Pastor Robertson, Haiti, voodoo a "sprawa polska"

Obrazek użytkownika Stara Baba
Świat

Szanowni Państwo!

Wielkie kataklizmy powodują, że ludzie mówią publicznie różne dziwne rzeczy. To samo dotyczy trzęsienia ziemi, które ostatnio nastąpiło na Haiti. Amerykański pastor kościoła baptystów, wielebny Pat Robertson,

występując w programie telewizji CBN (Christian Broadcasting Network) opowiadał o tym, jak to on i jego wierni starają się pomagać ofiarom trzęsienia zbierając pieniądze, dary, etc., etc. Do tej pory nic, co by mogło zdziwić. Ale w pewnym momencie wielebny Robertson zaczął wygłaszać teorię na temat przyczyny tego trzęsienia ziemi. Według niego, jest to kara zesłana przez Boga na Haitańczyków za to, ze są wyznawcami voodoo i w przeszłości, w czasach, kiedy walczyli z Francuzami, zawarli pakt z diabłem. Pakt ten miał polegać na tym, że diabeł im będzie pomagał w walce z wojskami napoleońskimi, a oni w zamian oddadzą mu Haiti we władanie na 200 lat.

Wywiad z wielebnym Robertsonem jest na YouTube:
http://www.youtube.com/watch?v=S5nraknWoes

Na marginesie tego wydarzenia, chciałabym zwrócić uwagę Państwa na postać pastora Robertsona. Jest on bardzo wpływowym “działaczem” kościoła baptystów, człowiekiem bardzo bogatym i założycielem wielu instytucji i organizacji zajmujących się propagowaniem chrześcijaństwa w jego osobistej wersji. Prowadzi on także szeroko zakrojoną działalność charytatywną. Kiedyś, chyba pod koniec lat 80-tych, startował nawet z ramienia partii republikańskiej w wyborach prezydenckich. Postać, jak to się ładnie nazywa, kontrowersyjna. Kilkakrotnie wieszczył różne kataklizmy – tsunami, które miało uderzyć na zachodnie wybrzeże USA w roku 2006, koniec świata, który miał nastąpić w roku 1982, itd, itd… Ale proszę nie ulegać złudzeniu, że Robertson jest jakimś wariatem – wystarczy popatrzeć na jego biznes i na jego pozycję na amerykańskiej scenie politycznej. Kimkolwiek on jest, wariatem na pewno nie jest.

No ale wracając do głównego wątku. Jak usłyszałam ten jego wywiad i to jego twierdzenie o karze Boskiej za pakt z diabłem, to w pierwszej chwili trochę mi się głupio zrobiło, że ktoś takie banialuki wygaduję. I chyba nie muszę nadmieniać, że wszystkie “postępowe” media w Stanach jeździły na nim za tę wypowiedź jak na łysej kobyle. Nawet moja ulubiona stacja Fox News nie wytrzymała i też dołączyła się do chóru potępienia (“jak tak można, tam jest wielka tragedia, ludzie potrzebują żywności, wody, lekarstw, wszystkiego właściwie, a ten tu wyjeżdża z karą Boską”). Ale zaczęłam szukać informacji na ten temat i ku memu zdziwieniu wydaje się, że Robertson ma rację – przynajmniej częściowo, bo nie wiem, czy to jest kara Boska czy też nie. Historia z haitiańskim paktem z diabłem jest znana od dawna i była wiele razy opisywana i – z tego, co się zdołałam dowiedzieć w tak krótkim czasie – jest raczej dobrze udokumentowanym faktem historycznym.
Działo się to ok. 200 lat temu, kiedy Haiti było najbogatszą z kolonii francuskich znaną jako Perła Antyli. Haiti zostało odkryte przez Kolumba 5 grudnia 1492 roku. Kolumb, poddany katolickich władców Hiszpanii, zapoczątkował katolicyzm na wyspie, którą nazywano wówczas Hispaniola, czyli “małą Hiszpanią”. Potem różnymi kolejami losu wyspa przeszła pod panowanie Francji i przez jakiś czas nosiła nazwę Saint-Dominique. Rdzenni mieszkańcy wyspy - lud Taino - zostali prawie zupełnie wytępieni, a na ich miejsce sprowadzano niewolników z Afryki. No i na przełomie XVII I XIX wieku doszło na Haiti do buntu niewolników i ich wojny z wojskami napoleońskiej Francji. Haiti jest chyba jedynym miejscem na świecie, gdzie czarni niewolnicy wygrali batalię o niepodległość i zdołali utworzyć wolne i niepodległe państwo. 1 stycznia 1804 roku przywódca powstańców, Jean-Jacques Dessalines, proklamował powstanie nowego niepodległego państwa. Stara nazwa Saint-Dominique została zastąpiona nazwą Haiti, pochodzącą od słowa Aytii, które w języku Taino, znaczyło “górski kraj”. To tyle wiedzy encyklopedycznej.

