A rzeczywistość skrzeczy

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie dają. Tak mówi przysłowie. Rwie się dusza do raju, ale stopy tkwią w błocie, ręce uwalane brudem, serce toczy ból, a dupa… cuchnie. Jak to dupa. Od tego jest. To rozdarcie między niebem a ziemią. Duszą a ciałem. Ideami a rzeczywistością. Rozdarcie w skali indywidulanej, i powszechnej: społeczeństwa, czy nawet państw. Lub grupy państw. Owo rozdarcie, ten rozdźwięk między ideami a rzeczywistością nigdy nie był bardziej odczuwalny niż w czasach słusznie minionych, w czasach komuny. Komuna to był ustrój „słusznych” haseł typu każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości… I tym podobne. Rzeczywistość była całkiem inna: bieda, korupcja, bezsilność, rozpasanie władzy… Ale ja nie chcę pisać o komunie. Wspomnę tylko zdanie bardzo popularne w tych czasach.

Gdy władza ludu pracującego ustami swych dziennikarzy i innych propagandzistów w telewizji, w prasie, w mediach chwaliła się swymi osiągnieciami, że tyle węgla wydobyto – węgla nie można było nigdzie kupić, że tyle mieszkań zbudowano – czas oczekiwania grubo ponad 30 lat – że tyle jest nowych lokomotyw lub statków zwodowano – to akurat nikogo nie obchodziło, mawiano… a rzeczywistość skrzeczy. Zdanie powszechne, w kabaretach i w życiu. Dzisiaj wielu nie rozumie sensu tego zdania. W oryginale Stanisław Wyspiański wkłada w usta Poety w Weselu te strofy:

Duch się w każdym poniewiera,

że czasami dech zapiera;

takby gdzieś het gnało, gnało,

takby się nam serce śmiało

do ogromnych wielkich rzeczy

a tu pospolitość skrzeczy

a tu pospolitość tłoczy,

włazi w usta, w uszy, oczy;

U Wyspiańskiego pospolitość; w PR-u, w swobodnej adaptacji to rzeczywistość skrzeczy. Rzeczywistość istotnie skrzeczy. Skrzeczała na początku XX wieku, gdy poeta pisał swój dramat, wcześniej zresztą także, skrzeczała szczególnie mocno po XX wojnie, w niesławnych czasach PRl-u, Rzeczywistość skrzeczy i dziś. Kilka opowieści.

Pierwsza z Belgii – kraju postępu. Belgijskie społeczeństwo jest tak słusznie postępowe, że wprowadzono tam eutanazję, zresztą wiele lat temu. Ostatnio w kolejnej fali robienia ludziom dobrze, łaskawie dopuszczono eutanazję nastolatków i dzieci. Eutanazja to skrócenie cierpień. Pozbawienie życia osoby cierpiącej i niemającej nadziei na wyleczenie czy zakończenie cierpienia, na jej prośbę lub żądanie. Taka jest idea. Jedni się z tym zgodzą, inni nie, lecz każdy kto widział, jak cierpią chorzy na niektóre choroby np. nowotworowe, ten z górę tego pomysłu nie odrzuci. Z drugiej strony, jak zauważył złośliwie już wieki temu de La Rochefoucauld: nie ma tak wielkiego, cudzego bólu, którego nie potrafimy znieść. Wracając do Belgi; w tym kraju postępu i tolerancji eutanazja dozwolona jest od lat. Opracowano całą procedurę. Pewna młoda, 36 letnia kobieta chorująca na raka postanowiła skrócić swe cierpienia. Zgodnie z prawem i procedurą. Przybył do niej lekarz i dwie pielęgniarki. Lekarz podał leki. Zwyczajnie chcieli ją uśpić, jak psa. Ostatnio rękami lekarza weterynarii uśpiłem swego psa chorującego na raka. Mój pies zdechł, u tej kobiety leki nie zadziałały. Niestety, ale tak się zdarza. Lekarza pewnie nie miał więcej morfiny, czy innego „leku”. W braku laku, lekarz udusił pacjentkę poduszką. W prasie przetoczyła się fala oburzenia, Że eutanazja się udała! Jak się nie udała, jak się udała! Chciała baba zdechnąć, to zdechła. O co się rozchodzi? Że niby tak nie można? A dlaczego? Można zabić zastrzykiem z morfiny, a udusić poduszką to już nie? Ta kobieta i tak miała szczęście, że ten lekarz chwycił za poduszkę a nie zatłukł ją młotkiem. Swoją drogą, gdyby jakiś obywatel udusił poduszką powiedzmy… swoją sąsiadkę, to dostałby dożywocie, również przed belgijskim sądem, ja mi się zdaje. A ten lekarz i inni, dalej świadczą swoim „pacjentom” swoje „usługi medyczne”. Lekarze w Belgii i nie tylko tam mają prawo do zabijania. Cóż, czasy nowoczesności. I tradycji.

