Moja Polska - Zwierzyniec.

Obrazek użytkownika jwp
Blog

Była  kiedyś w Krakowie dzielnica Zwierzyniec. No, niby nadal jest, ale to już nie to.

Nieraz pytają za kim jestem

W tym kraju częsta to sprawa

Mówię najbardziej popieram szyld 

Z napisem - Bar na Stawach..." - Jerzy Harasymowicz

 

Tamta dzielnica pochylonych kamienic i małych willi, przylegająca do wałów Rudawy i preriowych przestrzeni Błoń, przydomowych sadów i ogrodów, placów i zakamarków, przeminęła jak przemija wszystko, ustępując miejsca nowym ludziom, nowym domom i nowym obyczajom. 

Opowiadanie "Była sobie kiedyś dzielnica" ( Zwierzyniec ) pochodzi ze zbioru opowiadań autorstwa mojego przyjaciela Jacka Chruścińskiego pt. "Bania" - za zgodą autora publikuję.

   Mój dziadek był tam figurą! Wielki piłkarz, ceniony dziennikarz, jak mawiano – arbiter elegantiarum. Patriarchalnie przewodził całej familii. Każde wykroczenie było srogo karane, ale też łatwo było przebłagać zagniewane chwilowo, ale złote serce pana Zygmunta. Obowiązywał porządek, czystość i tak zwana kindersztuba. Nawet chłopaki na ulicy starali się w sprzeczkach, podczas gry w siatkówkę lub wojnę narodów, obrażać się nawzajem w sposób elegancki. Słyszało się jednak często i „a żeś ty jest pajac!”, i „słuchajże, wisz co? gupiś!” oraz „a idzze, idzze bajoku!”

   W sąsiedztwie mieszkało wiele wybitnych postaci tamtych lat. A i do dziś niektóre nazwiska mówią wiele. Na rogu ulicy Salwatorskiej stała willa Cyrankiewiczów, otoczona sadem, gdzie najbardziej smakowały „grandzone” jabłka. To była bardzo szacowna rodzina, jeszcze wówczas nie splamiona piętnem narodowej hańby.

  Salonem towarzyskich spotkań chłopaków było oczywiście boisko piłkarskie. Jakże mogło być inaczej tuż w sąsiedztwie stadionu Cracovii! Przecież na rogu Słonecznej mieszkał słynny bramkarz i jeden ze współtwórców tego klubu doktor Lustgarten!  Owym boiskiem  była niezabudowana parcela, pomiędzy Senatorską, Salwatorską i Słoneczną, zwaną dziś Bolesława Prusa. Mój tata kopał tam zapamiętale piłkę, próbując udźwignąć piętno sławy swojego ojca – kapitana „Pasiaków”! Kopali z nim zresztą wszyscy chłopcy, większość wychowankowie szkoły imienia, nomen omen, Henryka Jordana. Był wśród nich mieszkaniec Kraszewskiego, obecna chluba polskiego aktorstwa, Gucio Holoubek, był też wielebny ksiądz Maliński, późniejszy przyjaciel Ojca Świętego. A proboszczem w tej parafii był sam słynny ksiądz infułat Ferdynand Machaj.

   Pobliski Plac Na Stawach był wówczas zwykłym targowiskiem, ale jakże wspaniałym i tajemniczym. Babcia chodziła tam robić zakupy, a dla dzieci była to niebywała wyprawa w krainę rozgadanych straganiarek, furmanów w wysokich filcowych butach, cyganów z błyszczącymi patelniami, druciarzy naprawiających garnki i pogwizdujących gołębiarzy. Pełno tam było fur wyładowanych ziemniakami i kapustą, zaprzężonych w  podjadające obrok z worków, piękne konie. Brązowe i szare, siwe i ceglaste, pstrokate i aksamitne. Punktem centralnym była wielka studnia - pompa, miejsce mycia jarzyn i pojenia zwierząt, której woda w razie spożycia dawała pewność ciężkiej choroby!

