PAN DONALD, czyli OSTATNI Z(A)YAZD PARTYI OBYWATELSKIEY A.D.2013

Obrazek użytkownika pathfinder
Humor i satyra

PAN DONALD, czyli OSTATNI Z(A)YAZD PARTYI OBYWATELSKIEY A.D.2013

poemat w urywkach dwunastu, machlojami niecnemi przy kanonie lektur szkolnych zainspirowan, po mocney kawie bez dopalaczów nijakich wieczorową y nocną porą ku chwale Oyczyzny popełnion, a funduszami unijnemi – uchowaj Bóg – nie dofinansowan

I – INWOKACYA

[Lichwo, ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie.]*
Ileż nam przyjdzie płacić? Vincent wnet odpowie
Gdy na kalkulatorku sobie to wyliczy.
Tymczasem cały naród leży już i kwiczy,
Uciemiężony wzdycha pogrążon w kryzysie,
I woła coraz śmielej, że nadzieja w PiSie.

Na wszystko z Tuskobusa „Pan Donald” spogląda
Niewidzącymi oczy – entuzjazmu żąda
I radośnie ogłasza, że kryzys za nami.
Co o tym żarcie myśleć? To oceńcie sami.
Jeszcze trochę i „Dziady” pisać będzie trzeba…
Donaldzie cudotwórco! Przychyl raczej nieba
Nigeryjskim swym fanom, nam dajże już spokój
I o końcu kryzysu za nas nie wyrokuj.

Póki w kasie coś mamy na drobne wydatki
Prześledźmy tu pokrótce Donalda przypadki.

II

Donaldzie Tusku, gdybyś na Kaszubach siedział
Nikt by się o talentach twoich nie dowiedział:
Nie miałaby Angela chłopca na posyłki,
I nie miałby Schetyna z kim pokopać piłki.
Nie miałby się Władimir do kogo przytulać
We mgle smoleńskiej. I raczej nie byłoby Bula
W prezydenckim pałacu: strażnik żyrandola
Rolę ojca narodu niechybnie by olał
I polowałby dalej na zwierza grubego
Gdyby mu był odmówił Donek wsparcia swego.
Ortografia ci, Donku, tego nie zapomni!
I pamiętać ci będą również to potomni
Żeś postaci wybitnych tyle wypromował –
Tyś wytrwale prawdziwe perełki lansował:
Nie dostałby bez ciebie posady Bąk Józef
Mucha, miast iść w ministry, tańczeniem na rurze
Elektorat by mogła dla partii kaptować.
Nie zebrałby zegarków wiele Sławek Nowak
Gdyby z Donalda woli nie był wyniesiony.
Nie byłby się Palikot wybił na salony
Graś byłby dalej cieciem; ex-kapusiem Boni
Wdzięczność dozgonną winni są ci wszyscy oni;
Nie kręciłaby lodów posłanka Sawicka
Kasię ominęłaby sława celebrycka.
Nie miałby w Nocnej Zmianie kto głosów policzyć
Nie byłoby się komu z Kaczorem handryczyć,
Nie miałby kto podniebną taksówką pomykać –
Czem by bez ciebie, Donku, była polityka?
O, macherze z zaplecza! Kaszub słońce jasne!
To krajowe poletko dla ciebie za ciasne!
Czeka na cię Bruksela, w głębokie skocz wody:
Odrobina pijaru – klękajcie narody!

I rozmarzył się błogo nasz chłopiec z podwórka:
Marzy mu się z szalonej kariery powtórka
Pewnego pucybuta, co go milionerem
Los szczęśliwy uczynił. Planuje karierę –
Chociaż chyba przeczuwa, że w tym teatrzyku
Marionetką jest tylko, i z ręką w nocniku
Obudzi się niebawem, jak przed nim już wielu,
Co chocholi ów taniec tańczyli w „Weselu”.

III

Chciał Donald dostać w UE fotel komisarza
Łasił się i zabiegał, prowadził w sondażach,
Już ostrzył sobie zęby – lecz pomiarkowano
I czarną mu polewkę w Brukseli podano.

