Polska psuje się od Tuska

Obrazek użytkownika seaman
Kraj

Andrzej Seremet, mieniący się od 2010 roku pierwszym niezależnym i samorządnym Prokuratorem Generalnym w dziejach Trzeciej Rzeczpospolitej, obejmując urząd myślał, że korupcja w Polsce jest mniejsza. Dlatego dzisiaj jest „wstrząśnięty jej skalą”. Wcześniej nie miał takiej świadomości.

Ciekawa historia, bo chodzi o stan wiedzy prawnika-sędziego z wieloletnim stażem - któż, jak nie on powinien mieć właściwy, niezafałszowany obraz patologii w państwie? Ja osobiście znam mnóstwo ludzi z różnych środowisk, bynajmniej nie prawniczych, którzy w 2010 roku, czyli tym samym, w którym Seremet zasiadł na urzędzie, a nawet jeszcze wcześniej zdawali sobie sprawę z konsekwencji faktycznego przyzwolenia na korupcję przez rząd Donalda Tuska. O własnej osobie już skromnie zamilczę. Ale mniejsza z błogą nieświadomością Seremeta, radujmy się, że wreszcie przejrzał na oczy chociaż w tej jednej sprawie.

O ile dobrze pamiętam, to w październiku 2009 roku dowiedzieliśmy się, że Przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, czyli partii rządzącej, spotykał się na cmentarzu z reprezentantem jednorękich bandytów w celu uzgodnienia szczegółów legislacyjnych ustawy hazardowej. Jak ten proceder swojego bliskiego współpracownika skomentował szef rządu? Otóż Donald Tusk oświadczył wówczas, że konszachty wysokich urzędników państwa z jego nadania z szemranymi biznesmenami to była taka „nieudolna forma asertywnego zachowania”.

W ten frywolny sposób szef rządu skwitował korupcyjne praktyki osób ze swojego najbliższego kręgu. Był to pierwszy tak oczywisty sygnał dla środowisk żywotnie zainteresowanych praktykowaniem „nieudolnej asertywności” przez urzędników państwowych. Dosłownie w chwilę później został obwiesiom dany następny znak – Tusk winą za aferę obciążył posłańca złej nowiny o korupcji, czyli szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, które następnie zdziesiątkował. Trudno o bardziej czytelne przesłanie; kto ma uszy do słuchania, ten nie mógł mieć wątpliwości, że obietnica podjęcia przez Platformę Obywatelską rzeczywistej walki z korupcją była wyłącznie ochłapem wyborczym.

Potem sygnały się mnożyły i w zasadzie przy każdej aferze państwo Tuska puszczało filuterne oczko do tak zwanych przyjaciół skarbu państwa. Swoistym uosobieniem procederu przymykania oka na hopsztosy faworytów władzy była sejmowa komisja Przyjazne Państwo, do której każdy znajomy królika mógł przynieść projekt ustawy, a przede wszystkim liczyć, że zostanie potraktowany najpoważniej w świecie. Pewna kulminacja tej polityki Tuska nastąpiła przy aferze właścicieli spółki Amber Gold, której przekrętów przez lata nie zauważały niemal wszystkie instytucje państwa, a władze Gdańska z nadania PO wręcz uczestniczyły w promocji hochsztaplerów.

Wtedy to Donald Tusk wydał z siebie klasyczną już dzisiaj frazę o legalnych oszustwach, wobec których państwo ma być rzekomo bezradne. Ale ważniejszy sygnał poszedł do instytucji państwowych: premier skomentował ich kuriozalne i niewytłumaczalne (poza motywem korupcyjnym) zaniechania jako „brak refleksu i determinacji”. A warto przypomnieć, że chodzi między innymi o urząd skarbowy, prokuraturę, sąd karny i rejestrowy, a także NBP, służby specjalne, policję i inne instytucje państwa. Według premiera wszystkie te urzędy razem i każdy z osobna; w jednakowym czasie i w stosunku do tego samego podmiotu gospodarczego Amber Gold - zgrzeszyły jedynie „brakiem refleksu i determinacji”.

Czy władza może wyraźniej powiedzieć korupcyjnej hordzie, że jest bezpiecznie? I czy po tym sygnale od samego szefa rządu (to był sierpień 2012) można się dziwić temu, co dzieje się dzisiaj w Gdańsku? Afery mnożą się tam jak szczury w pegeerowskiej stodole – prezydent Adamowicz podejrzany o popełnienie przestępstwa - śledczy badają źródła pochodzenia jego majątku, gdyż idące w grube setki tysięcy darowizny od rodziny wydają się im wersją zbyt infantylną. Korupcja w urzędzie miasta - kilkanaście osób dostało zarzuty za łapówki przy przydziale mieszkań komunalnych; przekręty w przystani jachtowej podległej miastu, a także na miejskiej pływalni; ustawione milionowe przetargi w spółce wodnej dzierżawiącej miejską infrastrukturę.

Książki mają swoje losy, mówi łacińskie przysłowie, ale swoje konsekwencje mają także słowa polityków, a już na pewno ludzi z kręgów władzy. Czy po tych wiekopomnych frazach Tuska o nieudolnej asertywności oraz braku determinacji urzędników i instytucji państwowych (a przecież to tylko dwa przykłady) można się dziwić, że pod okiem i ręką rządu rozkwitła w najlepsze afera informatyzacyjna, która ma ponoć pod sobą wszystkie inne afery III RP? Afera, w której już zatrzymani zostali wysocy urzędnicy z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Głównego Urzędu Statystycznego, Centrum Informacji Statystycznej oraz przedstawiciele kilkunastu firm informatycznych. Czy to nie jest odzew na słowa i celowe zaniechania szefa państwa? Jak inaczej wytłumaczyć drastyczną powszechność korupcji, o której Prokurator Generalny Seremet dzisiaj mówi, że „sięga wysokich kręgów władzy i wszystkich dziedzin życia”?

Jest jedno akceptowalne przez rozum wytłumaczenie – przyzwolenie władzy, której taki stan jest po prostu na rękę. To jest także odpowiedź na pytanie, dlaczego partia rządząca z taką ochotą dąży do likwidacji finansowania z budżetu państwa partii politycznych. To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego przez całą ubiegłą kadencję największym sukcesem antykorupcyjnym minister Julii Pitery było zdemaskowanienie rachunku za porcję dorsza, a społeczeństwo karmiono grepsem o tarczy antykorupcyjnej. A także na wiele innych pytań dotyczących niewytłumaczalnych czy wręcz absurdalnych (przejezdność ustawowa autostrad) na pierwszy rzut oka poczynań tej władzy.

Ludzie mówią, że ryba psuje się od głowy, a przykład idzie z góry. Mamy tu od razu bez liku analogii i podobieństw. Nie ma wątpliwości, że Polska psuje się od Tuska.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Korupcja i afery to wąska specjalizacja partii o "wysokich standardach", wszystkie afery i te wielkie i te mniejsze bardzo dokładnie są zamiatane pod dywan.
O aferach wiedzą wszyscy i nie ma mocnych żeby temu położyć kres, jedyny sposób to jak najprędzej odstawić ich "od żłobu" a wtedy może wymiar sprawiedliwości zacznie robić to co do niego należy.
To ya.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

To ya.

#395909