Lekarze niemieccy już w czasach III Rzeszy zyskali prawo do zabijania chorych pacjentów. Postawmy się w skórze niemieckiego lekarza. Ma pacjenta, który cierpi na zaawansowanego raka. Nic nie pomaga, nic nie można zrobić. Pacjent tyko jęczy i stęka, Rodzina nachodzi, płacze, męczy, spokoju nie daje. Czysta strata czasu wysoko wykwalifikowanego specjalisty, marnowanie leków i pieniędzy. Lekarz przecież musi szanować swoje zdrowie, oszczędzać swoje nerwy. Inaczej się wypali zawodowo i nie pomoże pacjentom, tym którym można pomóc. Jeden zastrzyk czy kapsułka i po kłopocie. Albo kula, nóż, łopata, siekiera, lub inne, podobne narzędzia. I po nowotworze. Kto powiedział, że nie ma leku na raka? Nic łatwiejszego niż zabić raka. Wystarczy poduszka, jak temu belgijskiemu lekarzowi. Lub inne wspomniane narzędzia wypraktykowane przez niemieckich teoretyków i praktyków eutanazji powszechnej. Co tu się dziwić, że podobnie jest dziś w Belgii, Holandii i innych postępowych, nowoczesnych, tolerancyjnych krajach z zalegalizowaną eutanazją. Oni tylko chcą pomóc nieuleczalnie chorym i cierpiącym. Idea niby piękna, a rzeczywistość skrzeczy.

Inny przykład: konwencja wyborcza głównej partii opozycji totalnej, platformy szerokiego postępu. Były dwie, konkurencyjne konwencje. Partii rządowej, tej z nazwy konserwatywnej. I głównej opozycyjnej partii, pretendentki do rządów ze swoim rudym przewodniczącym, dawnym „krulem europy”. Jak wyścig dwóch koni na finiszu. Mamy czas gorącej kampanii. Tu zajmę się konwencją głównej partii opozycji totalnej i jej ryżego wodza. Miało być tak pięknie i było. W zasadzie. Wielka hala, tłum zwiezionych zwolenników, wszyscy w białych koszulach z czerwoną obwódka serca. Że niby kochają tak Polskę. Rudy też w białej koszuli z czerwonym serduszkiem dwoił się i troił na scenie, aby dowalić rządowi. Wytknąć rządzącym nieudolność, korupcję, zdradę i wszelkie inne, wielki winy. Pomniejszych win tak zenie pominął. Tu był wielce skrupulatny. On sam jako obrońca uczciwości, niepodległości, tradycji i wszelkich innych cnót.