IV

Opłakuje więc Donald szansę utraconą:
„Przenoś, Angelo, moją duszę utęsknioną
Do tych orlików pięknych, do tych ław sejmowych
Gdzie snem twardym spać można (a sen przecie zdrowy),
Do tych stadionów krytych dachem niezakrytem,
Do Peru, gdzie potrafią podjąć celebrytę,
Na tą zieloną wyspę, com ją zapowiadał
Gdym durnemu ludowi obietnice składał.
Do salonów Michnika z jego wiernym ludem
Co zastępy lemingów ciągle mami cudem.
Do kumpli napalonych ziołem rozmaitem,
Co legalnie nie rośnie w Rzeczy Pospolitey.”

V

Trzeba wiedzieć, że to jest Donalda choroba
Że jemu prócz Angeli nikt się nie podoba.
Lecz Władimir zazdrosny: gaz zakręcić gotów
Lub ze ścieżki sprowadzić więcej samolotów…
I nowa w opowieści robi się zawiłość:
Tu Rosya – tam Niemcy; tu ruble – tam miłość.

VI

Mamy tu pijarowców wielu, mówiąc szczerze
Lecz żaden nie śmie zełgać przy panu premierze.
Mistrz to nad mistrze, drugie imię jego - ściema
Między Bugiem a Odrą równych sobie nie ma,
Konferencję prasową ma dziś mieć w ratuszu
Żeby tam bufetowej dodać animuszu
Przed referendum. Z początku niechętnie
Za stołem miejsce zajął i tłumaczy mętnie,
Że zmęczony, że niezdrów, że weekend za pasem,
Pytania tendencyjne pewnie, a tymczasem
Wzywają obowiązki – lecz tłum dziennikarzy
Prosi, błaga, nalega, o wywiadzie marzy,
Nie wypuści bez choćby kilku chwil rozmowy,
Bierze Donka w obroty i w ogień krzyżowy
Pytań: co w budżecie, w sejmie, w gospodarce,
Jak żyć? Pyta paprykarz wysłany na harce
Przez PiSowską watahę, co na Donka czyha
I zapyta też zaraz o Mira i Zbycha…
Co tam u mamymadzi, Polsat dopytuje,
Donkowi pot z czoła kapie, sił z lekka brakuje...
Wtem mikrofon w dłoń ujął Samuel Pereira
Tego było za wiele: w Donku furia wzbiera
„Zamilknij, ty niesforne z krwi Pereirów dziecię,
Bo o jednego z nas za dużo jest na świecie!
To już raz twój ostatni, pisowskie nasienie!”
Rzuca Donald, i władczym ręki swej skinieniem
Konferencję zamyka. Próżne tu protesty:
Z Moskwy armatkę wodną przysłali na testy
Która w takiej potrzebie służyć jest gotowa
By monopol na przemoc rząd mógł egzekwować.

VII

Już by człek sobie rad w Dolomitach wypoczął,
A tu aktyw po uszy w afery umoczon,
Stary kit moc utracił, zrzedła Tusku mina,
I wie Donald: czarna zbliża się godzina…
Jak tu władzę utrzymać gdy Kaczor naciera?
Nadzieja cała jeno w rosyjskich serwerach.
W Rosyi sprawa prosta: lud słucha Putina
W Polszcze lud słuchać nie chce, muskuły napina,
I na taczce chce wywieźć swego dobrodzieja.
Tak – w rosyjskich serwerach jedyna nadzieja…
Referendum w stolycy? Partia na komp wsiędzie
Bufetowa na czele i jakoś to będzie!

