapieżnik spokojnie, bez pośpiechu, rozgląda się, zastanawia. Wilk wie, że wszystkie owce są i tak jego. Druga fala z późnej jesieni była bardzo ciężka, wirus SARS-COV-2 pokazał, co potrafi. Lecz nie tak ciężka i śmiertelna, jak obecna, trzecia fala, z wiosny. Której szczyt już minął, jak się zdaje, a my powoli zsuwamy się z grzbietu tej najwyższej, trzeciej fali.

    Czy będzie czwarta fala? Pewnie będzie. Kiedy? Zapewne na jesieni; jesień i wiosna to ulubione pory roku wirusów, co potwierdza dotychczasowy przebieg pandemii. Być pewnie będzie, lecz kolejna fala nie powinna być wyższa, a znacznie niższa od trzeciej fali. Dlaczego? Powody są dwa. Z badań przesiewowych widomo, że nawet połowa populacji ma antyciała, więc zetknęła się z wirusem SARS-COV-2 i ma jakąś własną odporność na wirusa. Po trzeciej fali ten odsetek zdecydowanie wzrośnie. Wreszcie mamy szczepionki. To prawdziwy cud, cud nauki, który nie przestaje mnie zadziwiać, że w ciągu roku naukowcy pracujący dla kilku firm zdołali opracować kilka szczepionek o skuteczności dziewięćdziesięciu kilku procent! Naprawdę, niezwykłe osiągnięcie. Szczepionki ocalą tych, których nie uchroni własna odporność. Są oczywiście tacy, co się nie zaszczepią. Albo przeżyją chorobę, albo nie. Kto nie chce się szczepić, niech się nie szczepi. Ich sprawa i ich problem.

    Z badań wiadomo, że pokolenia po Czarnej Śmierci, pandemii dżumy z XIV wieku, były zdrowsze i silniejsze, niż te przed. Dżuma wykosiła wszystkie słabe, ułomnie osobniki w ludzkiej populacji Europy. Umarło wówczas, bagatela, od jednej trzeciej do połowy ludności Europy według różnych szacunków. Trzeba się więc pogodzić z tym, że pozytywnym skutkiem obecnej pandemii będzie wzrost średniej inteligencji na skutek wzmożonej śmiertelności osobników głupich, zacietrzewionych, i zapamiętałych w swojej głupocie. Wracając do liczb: w ówczesnej Polsce, którą dżuma potraktowała wyjątkowo łagodnie, jak się szacuje umarło około 10% populacji, czyli jedna osoba na dziesięć. Obecna pandemia to mniej niż jedna ofiara na pięćset. Czarna śmierć to dno dna nieszczęść, lecz epidemia grypy – hiszpanki sto lat temu również przyniosła o wiele więcej ofiar. Mamy szczęście, naprawdę mamy wielkie szczęście w tym nieszczęściu, jakim jest pandemia choroby COVID-19, bo mogłoby być o wiele, wiele gorzej. W kategoriach ludzkich obecna pandemia to nie jest cios w serce, ani nawet nie złamanie nogi, to lewe szturchaniec, albo lekki klaps w pupę, jaki mama wymierza niesfornemu dziecku.

    Matematyka: rozkłady, prawdopodobieństwa, prawo wielkich liczbo, itp. to tylko część prawdy. Wcale nie najważniejsza część prawdy. Matematyka mówi, że jeden to o wiele, wiele mniej niż miliom. Jedynka to poprawka w szóstym miejscu po przecinku. Bez znaczenia. Ale jednostka to całość. Jednostka nie podlega prawu wielkich liczb, ani statystyce. Ale podlega prawom fizyki i biologii. Jeden to całe sto procent. Jeden znaczy tyle co cały świat. Kiedy człowiek umiera, to jakby cały świat umierał, jak ktoś słusznie powiedział. Miliony ofiar pandemii tyle znaczą, co gwiazdy na nocnym niebie, daleki, zimne, obojętne. Lecz gdy zachorujesz, ty, albo ktoś ci bliski, to ta cała matematyka nawet funta kłaków niewarta.