Dziś czytam w mediach głównego nurty, że prezes partii rządowej była slaby i nijaki, a ich konwencja to porażka. Że z partii rządzącej zeszło powietrze. Że wiec opozycji był świetny, wspomniały, cudowny i niezapomniany. Nadzieja na dobrą przyszłość. Że złotousty, rudy przewodniczący pokonał z kretesem prezesa. Że to przemawiał przyszły premier. Platforma lapie oddech i jej zwycięstwo to pewniak. Słowem: pełny tryumf. I byłoby cudnie, gdyby nie to jedno zdjęcie po konwencji partii opozycji. Obok koszy na śmieci piękny, okrągły bochen chleba z nazwiskiem przewodniczącego i konturem serca. Ten bochen chleba wypiekli najlepsi piekarze i wręczono go przewodniczącemu na powitanie, zgodnie z tradycją. Po konwencji, gdy zgasły reflektory i wyłączono kamery, nietknięty bochen staropolskiego chleba trafił na śmietnik. Jakaś dobra dusza zostawiła go koło śmietnika, by ktoś go sobie wziął. Miało być nowe otwarcie, początek zwycięskiej kampanii, a wyszło, co wyszło. Pokazało się co góra partii postępowej myśli o Polsce, tradycji, o kulturze. Żaden z nich nawet nie tknął tego chleba. Przecież oni – Europejczycy - wszyscy na diecie, takiej, owakiej czy bezglutenowej. Gdzie oni by jedli taki zwykły, przaśny, polski chleb. Jeśli chleb to francuski, włoski, a najlepiej niemiecki i koniecznie w wersji fit – minimum kalorii – o smaku i fakturze tektury. Polskie żarcie to niezdrowe świństwo! Mówią, że jeden obraz wart tysiąca słow. Ten obrazek wart miliona słów przelanych na konwencji partii postępowej, słów o postępie, tolerancji, szacunku dla tradycji, itp., itd. Idee ideami, przemówienia przemówieniami, słowa to słowa, a rzeczywistość skrzeczy. Partii postępowej ta kampania idzie jak po grudzie. A jak coś  nie idzie, to nie idzie. Tak to już jest. A rzeczywistość skrzeczy i dobija. 

 Ostatni przykład. Dziś odbywa się beatyfikacja zbiorowa rodziny Ulmów. Wiktoria i Józef Ulm oraz ich sześcioro dzieci zamordowali Niemcy za ukrywanie Żydów. Żydów zresztą także Niemcy zamordowali. Najmłodsze dziecko było w łonie matki, Wiktoria była w siódmym miesiącu ciąży. Marysia miała półtora roku, najstarsza Stasia – osiem lat. Niemcy mordują wszystkich: dorosłych, dzieci, Żydów i Polaków. Mordowali zgodnie z prawem, niemieckim prawem, dodajmy. W sumie zamordowali 17 osób. Jeden dzień, jedna mała wieś. Jest marzec 1944 roku, wieś Markowa. Dowodzi porucznik żandarmerii Eilert Dieken. On wydał rozkaz, strzela czeski folkdojcz, żandarm Józef Kokot. Po wojnie Eilert Dieken wraca do rodzinnego Esens, to małe miasteczko w Dolnej Saksonii na północy Niemiec. Gładko przechodzi denazyfikację i to trzykrotnie, wraca do pracy w policji. Robi karierę w niemieckiej policji, ma trzy córki, żyje spokojnie, lubiany i szanowany przez swoją małą, niemiecką społeczność. Eilert Dieken, jak miliony innych niemieckich żołnierzy i policjantów wykonywał tylko swoje obowiązki. Wykonywał rozkazy, jak każdy dobry, niemiecki żołnierz. O co się tu czepiać? Po co rozgrzebywać? Kto umarł, tego nie ma, liczą się żywi.

 Józef Kokot nie miał szczęcia. Nie udało mu się uciec do Niemiec. Władze Czechosłowacji wydały go i w 1958 roku został skazany, m. in. za zbrodnię w Markowej, na karę śmierci zamienioną na dożywotnie więzienie. Szybko umiera w więzieniu. Wiele się mówi o więziennej subkulturze, jak na przykład współcześnie więźniowe traktują pedofili. W 13 lat po wojnie wszyscy w więzieniach, tak więźniowie jak strażnicy, doskonale pamiętali niemiecką okupację, wielu przeszło przez niemieckie więzienia i obozy koncentracyjne. Były niemiecki żandarm, kiedyś pan życia i śmierci, zwykły więzień, jeden z nich, to musiała być nie lada gratka. Można pobić człowieka na śmierć. Za szybka i za łatwa śmierć. Można też bić go tygodniami bacząc, by nie przedobrzyć, by nie umarł za szybko. A strażnicy? Nie kiwnęli palcem w obronie esesmana. Oczywiście to tylko domysły, ale myślę, że znacznie lepszą, szybszą i po prostu przyjemną śmierć miałby Józef Kokot. gdyby go powieszono. Laska nie zawsze jest łaskawa. Przynajmniej ten jeden zapłacił choć w części za swoje zbrodnie. Przeciwnie Eilert Dieken. Przecież zbrodnia w Markowej to dla niego tylko jeden, zwyczajny dzień w pracy. Nie poznamy nigdy liczby jego ofiar podczas jego służby, jako dowódcy posterunku żandarmerii w okupowanej Polsce, ale sięga pewnie tysięcy.