VIII

Czwartek, dzionek po Środzie zaraz w kalendarzu,
Na łykend pora lecieć. W Donalda bagażu
Piknikowy się zestaw tym razem znajduje:
Bufetowa pięć latek w ratuszu świętuje
I zaprasza na grilla dziś w Kabackim Lesie.
Już w rządowych się sferach wieść radosna niesie
O pikniku, gdzie metro stołeczne kursuje
I za cztery-czterdzieści dowieźć obiecuje.
(odnotujmy taryfę: niezwykłe numery –
Wszak sam wieszcz zapowiadał: czterdzieści i cztery
Imię jego będzie). Piknik się rozpoczyna:
Duszą towarzystwa jest Grzegorz Schetyna,
Donek zaś z bufetową na miękkim kocyku
Gwarzą pewnie o nowym pijarowym triku
Co zwycięstwo zapewni w wyborach niebawem.
Tymczasem Niesioł, spojrzawszy uważnie na trawę
Podniósł alarm: to mrówki! Entomolog znany,
Nie darmo w kuluarach muchołapem zwany,
Poznał zaraz owada, a czerwona barwa
Zapowiada kłopoty, bo to wredna larwa!
Lecz za późno ten alarm: wrzask podnosi Hanka,
Kieckę szybko zadziera powyżej kolanka
Gdzie czerwone owady buszują zawzięcie.
Trzeba przyznać: wśród mrówek miała Hanka wzięcie.
Donek spieszy ratować, ale trudna rada:
Choć w falbany spódnicy bufetowej wpada
By owady wyłuskać, mrówek pełno wszędzie!
Hanka w krzyk: hamuj Waćpan!Toż to skandal będzie,
Powstrzymajże, mój drogi, zapędy wszeteczne;
Miejże, przebóg, na względzie poparcie społeczne!
My tu przecie nie sami – tablojdy się zlecą
I jak to ma wyglądać, Waćpan tu, pod kiecą?
Obiecaj coś tym mrówkom to wylezą same!
Donek, co święcie wierzy w ściemę i reklamę,
Miód mrówkom w uszy leje, słodzi i czaruje,
Stację metra „Mrowisko” dodać obiecuje
Zaraz za Kabatami. Sztuczka chyba działa:
Opuszcza pole bitwy mrówek armia cała.
Cóż z tego, że pieniędzy w budżecie nie starczy?
Mrowisko zasługuje na cud gospodarczy!
Wina PiSu! Graś woła, pod Trybunał Stanu!
Mrówkizm tutaj nie przejdzie choć wielu ma fanów.
I nie udał się piknik czwartkowy Platformy:
Przez mrówki co unijne za nic mają normy.

IX

Gowin smutny, ponury, tłumiąc gniew wewnętrzny
Popatrzył w Donka oczy i rzekł mu – „Niewdzięczny!
Szukałeś głosu mego teraz mnie unikasz?
Chciałeś mieć prawe skrzydło, dziś serce zamykasz
Konserwatystom z dobrej Gowinowej stajni
Pozbyłeś się Rokity, poszli inni fajni
Na poniewierkę lubo do PiSu szeregów
Oj, Donuś, nie szanujesz ty starych kolegów!
Nie idź tą drogą, Kwas ci dobrze radzi
Bo cię twój własny wice za plecami zdradzi.”
Co robić, myśli Donek. Zawiesić? Wywalić?
Nie: związać, na wiek wieków z PO-partią scalić
Gowinową jaczejkę - niech więcej nie fika
I nie zamyśla więcej zdradzić sojusznika.
Tą myślą natchnion, Donald z telemarkiem klęka
„Wóz albo przewóz” – myśli, i choć drży mu ręka,
Jak w dzień ów, gdy stawiano go przy partii sterze,
Mówi: „Gowin, Jareczku – może się… pobierzem?
Związki partnerskie w modzie, Grodzkie błogosławi
Stadłom niestandardowym – Małgośkę odprawim,
Trójkąt tu nie zadziała, Pawlak też już zgrany:
Czas nowej koalicji nałożyć kajdany!”

X

Natenczas Donald wyjął, w aktówce zamknięty
Zwój papierowy: długi, pomazany, zmięty –
Co myśl taką przytomnym go głowy przywodzi:
Czy zwój ów z toalety aby nie pochodzi?
Bynajmniej: przeznaczenie jego inne zgoła.
Do dupy jednakowoż jest ten zwój matoła
Gdyż zawiera expose: trzecie już w karierze.
W nim obietnic naręcza – każdego nabierze,
A długością przemowy pobije Fidela.
Tchu zaczerpnął, popatrzył, trochę onieśmiela
Donalda ten blask fleszy. Przemógł się. Nawija.
Kaczor ziewa, Palikot gorzałę popija,
Biedroń z Grodzkiem ćwierkają jak ranne ptaszęta,
Płeć piękna bez pamięci make-upem zajęta,
Reszta sejmu Internet przegląda zawzięcie
A Donald swe expose wygłasza z przejęciem.

