Czego nam trzeba? Wnioski (cz. 3)

Obrazek użytkownika kazimierz.marchlewski
Idee

Tytuł pierwszej części tekstu w połowie zaczerpnąłem ze znanej niektórym serii „odwilżowych” felietonów Kisiela („Gwoździe w mózgu”), w której próbował on dokonać terapii – na sobie i czytelnikach – po traumie stalinizmu. Wydaje mi się, że warto zadać sobie dziś pytania: czy nie tkwimy po uszy w międzypokoleniowej traumie lat 80., transformacji i III RP? Czy i my nie potrzebujemy terapii – uporządkowania, nazwania po imieniu i ułożenia na nowo fundamentów wspólnoty?

Pomieszanie języków

Jednym z doświadczeń bardzo charakterystycznych, zwłaszcza dla epoki po 1989 roku, jest pomieszanie politycznych języków. Metapolityczny podział lat 90. zdominowany był przez historię i ocenę transformacji (w ogromnej mierze za sprawą „Gazety Wyborczej”). To nie oznacza, że inne tematy, takie jak gospodarka, ustrój polityczny, czy tzw. kwestie obyczajowe nie były burzliwie dyskutowane i nie budziły emocji. A jednak to stosunek do postulatów lustracji i dekomunizacji, czy szerzej, rozliczenia komunistów i do przywilejów byłej nomenklatury po 1989 roku decydował w pierwszym rzędzie o przynależności środowiskowej, a także o tym, jaką opcję się deklarowało. Odzwierciedleniem tego zjawiska jest akces lub dryfowanie – z jednej strony – środowisk o „nieprawicowych” korzeniach do (szeroko pojętego) obozu prawicy (Jan Olszewski, Gwiazdowie, Kaczyńscy), i vice versa (Aleksander Hall, Bronisław Łagowski). Z czasem, te podzielone i niejednorodne obozy skonsolidowały się i wykształciły wspólne języki polityczne. To dzięki temu możliwe było występowanie na jednych łamach Witolda Gadomskiego i Artura Domosławskiego, a Leszka Balcerowicza i Jacka Kuronia w jednej formacji politycznej. Prawica była bardziej rozdrobniona: nie było jednej gazety, ani – przez większość czasu – jednej partii, ale za to był jeden przeciwnik, jak za komuny. O ile problematyczna okazywała się często konsolidacja organizacyjna prawicowców, o tyle konsolidacja języka poszła co najmniej równie dobrze, co na lewicy (internet świetnym przykładem).

Konsensus się wali

Z czasem jednak, równolegle do relatywnego słabnięcia elementów układu lat 90. („GW”, ex-nomenklatury względem zagranicznych korporacji, etc.), na gładkiej powierzchni języka obu stron pojawia się coraz więcej rys. Po stronie „lewicowo-liberalnej” coraz trudniej utrzymać w ryzach spór o Balcerowicza i model gospodarczy. Konsensus powoli się wali za sprawą „Krytyki Politycznej”, ale też, chociażby, dyskusji o finansowaniu kultury i mediach publicznych (np. wystąpienie Balcerowicza na Kongresie Kultury i reakcje, jakie wywołało, także ze strony osób uznawanych za „żelazny elektorat śp. Unii Wolności”). Prawica, choć mniej spektakularnie (bo i mniej rozmawia o „dzielących” kwestiach – wciąż ma znaczenie bardzo silna presja „silniejszego przeciwnika”), również się dzieli wobec kwestii rynku: z jednej strony mamy tych, co otwarcie deklarują „solidaryzm”, z drugiej ludzi wychowanych na „Najwyższym Czasie!”, z ich koncentracją na autonomii jednostki. Sporu wokół oceny prywatyzacji lat 90. raczej nie ma, ale – jak to zwykle bywa – diabeł tkwi w szczegółach: czy państwa było „za dużo” czy „za mało”? Było za słabe czy zbyt ekspansywne? Czy prywatyzację należało ograniczyć albo spowolnić, czy tylko przeprowadzić uczciwiej? Wobec tych pytań „wspólny front” nie obowiązuje. Tymczasem im dalej od transformacji, tym większego znaczenia nabierają właśnie one. Problemy „transformacyjne” – jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego – niestety nie znikną. Dojdzie natomiast mnóstwo nowych, wymykających się historycznemu podziałowi, i różnice w ich opisie, i koncepcje przeciwdziałania przebiegać będą najprawdopodobniej po innych nieco (choć niekoniecznie „prostszych”) liniach.

Próba wyprostowania

Jako że polityka to zinstytucjonalizowany konflikt, jeśli dekonstruujemy dzisiejszą linię podziału, potrzebujemy innej w zamian. Co więcej, jeśli zgodzimy się, że jednym z największych współczesnych zagrożeń jest tak zwana post-polityka (określona jako dryfowanie systemu w kierunku demokracji fasadowej, gdzie za pozorami produkowanymi przez marketing polityczny kryją się rządy „ekspertów”), prawidłowe zdefiniowanie czy zdiagnozowanie głównych osi sporu, jest kluczowe. Dużo zależy od tego, jak będą ewoluowały diagnozy kluczowych graczy debaty publicznej i czy wizje wspólnoty przez nich narzucane będą przekonujące dla odbiorców. Logika systemu, w którym jesteśmy (liberalnej demokracji późnego kapitalizmu, upraszczając – co uzupełnić trzeba „lokalną specyfiką”: postkomunizmu i peryferyjności) sprawia jednak, że fundamentalną i najoczywistszą osią sporu, jest oś wspólnota-jednostka. Tak właśnie stało się na Zachodzie; tylko że na Zachodzie mainstream medialno-polityczny ostatnich 20 lat nie wypełnił swojej roli i nie stworzył wspólnotowej alternatywy dla liberalizmu, pozostawiając ten „sektor” rosnącym w siłę populistom. Dlatego sformułowanie nowej, wspólnotowej propozycji dla Polski uważam za sprawę fundamentalną.