 Eilert Dieken nigdy nie wyraził skruchy ani żalu. No bo za co? Nie rozpowiada o swojej służbie, jeśli już to o przyjaźni z Polakami, o zakupach na polskim targu. Jego najstarsza córka Grete nawet po dowiedzeniu się o rzezi w Markowej nie zmienia zdania o ojcu i nie przestaje mówić o nim w superlatywach. Mówi, że miała najlepszego ojca na świecie. Przez cały czas myślała, że on w czasie wojny ratował ludzi. Eilert Dieken ratował Polaków, Żydów? Gdyby żył dłużej, z pewnością by tak twierdził. Przecież Niemcy nic nie robili innego, tylko ratowali Żydów, a czasami Polaków. Niech będzie, że ratował, po niemiecku ratował. Mordował, by się dłużej nie męczyli życiem. „Wielce Szanowna Rodzino Ulmów! (...) Jestem córką zmarłego Eilerta Diekena. Na podstawie listów wiadomo mi, że podczas wojny pełnił służbę w Łańcucie. Ku mojej radości wiem, że wyświadczył ludziom wiele dobra. Zresztą niczego innego bym się nie spodziewała (...)” — napisała Grete Dieken w liście z roku 2013 do historyka do historyka Mateusza Szpytmy, zajmującego się zbrodnią w Markowej. Jak by to nazwać? Taki list, takie słowa? Czasem lepiej milczeć. Zostawię to bez komentarza.

Dla nas to, co się stało, jest okrutne. Mój mąż nigdy nie spodziewałby się tego po swoim dziadku. Jest nam przykro, wyznaje jej synowa. Istotnie, przykra sprawa. Może nie taka przykra jak dla rodziny Umów i tych pomordowanych Żydów, ale także przykra. Po niemiecku przykra sprawa. Nieprzyjemna sprawa. Tylu Niemców czyniło tyle dobrego w czasie wojny a tu taki powszechnie lubiany policjant. Taki smród. I za co? Esens zostało zbombardowane przez aliantów, zginęło 165 cywilnych mieszkańców. Spokojni, postępowi, tolerancyjni mieszkańcy Esens już uważali się za ofiary wojny, za ofiary nazistów, a takie nieprzyjemnie odkrycie. Niestosowne, niesmaczne, niepotrzebne. Miało być tak piękne. Mieszkańcy Esens, obywatele i obywatelki Niemiec mieli rozliczyć się wzorowo z nazistowskiej przeszłości; pokajać się za zbrodnie, odpokutować, zadośćuczynić, by z podniesionym czołem nieść pochodnie moralnej wyższość pośród ludy gorszego rodzaju… A tu wypływa sprawa byle porucznika, jakiegoś zwyczajnego policjanta, który ofiarnie służył postępowi i niemieckiemu prawu w jakiejś zabitej dziurze na dzikim wschodzie. Niby nic takiego. Kogo obchodzi kilku czy kilkunastu zamordowanych Polaków, nawet małych dzieci. Z Żydami gorzej. Ale w sumie… Niesmak w gębie niemieckiego lepszego mensza zostaje. Przynajmniej tak się łudzę. Większości Niemców to wszystko gówno obchodzi. Jak my dobrze wiedzą, że miało być tak pięknie a rzeczywistość skrzeczy.

Idee przychodzą, panują wszechmocnie i odchodzą ustępując ideom nowym, czyli lepszym. Idee się zmieniają, a rzeczywistość skrzeczy. Rzeczywistość skrzeczała, skrzeczy i będzie skrzeczeć. Niezależnie jakie ustroje nadejdą, jakie idee będą władać, to jedno jest pewne. I tak jest dobrze.

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (7 głosów)