Ciekawa rzecz wydarzyła się 14 sierpnia 1791 roku, tuż przed wybuchem powstania czarnych niewolników. Niejaki Dutty Boukman, lokalny kapłan voodoo (nazywano ich wtedy hunganami) zwołuje tajne zebranie przywódców niewolników w lesie Bois-Caiman niedaleko Cap-Haitien w górach na północy wyspy. Odbywa się rytuał voodoo, w czasie którego zebrani poświęcają czarną świnię, piją jej krew, wprowadzają się w różne transy… Ale głównym punktem programu jest podobnno zawarcie paktu z diabłem przez Boukmana. Boukman miał ofiarować diabłu Haiti “w zarządzanie” przez 200 lat, a w zamian miał dostać jego pomoc w walce z Francuzami. Samemu Duttowi to raczej na dobre nie wyszło, bo Francuskie władze bardzo szybko go schwytały i skróciły o głowę, którą notabene wystawiły na widok publiczny w Cap Haitien – Dutty twierdził, że jest niezwyciężony i nieśmiertelny, więć miał to być dowód, jak bardzo się mylił. W końcu jednak i Francuzom cała ta awantura na zdrowie nie wyszła, bo – jak nadmieniłam wcześniej – w końcu musieli się wynosić. W pierwszym etapie zdławili powstanie, ale wykończyła ich żółta febra. Śmiertelność wśród Francuzów wynosiła prawie 80%. Potem, nawet pomimo posiłków, musieli się z wyspy wycofać tracąc w międzyczasie ok. 50 tysięcy żołnierzy. Straty powstańców ocenia się na ok. 80 tysięcy zabitych. Po zwycięstwie powstania, Dessalines ogłosił się w 1805 roku cesarzem Haiti i przyjął imię Jacques I.

To, że takowe wydarzenie - spotkanie w Bois-Caiman - miało miejsce nie ulega raczej wątpliwości – jest to część haitańskiej historii i jego opis znajduję się w wielu oficjalnych publikacjach (np. patrz tu: http://www.ci.miami.fl.us/haiti2004/history.htm). Co się zaś tyczy owego paktowania z szatanem to pewna liczba historyków uważa to raczej za mit i legendę. Ja oczywiście nie wiem, jak było naprawdę i nie zamierzam Państwa przekonywać do żadnej z wersji. Czy zwycięstwo czarnych niewolników nad wojskami francuskimi dokonało się z diabelską pomocą? Nie wiem i pewnie nikt na to pytanie nie może udzielić odpowiedzi ze 100% pewnością. Faktem natomiast jest, że na Haiti po zwycięstwie powstania kult voodoo rozwijał się w najlepsze, aby swoją kulminację osiągnąć za rządów prezydenta Jean-Bertranda Aristida, który 8 kwietnia 2003 roku uznał voodoo za religię narodową na Haiti.

Mała dygresyjka na temat prezydenta Aristida: to jest dopiero “ciekawa” postać. Były ksiądz katolicki, salezjanin, który został wykluczony ze stanu kapłańskiego, przez herezje, jakie głosił (m.in. tzw. teologia wyzwolenia). Rewolucjonista, lewak, przyjaciel Billa Clintona, wybrany na prezydenta w roku 1991 w pierwszych wolnych wyborach prezydenckich na Haiti. Określany jako “marksistowski maniak” i “psychopata” – to ostanie to autorstwa Kissingera. Pod koniec kariery handlarz narkotyków na gigantyczną skalę. Obecne miejsce pobytu to Południowa Afryka, gdzie zajmuję się jakimiś badaniami nad językami afrykańskimi na University of South Africa. Podobno nawet dostał tam doktorat z tej dziedziny.

Zapytacie się Państwo: gdzie jest ta “sprawa polska”? Pamiętacie legiony Dąbrowskiego? Walczące pod Napoleonem za – jak głosi nasza niepodległościowa legenda – wolność “naszą i waszą”? To pewnie wiecie, że w 1802 roku część legionów Napoleon wysłał na Haiti do tłumienia powstania murzyńskich niewolników. Większość tam zginęła, część się osiedliła w Ameryce a do Europy powróciło zaledwie kilkuset z nich. Z pięciu tysięcy. Około 400 osiedliło się także na Haiti. Historia legionistów polskich na Haiti jest bardzo ciekawa i zachęcam Państwa do lektury na ten temat. Wojna z murzyńskimi powstańcami była niezwykle okrutna – nawet jak na tamte czasy . Polacy nie bardzo chcieli brać udział w tej brudnej awanturze i wielu z nich dezerterowało z armii francuskiej i walczyło po stronie powstańców – haitańscy historycy wymieniają liczbę 150 Polaków walczących w ich szeregach. Podobno osobista gwardia Dessalinesa składała się z polskich dezerterów z 3. batalionu z Port-au-Prince. Potomkowie polskich legionistów do tej pory mieszkają na Haiti, zwłaszcza w wiosce Cazale, ok. 70 km na wschód od Port-au-Prince. Wielu mieszkających tam Mulatów ma polsko brzmiące nazwiska.

I w ten oto sposób doszliśmy od wielebnego Robertsona do części naszej historii. Niezbyt może chlubnej, ale niezwykle ciekawej.

A na zakończenie apeluję do szanownych Państwa o hojność w pomocy dla ofiar trzęsienia ziemi na Haiti. Ci ludzie naprawdę nie mają teraz NIC. NIC do jedzenia, NIC do picia i żadnego dachu nad głową. A część z nich to niemalże nasi rodacy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Ciekawa opowieść!
A wielebnego Robertsona kiedyś w telewizji widziałem - całkiem miły i sympatyczny starszy pan. Tylko co on za głupoty wygadywał! Że Bóg mu coś we śnie objawił... Nie pamiętam dokładnie, bo to było dawno temu, kiedy przejazdem byłem w Stanach.

A Haiti rzeczywiście strasznie zostało doświadczone. Słyszałem komentarz, że możliwa jest całkowie załamanie się tego państwa (cokolwiek to znaczy).
Ale podobno Obama będzie pomagał.

Pzdr.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#43139