Jakawspólnotowość?

Wspólnotowa opcja winna oprzeć się na rozważeniu kwestii podnoszonych dziś po obu stronach politycznej barykady. Bardzo ważne dla tego procesu może okazać się podnoszony – zwłaszcza przez „wspólnotowców” prawicowych – postulat „podmiotowości”. Przy czym pojęcie to warto przedefiniować: podmiotowość państwa za granicą i wewnętrznie, wobec grup interesu, ale też podmiotowość obywateli. Co to znaczy? Najbardziej oczywisty element tak rozumianej podmiotowości to podmiotowość wobec państwa. Przy czym nie chodzi tu o piętrzenie kolejnych „praw i wolności” – całkowicie wystarczające jest uwewnętrznienie i poszanowanie dla tych już istniejących – lecz o (ustrojowe i zwyczajowe) urealnienie zasady „suwerenności ludu”. Wspólnotowa polityka musi jednak uwzględnić też istnienie innych niż polityczna sił „wywyższających” i „powstrzymujących” poszczególnych obywateli, przede wszystkim sił rynkowych. Wspólnotowa polityka powinna dążyć do tego, by każdy obywatel, niezależnie od koneksji i miejsca urodzenia, był w takim samym stopniu podmiotowym członkiem społeczności. Wspólnotowa polityka to polityka, która, mając na celu modernizację i awans kraju do „pierwszej ligi”, wydobycie go z peryferii, przekracza kategorie efektywności i wzrostu gospodarczego. Wspólnotowa polityka, dążąc do „ekspansji” swojej logiki na poziom ponadnarodowy (w tym zwłaszcza tzw. integracji europejskiej) pilnuje zarazem, by autonomia podstawowych jednostek (państw narodowych) była zachowana.

Solidarność jako brakujące ogniwo

Aby wyjść z traumy, o której pisałem na początku, potrzebne jest zrozumienie jednej z najbardziej fundamentalnych jej przyczyn. Mam tu na myśli zmarnowanie potencjału Solidarności, nie tylko w sensie jej kapitału jako „rewolucji moralnej”, ale też – co z rewolucją moralną w rozumieniu Abramowskiego ściśle koresponduje – projektu przemiany społeczno-politycznej opartego na wspólnotowym działaniu. Projektu, który łączy charakter oddolnego, rewolucyjnego wystąpienia narodu i zakorzenienie w polskich tradycjach: od I Rzeczypospolitej, przez romantyzm, po polski socjalizm. Tak jak w terapii indywidualnej, zbiorowe przezwyciężanie traumy oznaczać musi refleksję i podjęcie próby – za pomocą ustalonych wspólnie narzędzi – przezwyciężenia stanu post-traumatycznego paraliżu, który stał się udziałem polskiego społeczeństwa.

Przez ostatnie 20 lat mieliśmy do czynienia z dominacją myślenia w kategoriach imitacji systemów Zachodnich (co też można do pewnego stopnia przypisać traumie). Dziś, po załamaniu finansowym, po – nie dla wszystkich jeszcze oczywistej – klęsce zapoczątkowanej w latach 80. polityki spod znaku „there is no alternative” (do tej pory jej szwankowanie lepiej było widać po owocach, jakie przyniosła w krajach peryferyjnych), po zamachach w Nowym Jorku, Madrycie i Londynie (pośród wielu innych, mniej spektakularnych i bardziej codziennych dowodów porażki anglosasko-wielokulturowościowej polityki wobec imigrantów), kiedy kryzys tych systemów (nie tylko ten ekonomiczny, wywołany gigantycznym zadłużeniem, ale też społeczno-tożsamościowy, wynikający w zasadniczej mierze z odrzucenia wspólnotowych fundamentów naszej cywilizacji), staje się coraz bardziej oczywisty i niepodważalny, pojawia się przestrzeń radykalną, arcypolską alternatywę, której nie udało się zrealizować w latach 80. i 90.
 

 

Część pierwsza

Część druga

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Krzysztof J. Wojtas

Zgoda, co do końcowego wniosku. To jedyna możliwość , aby zapobiec katastrofie.
Jak to zrobić?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Krzysztof J. Wojtas

#44460

Ha, żebym to ja wiedział.
Przestrzeń jest, jak ją wykorzystać to zupełnie inna sprawa.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to dużo oddolnego działania, zwłaszcza samoobronnego względem państwa, grup interesu, mafii, eurobiurokracji (jeśli się pojawi) i czego tam jeszcze..

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44465

A niby co mialo byc owa katastrofa?
Czy ktos moglby sie pokusic i jakis opis?