    Wtedy zaczyna się inna, własna prawda, prawda osobista, jakby wypalona rozżarzonym żelazem na własnej skórze. I na cóż się wtedy zda ta cała matematyka, te obliczone prawdopodobieństwa zachorowania, czy zgonu? Nie mam pamięci do wierszy. Kiedy uczyłem się wierszy w szkole to pamiętam, że słowa jakoś mi się ruszały, przestawiały, nie chciały tkwić na swoich miejscach. Kiepska sprawa, gdy trzeba nauczyć się wiersza na pamięć i wyrecytować przed klasą i panią od polskiego. Ale pamiętam kilka wierszy, raczej epigramatów. Przytoczę jeden z nich Anioła Ślązaka (1624-1677) w kongenialnym tłumaczeniu Adama Mickiewicza powtarzany przez lata jak mantrę:

Bądź istotny człowiecze, bo kiedy świat minie,

Zostanie co istotne, przypadkowe zaś zginie.

 

Tylko, czy to prawda? Jeśli świat zginie, to nic nie ocaleje. Zginie i to co przypadkowe, i to co istotne. Może to istotne na końcu, choć to też nie jest pewne. Wszystko, co jest na tym świecie, podlega prawom tego świata, wiec również prawom rozpadu. Rozpadu i ponownego tworzenia. Odwiecznego recyklingu. Podlega mu zarówno materia kosmiczna, jak materia na ziemi. Jak gwiazdy rozbłyskają i gasną, tak ludzie rodzą się i umierają. Jeśli jesteśmy cali z tego świata, to nic nie ocaleje. Ocaleć może tylko ta odrobina nie-z-tego-świata, ta cząstka duszy dana od Boga. Zdanie prawdziwe, jeśli ktoś wierzy w Boga… Ten epigramat Anioła Ślązaka, to wyznanie wiary człowieka głębokiej wiary. Prawdziwe, albo fałszywe, zależnie do wiary, czy się ja posiada, czy też nie. Zdanie logiczne nie może być jednocześnie prawdziwe i fałszywe.

    A co jeśli ktoś nie ma wiary w sobie, ani nie zechce jej szukać? Tu trzeba zacytować inny epigramat nieznanego z nazwiska poety, pewnie Greka, z epoki późnego antyku, ery rozpadu imperium romanum (w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka):

Do pracy starczy sześć godzin, a te, które po nich zostają,

Swymi znakami cię uczą: śmiertelny jesteś, więc żyj!

 

Ładniejsze to niż proste maksymy typu: żyj, i używaj życia. Albo poczciwe, staropolskie, z epoki saskiej: jedz, pij i popuszczaj pasa. Z łaciny: primum vivere, deinde philosophari (najpierw żyj, potem filozofuj), czy Horacego: carpe diem (chwytaj dzień). I wiele innych, mniej lub bardziej zgrabnie wyrażających tę samą myśl. Że jesteśmy cali z tego świata i nic po nas nie zostanie. Liczy się tylko tu i teraz. System zerojedynkowy: jeden – jesteś, czyli jest wszystko, zero – nie ma nic. Zostańmy przy Aniele Ślązaku i tym anonimowym Greku, na których niby na przyporach czy słupach wspiera się cała konstrukcja łuku. Albo końcach przedziału, w którym mieszczą się pośrednie stany. Ludzie zazwyczaj nie wybierają skrajnych stanów. Wolą ten obszar pomiędzy. Obaj żyli w czasach przełomu. Anioł Ślązak, wojna trzydziestoletnia – największa masakra w dziejach Niemiec. Grek żył w epoce najazdów barbarzyńców, ciągłych wojen z barbarzyńcami i wojen wewnętrznych. Wojnom towarzyszy głód i powracające fale zarazy. I dla Anioła Ślązaka, i dla tego Greka, nasze dzisiejsze kłopoty z wirusem SARS-COV-2 byłby śmiechu warte lub niegodne wzmianki.