(kilka godzin później)

Na sali ciemno, głucho, nikt nie transmituje
Tylko między ławami sprzątaczka się snuje:
„Kończże waść, wstydu oszczędź – światło gasić pora
a waść tu gadać chciałbyś pewnie do wieczora!
Wszystkie media godzinę temu podawały
że waszmość sadzisz jakieś straszne dyrdymały”.
Tu przerwał, lecz zwój trzymał, i tak się zdawało
Że Donald mówi jeszcze, a to echo grało...

XI

O czymże teraz dumać na sopockim molo,
Kiedy od haratania w gałę nogi bolą,
Kiedy na Podkarpaciu Pupa się rozsiadła
A wierna twierdza Elbląg w boju z Wilkiem padła?
O czymże dumać, kiedy partię zdradza Gowin,
Gdy nawet czarny Godson stawia się szefowi?
Skurczybyk, wyląduje chyba w Narodowym Ruchu…
Tak to rozmyśla Donald, upadły na duchu:
Przyjdzie-li na Białoruś w popłochu uciekać
Przed ludem, co krwi żąda i upadku czeka?
Trzeba profilaktycznie wprawiać się w joggingu
Na Okęcie, by w razie obniżki rejtingu
Czy innego tąpnięcia w sondażach lub w świecie
Móc bezpiecznie i szybko w siną dal odlecieć.

***
 

XII – EPILOG – KILKA LAT PÓŹNIEJ...

Przebóg, cóż to za postać w łachmany odziana?
Co robi w ambasadzie gęba odrapana,
nie golona,  wychudła, lecz jakby znajoma…
Czy się raczy przedstawić? Kim jest ta persona?
„Jam jest Jacek Rostowski…” – dziwne sądy Boże…
Ten, co kraj w otchłań długów, wielką niby morze
Wpędził, i za granicę uniósł łysą głowę
I incognito świata przemierzył połowę,
Ten, co dziurę w budżecie wydrążył potężną
Ten, za którego Polska nagrodę pieniężną
Płacić zawsze gotowa, byle był pojmany
I żywy albo martwy służbom jej wydany,
O azyl przybył starać się dziś w Tel Awiwie
By żywota dokonać spokojnie, uczciwie,
Na izraelskiej ziemi. Uczynił wyznanie,
Tożsamość swą ujawnił: teraz ambasada
Oceni, czy się godzi przyjąć tego gada,
Do piersi przytulić, czy precz przegnać – na Kubę,
Kopniakiem poczęstować i skazać na zgubę.
Zewsząd czeka Vincenta rychła ekstradycja
A w Warszawie już dybie na niego policja.
Vincent, ksywa „Milijon” bo za milijony
Zaprzedał się banksterom, bo na dźwięk mamony
Iść był gotów na służbę, wycierać salony,
Niewarszawskie bynajmniej. Dziś, cóż pozostało?
W Polszcze rewolucyja, ledwo się udało
Sprawiedliwości umknąć. Strach czytać gazety:
Ten siedzi, ów powieszon – lud, zbrojny w sztachety
I inne instrumenta na stolicę ruszył:
Rząd obalił,sejm odbił, Urbana za uszy
Wywlókł na Plac Zamkowy i sąd odprawuje.
Tak, marnie kończą zdrajcy, zaprzańcy i…  - czujesz,
Obywatelu,wielką od razu różnicę.
Czuje ją też i Vincent odkąd za granicę
Banitą będąc uciec był zmuszony.
Dziś,odcięty od lewych zasobów mamony,
Przemierza świat, nowego miejsca darmo szuka.

A dla lemingów taka płynie stąd nauka,
Że choćby Polską flagę unurzali w kupie,
Choćby zdobyli poklask po ojczyzny trupie,
Choćby się sami zwali kosmopolitami,
Dla świata i tak zawsze będą – Polakami.

THE END

* Pierwszy werset poematu zasadniczo nie jest mojego autorstwa, ale ponieważ jego brak burzyłby narrację – zamieszczam go w kwadratowych nawiasach i odnotowuję fakt zapożyczenia, odsyłając Czytelnika do licznych rozsianych po Internecie źródeł.

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń faktycznych jest – rzecz jasna jak Słońce Peru – czysto przypadkowe.

Ocena wpisu: 
Brak głosów