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44495

Dla mnie - katastrofą niebezpiecznie realną byłoby spiętrzenie negatywnych tendencji lokalnych (postkomunistyczno-peryferyjnych) z Zachodnimi. Które nas pewnie czeka w przypadku polityki takiej jak Tuska. Co mam na mysli konkretnie? Zanik myslenia wspolnotowego, reprodukcja ukladu/ukladow w kolejnych srodowiskach i pokoleniach, kontynuacja podporządkowywania państwa grupom interesu (lokalnym i zagranicznym), komercjalizacja i utrata kontroli nad kolejnymi odnogami państwa, zniszczenie uniwersytetów (do reszty), utrwalenie pozycji jako kraju peryferyjnego (politycznie, ale też kraju europejskiej taniej siły roboczej), w najgorszym wypadku zamiana Polski w arenę rozgrywki pomiędzy regionalnymi mocarstwami. I tak dalej.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44524

Troche za duzo naraz, aby polemizowac. Z czescia takiego obrazu sie zgadzam, ale "negatywne tendencje lokalne na Zachodzie" sa dla mnie nieco malo zrozumiale.

Zawsze i wszedzie wystepuja jakies negatywy i pozytywy, w dodatku rozne oceniane. Co dla jednego jest negatywem, dla drugiego moze byc pozytywem.

Mieszkam w dosc zaropialym kanadyjskim miescie, ktore szczyt swojej swietnosci przezywalo na przelomie XiX i XX wieku, kiedy glownym srodkiem transportu( zwlasza dla komercji) byla kolej. Wraz z obnizaniem sie roli kolei, padala tez winnipeganska swietnosc, miasto pograzalo sie w zapuszczeniu i prowincjonalizmie.

Dodatkowa okolicznscia wspierajaca ow prowincjonalizm byl fakt, ze Manitoba zasiedlana byla glownie przez chlopow z - szeroko ujetego - terenu Galicji. Winnipeg to polnocnoamerykanska "stolica ukrainska", ale ciagnelo tu tez najubozuchniejsze chlopstwo polskie, niemieckie, jak rowniez Zydzi o ambicjach farmerskich. W Manitobie latwo bylo nabyc ziemie, ale poczatki pionierskie na Preriach naleza do najbardziej surowych i okrutnych w Kanadzie. Glownie z powodu klimatu, czesciowo z powodu geograficznego - stad jest bardzo daleko do najintentyswniej rozwijajacych sie osrodkow kontynentu.

Z pewnoscia w Manitobie zachowalo sie poczucie "interesu wspolnotowego" oraz silna identyfikacja z lokalnoscia. Niestety, jest to zjawisko raczej hamujace rozwoj niz mu sprzyjajace, mentalnosc ktora skrotowo mozna zmiescic w postawie "A po co to zmieniac?".

Nowi emigranci, glownie z Azji ( nie, nie Hong Kongu czy Singapuru; tutaj docieraja Filipiny i Pakistan) i Afryki przybywajacy wiec z malo "swiatowych" terenow lapia sie za glowy obserwujac zacofanie, gospodarcza ruine i generalny brak dobrej woli do unowoczesniania miasta i okolic. Rozumiesz - Somalijczycy, Filipinczycy, Paruwianczycy, Hindusi z dalekich prowincji Indii! Ze juz nie wspomne o emigrantach z biedniejszej czesci Europy, jak polskich czy ukrainskich.

Zapewniam cie, ze w takich warunkach tez doskonale rozwijaja sie najrozmaitsze patologie, zas poczucie panstwowosci jest mocno byle jakie.

Ludzie sa tu naprawde cudowni, szalenie przyjacielscy, ale wszystko to tonie w takim specyficznym sosie ..hmm.. zaduchu - pardon my French;) - zadupia Ambitni mlodzi ludzie wieja gdzie sie da, ci, ktorzy pozostaja w zadnym wypadku nie stanowia "materialu" na rozwoj prowincji i miasta. Im jest dobrze jak jest!

Sa dwa uniwersytety, oba mocno byle jakie. Mozliwosci do ksztalcenia sie w collegach jest sporo. Problem w tym, ze od wielu lat wyksztalcenie w Polnocnej Ameryce mocno dryfuje w kierunku zawodowego treningu, niz wyksztalcenia sensu stricte, ktore polega przeciez takze na rozwijaniu horyzontow i nabywaniu wiedzy ogolnej w wielu zakresach. Wykladowca- szekspirolog z miejscowego uniwersytetu, w rozmowie o tworczosci swojego mistrza, szybko dezertowal z wielu jej aspektow, zastrzegajac sie, ze, zasadniczo, to on jest ...specjalista od "Makbeta"! A rozmawialam ja, na litosc boska, polonistka, a nie znawczyni literatury brytyjskiej!
..............................................................................................................

W pewnym sensie, Manitobe mozna przyrownac do Polski, ktorej sie obawiasz. Tez prowincja, tez zrodlo takiej sily roboczej, kiepska infrastruktura. Tragiczne drogi. Wybitni artysci z calego swiata, jezeli przyjezdzaja tu, to na ewidentne chaltury. Zycia intelektualnego nie ma prawie wcale ( choc przecietny winnipegowianin absolutnie by sie ze mna nie zgodzil, glownie dlatego ze zna porownan!). Lekarzy i pielegniarek brakuje w stopniu zatrwazajacym. Nauczyciele stanowia poziom co najmniej "kontrowersyjny".

