„Policzmy głosy”, czyli o prawie moralnym i wilczym

Obrazek użytkownika pathfinder
Idee

„Tylko zwycięstwo daje moralne prawo do ubiegania się o władzę w demokratycznym kraju” – powiedział Donald Tusk. W programie informacyjnym relacjonującym te słowa, dziennikarz nazwał zgłaszane w tej kadencji wnioski o wotum nieufności „wilczym prawem opozycji”. Tuż po kolejnej rocznicy 17 września trudno oprzeć się wrażeniu, że narzucony przez sowietów i kolaborantów chory porządek obowiązuje w Polsce nadal: gospodarze mają tu prawa wilków – watahy przeznaczonej do dorżnięcia – kolaboranci i zdrajcy awansują na ludzi honoru, a strażnicy i gwaranci ich bezkarności pouczają ex cathedra o moralnych prawach.

 

Jest wiele powodów, żeby zadawać ciągle aktualne pytanie Jana Olszewskiego: czyja jest Polska? Można się na przykład zastanawiać, jakim prawem stalinowski politruk Bauman bryluje w mediach w roli intelektualnego autorytetu. Moralnym czy wilczym? Można pytać, dlaczego w tym samym czasie odkłamujące historię dokumenty powiększają listę półkowników III RP, a film o żołnierzach wyklętych „Historia Roja” spotykają praktyki cenzorskie. I tak dalej. Nie mam zamiaru wyliczać. Proponuję natomiast zastanowić się chwilę nad tym, kogo i do czego w naszej demokracji faktycznie uprawnia wyborcze zwycięstwo.

 

Czy Tusk, mówiąc o moralnym prawie nabywanym drogą zwycięstwa wyborczego, stwierdził po prostu oczywistą oczywistość? Nie sądzę. Uważam, że powtórzył w innej wersji to, co powiedział już w 1992 w czasie haniebnej Nocnej Zmiany: „Panowie, policzmy głosy” (http://www.youtube.com/watch?v=yJrOt3wPcxE). Zwyczajem wielu ortodoksyjnych demokratów, pomylił moralność z literą prawa stanowionego i wolą większości. Tak bywa, kiedy demokracja staje się religią i jedynym punktem odniesienia swoich fanatycznych wyznawców. Panu premierowi wypada przypomnieć, że prawo ubiegania się o władzę (czyli stanięcia do wyborów) ma w demokratycznym kraju każdy obywatel spełniający prawne kryteria. Prawo moralne to co innego. Jest niezależne od wyniku wyborczego. Poparcie większości nie daje uprawnień moralnych. Daje władzę. Komu, po co i jakim prawem – to już inna bajka, niekoniecznie umoralniająca i niekoniecznie ze szczęśliwym dla pozytywnych bohaterów zakończeniem.

 

Ale Tusk jest w błędzie nie tylko dlatego, że posługując się nowomową pomylił abstrakcyjne pojęcia. Myli się, bo zapomina, że żyjemy w kraju, gdzie zdanie większości i wynikające z niego wyborcze zwycięstwo jest wyjątkowo słabym argumentem na cokolwiek, a już na pewno nie jest argumentem moralnym. A to z tego powodu, że większość w obecnym kształcie została tu uformowana metodami zbrodniczymi i skrajnie niedemokratycznymi: od ludobójstwa i prześladowań, przez względnie „miękkie” szykany i trwającą po dzień dzisiejszy masową manipulację. Inaczej mówiąc: żeby dziś wygrywali ci, którzy mają wygrać – trzeba było latami, krok po kroku i kawałek po kawałku, amputować Narodowi jego patriotyczną elitę i najlepszą tkankę, której przegłosować ani przekabacić towarzysze nie byliby w stanie, a której wpływ uniemożliwiłby wychowanie całego pokolenia podatnych na manipulację kosmopolitów-ignorantów z prawami wyborczymi. Uniemożliwiłby drogę na szczyty władzy wynarodowionym miernotom i zmiótłby ze sceny politycznej środowiska, dla których polskość to nienormalność.