    Która z tych postaw wybrać? Tego nie wiem. Nie jestem od tego, by mówić komuś, jak ma żyć. Zresztą nikt nie potrzebuje rad w tej materii. To każdy wie sam. Każdy sam dźwiga na plecach swój worek z błędami, zazdrośnie go strzegąc przed innymi, nie pozwalając nikomu go ruszyć. Skoro własne dzieci puszczają mimo uszu nauki rodziców opłacone gorzkimi doświadczeniami, to czego wymagać od obcych, postronnych osób? Nie wiemy, jak nazywa się papuga na trzy litery z krzyżówki, albo jak naprawić kontakt, czy dlaczego podeszwa do buta się odkleiła, ale jak żyć? To wie każdy. I niech tak pozostanie. Ważne, że takie pytania powstają, i że trzeba na nie opowiedzieć. Tak, czy inaczej, ale tego się raczej nie da uniknąć w dobie zarazy. I to jest zasługa tego naszego nieszczęścia, tej pandemii. Kiedy sięgnąć pamięcią do czasów sprzed pandemii, czyli zaledwie z przed półtora zaledwie roku, to jakie były problemy? Czy na wakacje jechać do Grecji czy do Hiszpanii? Czy na wyspy Kanaryjskie? Czy wybrać dietę pro biotyczną, czy śródziemnomorską? Czy w serialu jakimś tam, bohater X wreszcie prześpi się z bohaterką Y, czy zostanie partnerem Zeta? A może razem, we trojkę, zgodnie będą sobie wzajem dogadzać? I tak dalej. U nas, w tym naszym zatęchłym zaścianku, mieliśmy po prawdzie inne problemy, ale tu mowa o tych lepszych, postępowych Europejczykach. Lepszych ludziach, którym sen z powiek spędza a to efekt cieplarniany, a to los niedźwiedzi, hien, małp szeroko, czy wąskonosych, czy wielorybów, albo wycinanie lasów deszczowych, lub inne tego rodzaju problemy. Nastoletnia Szwedka – rozwydrzona i po prawdzie głupia, jak to szwedzkie nastolatki – została gwiazdą postępowych mediów, bowiem jeździła po świecie i publicznie ucierała nosa rozmaitym przywódcom za to, że nie dość, jej zdaniem, troszczą się o zmiany klimatu. Czy to nie jest dziwne i znamienne, że ci, którzy drżeli o rzekome ocieplenie Ziemi, dziś ledwie mogą oddychać własnymi płucami?

    Natura pokazała im, i nam wszystkim, swoje miejsce. Jesteśmy takim samy gatunkiem, jak inne, tylko bardziej zarozumiałym, o ile przyjmiemy, że cali z tej ziemiańskiej gliny jesteśmy ulepieni. Teraz staliśmy się bardziej istotni, z musu, ale zawsze. Skończyły się tak zwane parady równości, gdy zwichrzone moralnie i zachwiane umysłowo osobniki publicznie epatują i chlubią się swoimi zboczeniami i perwersjami. To też jest plus. Problem w tym, że część, a może i większość wcale nie chce być istotnymi. Wolą życie błahe, ale lekkie, łatwe i przyjemne. Aby czerpać przyjemności z życia, po pierwsze trzeba żyć. A mamy pandemię. Nie można mieć wszystkiego. Jakże stara to prawda. Inni, trochę dziwaki, po trochu szalone, aspołeczne odludki, dalej będą starali się być istotni. Jak zawsze, wszystkie miejsca na luku życia, od skraja do skraja, będą zajęte. Co będzie dalej z pandemią? W końcu przeminie i odejdzie, jak wszystkie inne pandemie. Albo wirus SARS-COV-2 zostając się obłaskawi, oswoi jak grypa.

   Jaki będzie świat po pandemii? Taki jak przed nią, ale też inny. Świat się zawsze zmienia pozostając taki sam. Podobnie rzeka, która płynie taka sama, ale zawsze odmienna. A my w tej rzece płyniemy, póki się da, unoszeni z nurtem. Ale to już całkiem inna historia.

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)