Czy, jednak, w ogole m o z e byc inaczej? Teren peryferyjny takim pozostanie, chocby sie czlowiek wsciekl. Podroze stad sa bolesnie drozsze niz z wielkich osrodkow takich jak Toronto czy Montreal, nie ma silnego gospodarczego impulsu - jakim np. dla Alberty staly sie zloza ropy, kiedy zdrozala ona do wysokosci, kiedy jej wydobywanie stalo sie oplacalne.

Co jednak zdecydowanie rozni te moja Manitobe od Polski, to owa zyczliwosc przecietnych ludzi. Co prawda, nie pogadasz sobie z nimi na tematy jakiekolwiek poza lokalnymi ( oraz telewizyjnymi), ale swinstwa ci nie zrobia, a w potrzebie pomoga.

No i jeszcze jedno: oni sa dumni ze swego miasta i prowincji, nie maja kompleksow wobec "wielkiego swiata". Winnipeg jest pierwszym polnocnoamerykanskim miastem, ktore wybralo na burmistrza otwartego geja. Po prostu ten aspekt ludzi nie interesowal, choc troche gadania, owszem bylo, ale z tej palmy pierwszenstwa Winnipeg tez jest dumny. Praktycznie tez nie istnieje ksenofobia, ale i nie panuje jakis szczegolny entuzjazm dla ( szeroko pojetej) wielokulturowosci. Weekendowe zycie ogniskuje sie na zakupach w WalMarcie, przydomowym barbecue oraz wspieraniu rzadu prowincjonalnego;) poprzez intensywne zakupy w sklepach monopolowych (tylko tam mozna kupic alkohol).

Manitobianskiej dumie z siebie i wlasnych osiagniec, nie towarzyszy, jednak pycha, agresja, kompleksy czy zachlannosc. Manitoba wie, ze ani Nowym Jorkiem, ani Paryzem nie bedzie i wcale sie z tego powodu nie zalamuje.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44606

Co do tendencji Zachodnich skrótem tylko, bo w przelocie: nie znam Kanady, nigdy w niej nie byłem. Swoją ocenę opieram przede wszystkim tak naprawdę na znajomości lepszej czy gorszej "centrów": Londynu, Paryża, Nowego Jorku. Jest to na pewno doświadczenie specyficzne i nieco wybiórcze, ale Kanada jest chyba jeszcze bardziej nietypowa jeśli wziąć pod uwagę wszystkie Zachodnie tendencje. Jasne, że sam "duch wspólnoty" to nie wszystko. Można chyba powiedzieć, skrótem, że cywilizacja zachodnia opiera się na dwóch fundamentach (indywidualist. i wspolnotowym) i w tych partiach Zachodu, które znam (zwł. tam, gdzie przez ostatnie 30 lat dominował reaganizm thatcheryzm i pokrewne), brakuje tego drugiego raczej niż pierwszego. W Polsce widzę to samo zagrożenie. Jak coś, to więcej później.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44626

Poza wszystkim chodziło mi nie tylko o wspolnotę w takim sensie, że ludzie są dla siebie mili i o siebie nawzajem dbają, ale też (przede wszystkim) w sensie rewolucji moralnej i wspólnego działania.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44650

One zawsze zyly, zyja i zyc beda wlasnym zyciem. Dynamicznym, ale takze bez poczucia wspolnoty pomiedzy ludzmi. Gatunek kontaktow miedzyludzkich narzuca tam tempo zycia. Mysle, ze wynika to takze z tloku oraz ucieczek z rodzinami na suburbia, gdzie owo poczucie wspolnoty jako tako sie odradza, bo jest przeciez potrzeba ludzka, zaliczana do naturalnych.

Uwielbiam N. Jork, a jednoczesnie, nie chcialabym tam kiedykolwiek mieszkac na stale.

Rozumiem, mniej wiecej, o co ci chodzi, jednoczesnie czytam tyle uprzedzen o tzw. Zachodzie, ze chcialam rozwinac ten watek, bo , jednak, problemow z odrestaurowaniem poczucia sensownosci integracji wspolnotowej w Polsce lezy calkowicie poza tendencjami zachodnimi. Tam, jezeli nawet wystepuja rozne zjawiska negatywne, NIE towarzyszyl rozwijaniu sie ich przeszlo kilkusetletni okres niewoli, NIE towarzyszyla instynktowne poczucie koniecznosci klasyfikowania narodowosci z religia, a - przede wszystkim - usamodzielnienie sie chlopstwa nastapilo duzo duzo wczesniej niz w Polsce i NIE zostalo tam wprowadzone obca reka.

Sadze, ze ow ostatni element odegral role duzo bardziej istotna w ksztaltowaniu sie dzisiejszej, szeroko rozumianej, kondycji kraju, niz sklonni jestesmy zauwazac.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44678

Że Polska ma swoje zaszłości i problemy, których Zachód ma szczęście nie posiadać - to jasne. Tylko że to niestety nie oznacza, że nie może być gorzej, tzn. że nie możemy do swoich dołączyć zachodnich. Chodzi mi m. in. o pęd do wprowadzania niektórych rozwiązań z ducha New Right, nie zważając na to, jakie konsekwencje one przyniosły na Zachodzie. A do tego moim zdaniem zmierza polski "liberalny konsensus".