 

Słysząc powoływanie się na wolę demokratycznej większości warto pamiętać o ludziach niedemokratycznie uciszonych, których głosów brakuje nie tylko w wyborach. Ich moralnego prawa do bycia wysłuchanymi w sprawie polskiej nie anulowała ani ich śmierć, ani wymuszona emigracja, ani żadne demokratyczne głosowania pozostałej przy życiu większości. Warto pamiętać o powojennym podziemiu niepodległościowym i ściganych jak zwierzęta żołnierzach wyklętych. To do ich losu odnosi się w bardzo dosłowny sposób metafora o „dożynaniu watahy”. Ale na nich nie kończy się lista ludzi, których skazywano na życie wilczym prawem we własnym kraju. Są na niej uczciwi ludzie z połamanymi karierami i zniszczonym na różne sposoby życiem. Nie dostali zasłużonej szansy odciśnięcia swojego piętna w każdej dziedzinie życia naszego państwa – i nikt nie pytał o moralne prawa pozbawiając ich tej szansy. Zamiast nich, swoje piętno odcisnęli zdrajcy i oportuniści – w tym również fałszerze historii, której zakłamanie nie jest przecież bez wpływu na świadomość i decyzje wyborców. Są też tacy, których konsekwentnie i niedemokratycznie wyrugowano wilczym biletem z życia publicznego przed i po 1989 roku.

 

Tak właśnie kształtowano pożądany profil większościowego pookrągłostołowego elektoratu, który dziś decyduje o wyborczych zwycięstwach. O takim profilu demokratycznej większości marzyli odpowiedzialni za to zdrajcy, bo tylko z tak ukształtowaną większością mają (kto wie, jak długo jeszcze) interes w byciu ortodoksyjnymi demokratami. I takie zwycięstwa miałyby nadawać jakiekolwiek prawa moralne?

 

Demokratyczne zyski z wieloletniego niedemokratycznego procederu czerpią nie tylko bezpośrednio winni (post)peerelowskich zbrodni i przekrętów. Czerpią je też gwaranci braku rozliczenia, demokratyczni protektorzy zdrajców. Wpisali się w tradycję okupacji i zdrady z własnego wyboru, więc są jej częścią. Przypadek Tuska jest szczególny i symboliczny – bądź co bądź, mówimy o uczestniku Nocnej Zmiany, autorze wspomnianych wyżej słów: „Panowie, policzmy głosy”. To nie było ważenie moralnych racji tylko liczenie sił potrzebnych do utrzymania Polaków za twarz. Liczenie mogło wypaść tak, jak wypadło – bo proporcje wśród głosujących zostały odpowiednio przygotowane zawczasu. Zwycięstwami takimi, jak tamto, traci się – nie zdobywa – moralne prawo do sprawowania władzy. Kto jak kto, ale Tusk nie powinien tracić okazji, żeby w tej sprawie siedzieć cicho.

 

Nie piszę tego wszystkiego żeby zakwestionować sens demokracji jako takiej. Raczej po to, żeby zwrócić uwagę jej chore uwikłania i źródła jej ułomności w naszych polskich warunkach, bo bez ich świadomości nigdy zdrowa nie będzie. Te uwikłania powinny stać się powodem do daleko posuniętej rezerwy wobec moralizatorskich zapędów demokratycznie wyłonionej większości. Lepsze jest wilcze prawo nieobecnych z dożynanej od 72 lat watahy niż „moralne” prawo wszechobecnych speców od jej dożynania.

 

Czy szeroko rozumiana wataha może jednak wygrać i demokratycznie wyegzekwować swoje moralne prawo do Polski? Nie wiem. Ale wiem, że tego moralnego prawa nie utraci nawet w wypadku demokratycznej przegranej.

Ocena wpisu: 
Brak głosów