Pozdrawiam!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44694

I tu zgadzamy sie w pelni.
Dlaczego tak czesto probuje sie bezmyslnie i na sile wdrazac rozne rozwiazania tzw. zachodnie, nawet wtedy, kiedy tu juz ulegly degeneracji?

Kazdy czas ma swoje wyzwania i wymagania. Tzw. teacheryzm mial rece i nogi w pewnym czasie, potem juz nie. Albo sie wyczerpala spoleczna potrzeba na jego instrumenty, albo ulegl wlasnie degeneracji, "wychowal jakiegos potwora".

Odnosze wrazenie, ze w Polsce ciagle bardzo silne jest przekonanie, iz w ogole istnieje mozliwosc ot, wprowadzenia jakiegos systemu, rozwiazania - a potem juz bedzie z gorki.

"Ograniczyc biurokracje!" - i nastapi cud. Malo kto wie, iz za Reagana, administracja rzadowa wzrosla o 30%.....

"Obnizyc podatki!" - i zycie s a m o z r o b i, ze pojawia sie miejsca pracy ( dobrze oplacane, do tego, koniecznie).

Etc. etc.

Iscie marksistowska, w swej urodzie i ciezarze objawienia, prostota hasel i "rozwiazan" ....

Mam juz dosyc sluchania takich roznych mantr. Jedyne co wykazuja to daleko posuniety infantylizm wyglaszajacych je, stad z taka przyjemnoscia przyjelam twoj tekst, zwracajacy uwage na skomplikowany charakter naszych problemow. Niestety, jak widze, nie wywolal on ani cwierc procenta zainteresowania takiego, jakim niepoprawni oddali swoje komputery, serca i energie np. osobie Bacza, czy tez dowcipaskowaniu z PO. Jasne - to drugie jest zdecydowanie latwiejsze, a w dodatku daje znacznie wiecej pola dla upuszczania sobie nadmiaru zolci.

Czy ja kiedy znajde blogowisko, na ktorym ludzie z wlasnej nieprzymuszonej woli, beda umieli rozmawiac o problemach, z minimalna iloscia czystej zlosliwosci i stronniczosci ideologiczno-politycznej oraz - elementarnym szacunkiem dla slowa?

Ech, teraz sama narzekam.... no coz, liczylam, ze wiecej osob uaktywni sie przy twoich wpisach, podejma rozne z nich watki, rozszerza o wlasne, dobrz e doinformowane uwagi.
Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44703

Co do Thatcheryzmu - miał ręce i nogi w pewnym momencie a potem stracił je (jeszcze za Thatcher, tak naprawdę) i zaczął się degenerować - dokładnie! Wielu ludzi w Anglii - zwłaszcza tych, którzy doświadczyli jakkolwiek namacalnie konsekwencji Thatcheryzmu w przemyśle, ale nie tylko - mówi: tak, Thatcher wyciągnęła nas z kryzysu lat 70., ale wyciągnąwszy pociągnęła dwa razy za daleko w przeciwnym kierunku.. I to się widzi. Natomaist "terapia" Thatcherowska zastosowana wobec państwa słabego, przeżartego agenturami i grupami wpływu, znajdującego się na peryferiach (a przynajmniej pół-peryferiach systemu światowego) to prosta droga do totalnej utraty sterowności i pogłębienia już istniejących patologii..

Dzięki raz jeszcze za dobre słowo o tekście - ja akurat takim a nie innym odbiorem się zupełnie nie zdziwiłem, bo to jest zakorzenione nie tylko w charakterze niepoprawnych, ale w mechanizmach blogosfery w ogóle. Z jednej strony tempo "spadania" jest takie, że wielu ludzi, którzy mogliby się zainteresować na pewno na ten tekst nie natrafi. Z drugiej, "klikalność" na Palikota zawsze będzie większa. Z trzeciej, nie mam wyrobionej marki (bo piszę zbyt nieregularnie). Podobnie jak na rynku prasowym, przy czym blogowisko, nawet relatywnie niewielkie, jak niepoprawni, jest tu odpowiednikiem wysokonakładowych dzienników.. Problem z internetem jest taki, że trudniej tu zorganizować coś, co odpowiadałoby niskonakładowym czasopismom, polegającym na niewielkiej (w skali internetu) liczbie stałych czytelników, chyba że ma się już markę wyrobioną w "realu". A to dlatego, że nawet najmniejsze inicjatywy podlegają tu w dużym stopniu prawom "klikalności".

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44724

Znopwu mi tekst techniczny szlag trafil! Boze, jaka ja jestem zdolna....

Ja czytac twoje teksty na pewno bede, a i do tych ostatnich bede wracala.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44762

Jak piszesz coś "dłuższego" to najlepiej pisać na "wordzie" i wklejać po korektach. W innym wypadku test szlag trafia (strona się automatycznie odświeża i kasuje niezapisane komentarze).
Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pozdrawiam
**********
Niepoprawni: "pro publico bono".

#44765

Mam nadzieję, że kiedy Ci przejdzie złość, to spróbujesz jeszcze raz odtworzyć.
Pozdr.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44804

... że sprymitywizowany liberalizm trąci bolszewizmem. Nie wierzę jednak w "trzecią drogę". Myślę, że trzeba przez cały czas, choćby po trochu, dążyć do wprowadzenia prawdziwego wolnego rynku, ale też nie po trupach ludzi, którym życie zabrała komuna, wiec nie są winni swojego ubóstwa. Gdybym wiedział jak to robić, to bym napisał. Związki zawodowe mają sens jako obrońca przed pazernością większą niż poszukiwanie godziwego zysku i jako negocjator. Tyle wystarczy. Zbyt rozbudowane i wzmocnione związki stają się korporacją zawodowych związkowców, uprawiających biznes i politykę. Mało nam tego?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#44807

[quote=Dixi]Związki zawodowe mają sens jako obrońca przed pazernością większą niż poszukiwanie godziwego zysku i jako negocjator. Tyle wystarczy. Zbyt rozbudowane i wzmocnione związki stają się korporacją zawodowych związkowców, uprawiających biznes i politykę. [/quote]

Pełna zgoda. Jak widać to jest w dużej mierze kwestia ujęcia tego tematu-- przecież z punktu widzenia ortodoksyjnego "wolnorynkizmu" pogląd, który wyraziłeś JEST trzecią drogą (bo wolny rynek sam się reguluje i nie potrzebuje dodatkowych regulatorów chroniących przed "pazernością większą niż poszukiwanie godziwego zysku").

[quote=Dixi]Nie wierzę jednak w "trzecią drogę". Myślę, że trzeba przez cały czas, choćby po trochu, dążyć do wprowadzenia prawdziwego wolnego rynku, ale też nie po trupach ludzi, którym życie zabrała komuna, wiec nie są winni swojego ubóstwa. Gdybym wiedział jak to robić, to bym napisał. [/quote]

Co to znaczy dla Ciebie prawdziwy wolny rynek? Czy np. dopuszczasz w jego obrębie istnienie "strategicznych sektorów gospodarki" gdzie wskazana jest własność albo ścisła kontrola ze strony państwa?
Dla mnie wszystko jedno, czy nazwiemy to "trzecią drogą" czy "zdrowym rynkiem" - liczy się to, żeby w opracowywaniu rozwiązań brać pod uwagę takie rzeczy jak koloryt lokalny a także bilans tego, jak różne rozwiązania się w różnych miejscach sprawdzały.

I żeby zgodzić się, że są sfery życia wspólnoty, które powinny być - w miarę możliwości - wyjęte spod działania praw rynkowych.

Pozdr.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44811

... zawodowych jest zgodą na rodzaj "trzeciej drogi", czyli ustępstwa, ale miałem na myśli, nazwijmy to, fazę przejściową, więc moja niekonsekwencja jest uświadomiona:):):)Etap, że się tak brzydko wyrażę, a nie cel.
W kraju, który zaczął rozwalać światowy komunizm właśnie przy pomocy związków zawodowych (pytanie, czy ie przyświecała im raczej wizja jakiegoś socjalizmu "z ludzką twarzą", bo przecież idee wspólnot, spółdzielni i związków zawodowych są głęboko socjalistyczne, czy nawet prekomunistyczne) i który nadal większość obywateli jest spauperyzowana i sfrustrowana, plucie na "Solidarność" i "solidaryzm" jest działaniem samobójczy z wielu powodów. Teoretycznie przy prawdziwie wolnym rynku związki zawodowe byłyby zbędne. Zbędne, nie ograniczone, czy zakazane. No, ale to wizja tak samo odległą, jak "świetlana przyszłość" powszechnego komunizmu :):):):) Nota bene wolałbym zdecydowanie to pierwsze, a po stokroć nie chciałbym tego drugiego.
Atakowałem już na Niepoprawnych, nawet z użyciem wyzwisk :):):) "reformatorów", którzy właściwie mieli podobny pomysł, jak komuna: "rach-ciach przewrocik - słabi wyginą, silnym i uświadomionym będzie dobrze". Przy okazji chciałbym zauważyć, ze wystarczyłaby w tym celu.... epidemia dżumy (czy podobna). To wcale nie teoretyzowanie. Po okresie panowania Czarnej Śmierci, ci którzy przeżyli, bardzo się, choćby w wyniku przejęcia spadków i opuszczonej ziemi, wzbogacili, a przy okazji zniknęło przeludnienie i bezrobocie.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#44814

Mówisz o transformacji rzeczy bardzo mi bliskie.
Tym bardziej nie rozumiem, skąd u Ciebie przykonanie, że idealny wolny rynek ze schematów Smitha, Hayeka czy Friedmana jest w ogóle możliwy do osiągnięcia (nawiasem mówiąc chyba nawet u tych dwóch ostatnich ten "totalny" wolny rynek był właśnie schematem pomocniczym, a nie realnym postulatem). Przecież to jest marksizm a rebours! Chyba że widzisz gdzieś ten "wolny rynek" w rzeczywistości, sprawdzający się i funkcjonujący.. Ja nie widzę. Piszę o tym w pierwszej części zwłaszcza - tendencje do oligarchizacji i układu na styku biznesu i polityki miały w Polsce podatny grunt w postaci formuły transformacji i postnomenklaturowych grup wpływu, ale przecież to są tendencje występujące w każdej gospodarce rynkowej, jeśli państwo z nimi nie walczy/nie zapobiega.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44816

Napisałem dużo, ale jakiś przypadkowy skrót klawiszowy wszystko mi wymazał. Chciałem prosić, żebyś pozwolił mi wierzyć w rynek, bo to jednak mądrzejsze, niż wiara w komunizm, a może nawet bardziej racjonalne, choć nigdzie na świecie "niewidzialna ręka rynku" nie działa naprawdę bez ograniczeń. Wspomniałam też stary, dziwny film "F.I.S.T" z.... Sylwestrem Stallone. Widziałeś może?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#44836

Nie widziałem, niestety.

A tu bardzo dobry reportaż, który pokazuje moim zdaniem te same, układowo-mafijne patologie, które znamy ze styku służb PRL, TW i przestępczości, tyle że wynikające z samej istoty nieograniczonego kapitalizmu -- http://tygodnik.onet.pl/30,0,40021,1,artykul.html

W Europie wschodniej po komunizmie wiara w niewidzialną rękę jest na pewno bardziej zrozumiała, niż wiara w komunizm, ale czy jest obiektywnie mądrzejsza? Nie wiem. Obie te wiary mają wg mnie oparcie w szczytnych ideałach, które niestety słabo się sprawdzają w rzeczywistości.

Pozdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44839

Rynek albo komunizm.

Doprawdy tylko takie mamy mozliwosci wyboru??????

Spojrz na Chiny....

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44875

To nie jest kwestia wiary. Przywracanie wolnego rynku po latach funkcjonowania gospodarki centralnej jest procesem do tej pory niepraktykowanym, jako,ze nie bylo ku temu okazji. To raz.

Dwa: wolny rynek, tymczasem, w swiecie, ktory watpliwych blogoslawienstw gospodarki centralnie sterowanej nie zaznal, nie stal w miejscu, bo byloby to wbrew jego naturze. Ewoluowal, zmienial sie wraz ze zmieniajacymi sie warunkami ( takze natury kulturowo-socjalnej) oraz ... jak to zwykle bywa, kiedy cos sie dzieje, a nie stoi w miejscu - popelnial b l e d y.

Jedna z najbardziej spektakularnych ilustracji jest oswiadczenie Greeenspana, ze "sie mylil". Pomylka ta wynikla z mechanicznego traktowania "niewidzialnej reki rynku", bez odniesienia sie do skomplikowanych machanizmow stosunkow miedzyludzkich, czyli,w sumie, byl to blad calkiem podobny do "bledu" komunistow. Automatyzm, zakladajacy tylko i wylacznie pozytywne skutki "niewidzialnej reki", w istocie swej, byl rownie oderwany od gatunku ludzkiego, jak komunizm.

"Trzecia droga" nie jest wiec koniecznoscia postkomunistyczna, ale duzo bardziej uniwersalna. To droga do swiata, w ktorym "wilk bedzie syty i owca cala". I ludzkosc nie moze sobie pozwolic na zalozenie, przekonanie, ze jest niemozliwa. Nie w czasach, kiedy "wilki" operuja mozliwosciami dokonania masowej zaglady.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44847

.... Greenspan, nie był wcale efektem działania rynku. Wręcz przeciwnie, to jacyś cwaniacy przegrzali z rozdawaniem kredytów, bo mieli od nich wirtualne zyski i realne procenty. Rynek działa, niestety nawet po trupach. Manipulowanie nim powoduje, że są to zazwyczaj trupy frajerów i gołodupców, a nie manipulatorów, którzy sobie jakoś poradzą. Niedawno słyszałem, że bankowi oficjele wypłacili sobie dywidendy od... pomocy państwowej na "ratowanie bankowości". No, kasa przyszła, procent się należy... Gdzie tu "niewidzialna ręka rynku"? Ja widzę niewidzialna rękę pazerności i cwaniactwa, oraz ukłąd. My wam dotacje, wy nam niskie, lub umarzane pożyczki...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#44850

A gdyby nie było 'bailoutów' to myślisz że kto by stracił na kryzysie? Bankierzy czy, jak mówisz, gołodupcy? Tymczasem gdyby nie kompletne uwolnienie rynków finansowych od regulacji (duże zasługi ma tu m. in. administracja Clintona), to do "przegrzania z kredytami" mogłoby w ogóle nie dojść..

Inną jeszcze sprawą jest to, że system finansowy, z którym od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia odbiega wyraźnie od w pełni wolnego rynku (bo też coś takiego nie istniało i nie istnieje). Określenie tego systemu, które bardzo cenię to "wolny rynek dla ubogich, socjalizm dla bogatych".

Pozdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44865

A gdyby nie było 'bailoutów' to myślisz że kto by stracił na kryzysie? Bankierzy czy, jak mówisz, gołodupcy? Tymczasem gdyby nie kompletne uwolnienie rynków finansowych od regulacji (duże zasługi ma tu m. in. administracja Clintona), to do "przegrzania z kredytami" mogłoby w ogóle nie dojść..

Inną jeszcze sprawą jest to, że system finansowy, z którym od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia odbiega wyraźnie od w pełni wolnego rynku (bo też coś takiego nie istniało i nie istnieje). Określenie tego systemu, które bardzo cenię to "wolny rynek dla ubogich, socjalizm dla bogatych".

Pozdr

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44866

Bylo to dzialanie pozbawionego jakiejkolwiek panstwowej kontroli rynku. "On" po prostu wykorzystal okazje.

Ludzkie pojecie przechodzi, jak moglo do tego dojsc, ale doszlo - w imie wolnego rynku.

NIE ISTNIEJE taka ludzka dzialalnosc we wspolnocie, ktora moze funkcjonowac poza wszelkimi regulacjami. Jak sie niejednokrotnie przekonalismy "regulowanie" wylacznie sumieniem i Dekalogiem, w praktyce spotyka sie niezwykle rzadko. Czlowiek potrafi wymyslic nieprawdopodobna ilosc i gatunek powodow, aby do kolejnego Przykazania dodac "ale..." i postapic dokladnie odwrotnie niz Ono nakazuje.

Kaska
PS. Chrzescijanstwa bronic nie musisz, ono ma znacznie wiekszego Obronce niz jakikowliek Ziemianin. Nie bron chrzescijanstwa - BADZ chrzescijaninem. Tyle, naprawde, wystarczy:)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44874

Nic dodać nic ująć.

Paradoksem wolnego rynku w realnym świecie jest to, że on wcale nie komponuje tak łatwo z ideą "minimalnego państwa". To o czym wcześniej pisałaś - wzrost wydatków na administrację publiczną za Reagana - jest świetnym tego przykładem. Rynek, żeby działał "zdrowo", wymaga państwowego nadzoru. To tylko kwestia nazewnictwa (determinowanego ideologią, w dużej mierze), czy określimy ten nadzór "interwencją", czy "warunkami wstępnymi" albo "obramowaniem prawnym działania".

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44879

Pewnie wielu sie ze mna niezgodzi, ale dla mnie jedynym srodowiskiem ktore juz od dluzszego czasu dziala z bardzo dobrym skutkiem w kierunku odbudowy tozsamosci opartej na wspolnych wartosciach jest srodowisko Radia Maryja. Tam widac te prace u podstaw, ktorej brak jest wiekszosci srodowisk prawicowych. I pewnie dlatego sa oni tak znienawidzeni w srodowiskach i mediach homo-lewicowch.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44486

Nie słucham RM, więc nie jestem kompetentny.
Nie mam zaufania do medialnej gęby, jaką mainstream przyprawia radiu, a zwłaszcza jego słuchaczom, ale mam też bardzo ograniczone zaufanie do samego o. Rydzyka. Mam też wrażenie, że o ile z pewnością buduje się wokół niego tożsamość grupy wykluczonych, odrzuconych przez system III RP, o tyle jak na budowniczych wspólnej tożsamości zbyt wielu jednak z tej wspólnoty wykluczają.
Ale, powtarzam, bazuje na wyrywkowym doświadczeniu, nie całościowym, więc mogę być stronniczy.
Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44489

RM operuje jeszcze bardziej wykluczeniowa polityka, niz opisana przez autora wczesniej grupa lewicowych elitystow.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44496

Bieganie wokół okrągłego stołu .
Ładnie to wygląda . Pętle myślowe :)
POSTULAT!!!
Własną ręką- za włosy wyciągam się z bagna .

Powodzenia :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44508

Podziwiam, że tak się Pan zdecydował nacierpieć, bez żadnego przecież przymusu!
Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44525

Mam nadzieję, że nie zaraził się Pan żadną kiłą ani innym świństwem - proponuję jednak na wszelki wypadek dokonać rutynowych badań.. :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44526

Badania nad "Kiłą" rozkładającą Polske, to niewyobrażalnie wielkie pole do popisywania się znajomością faktów .
Wnioskujących wielu a wnioski z gruntu te same .
Bo jakie mają być ?
Słuszne !
jeno, jest małe ale .
Trudno jest dyskutować z osobą akademicko pojmującą rzeczywistość .
Ten trend trwa .
Sofistyka !!!!!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44528

Zasugerowany "klaką' pańskich wynurzeń.
Pełnych miękkiego polotu , poprawnej oceny i broń mnie od uszczypliwości - zwykłej naiwności .

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44530

Oceny, które Pan wypowiada nie nadają się do polemiki, więc pozostaje mi z pokorą je przyjąć. I pozostać przy swoich "wynurzeniach" dopóki rzeczywistość, przemyślenia lub argumenty ich nie zweryfikują.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#44539

Część I i III cieszyły się największą oglądalnością (pod względem odsłon). Przeczytałem Pańskie rozważania z dużą ciekawością. Proponuję zająć się "przyszłością" polityki w IIIRP, moim zdaniem byłaby to ciekawa analiza futurologiczna.
Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pozdrawiam
**********
Niepoprawni: "pro publico bono".

#44583

Tekst nie jest latwy. Wymaga skupienia i kilkukrotnego przeczytania, ale warto s ie na ten wysilek zdobyc i rozwinac polemiki.

Wg mnie to jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujacych tekstow, jakie w ciagu ostatnich miesiecy czytalam w polskojezycznym internecie.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44608

Tekst nie jest latwy. Wymaga skupienia i kilkukrotnego przeczytania, ale warto s ie na ten wysilek zdobyc i rozwinac polemiki. O tym co jest DZIS. Jutro i tak przyjdzie, chcemy czy nie chcemy;), a jakie ono bedzie w sporym stopniu zalezy od tego, czy bedziemy umieli dostrzegac, rozumiec, opisac terazniejszosc - oraz rozmawiac o niej.

Wg mnie to jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujacych tekstow, jakie w ciagu ostatnich miesiecy czytalam w polskojezycznym internecie.

Kaska

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kaska

#44609