   Opiewany wiele lat później przez wiecznego andrusa, Olka Kobylińskiego –-„Makino”, Bar na Stawach, był wówczas spokojną i całkiem porządną restauracją. Zresztą, nie było w okolicy lumpów. Każdy, nawet biedny agar, starał się trzymać fason i w sąsiedztwie pragnął uchodzić za eleganckiego obywatela. Wspomniany bar, który lata później swą poetyką ginącej enklawy, ściągnął w swoją czeluść nie jednego poetę i romantycznego wędrowca, gdzie jak śpiewał Wojtek Bellon, zaniosło go kiedyś z Jaśkiem Hnatowiczem, teraz jest przerażająco zimną knajpą, bez odrobiny klimatu.

   Wtedy, cała okolica była pełna romantycznych postaci. Po podwórkach wędrowali uliczni muzykanci, grajkowie. Najsłynniejsi wówczas Michaś i Tretter ściągali tłumy dzieciarni i gapiów. Prawdziwi gwiazdorzy! Przypominali trochę swym wyglądem Pata i Patachona, słynnych wówczas bohaterów komiksu (tak, tak!) z Expresu. Prawie tak samo popularny był też Cezar. Miał on jednak inny repertuar. Śpiewał, jak to się wtedy mówiło, piosenki dla służących i pokojówek. Był – jak powiadano – sfiksowanym profesorem , z godnością zbierającym drobne, rzucane w imię uznania jego kunsztu. Nie daj Boże jednak gdy monety, zawinięte w papier, leciały za rzadko lub w zbyt nikczemnych nominałach. Wówczas wzbierał srogim gniewem, wyrażanym wiązankami przekleństw. Przekleństw tak wymyślnych i sprośnych, wręcz pornograficznych, że przerażone nianie i mamusie zwoływały czym prędzej dziatwę do domów, skrzętnie zamykając okna!

   W zimie rolę salonu przejmowały ślizgawki. Najsłynniejsze były na kortach Cracovii, w Wodociągach i przy szkole Św. Bronisławy. Nie każdego było stać na łyżwy – oczywiście przypinane do obcasów na żabki, lub – te lepsze, przykręcane do butów. Później pojawiły się panczeny i dżeksy – te już razem z butami! To była zabawa!

   Większym wydarzeniem mógł być tylko Emaus. Wielki, rzec by można odpust, jarmark w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Kramy uginały się pod ciężarem wszelkich smakołyków, pełno było lizaków, cukierków, cukrowej waty. Nad wszystkim królowały, unoszące się nad głowami tłumów kolorowe balony. Najbardziej charakterystyczne były jednak: czarne, gumowe diabełki, którym wyskakiwały czerwone języki i rogi, Żydzi – chałaciarze kołyszący się bezustannie, celofanowe piłeczki na gumce i gdaczące pudełka na sznurku! Tłumy parły nieprzebrane pod Wzgórze Salwatorskie. Hałas, ścisk, grające katarynki i karuzele. No i ponad wszystko Śmigus Dyngus!!! Polewano szczerze i ochoczo panny i kawalerów, dużych i małych, biednych i bogatych. Jednak bez chamstwa, przemocy i knajactwa.

   Dzieciaki szalały wśród sadów i ogródków Zwierzyńca. Bawiono się głównie w żołnierzy – zwłaszcza podczas okupacji. Ucząc się wartości i nieprzemijalności pojęć takich jak honor, odwaga, uczciwość i patriotyzm.

   Idolami bywały też gwiazdy kina. Choćby Tarzan, z super pływakiem Wessmuellerem, oglądany z wypiekami w kinie Świt – dzisiejszej Filharmonii, gdzie wśród łez można też było zobaczyć Królewnę Śnieżkę!

   No, a na co dzień, wzorem do naśladowania byli starsi koledzy. Oni pokazywali wszystkie sztuczki świata, uczyli włażenia na drzewa, znali wszelkie dziury w parkanach i bramy przechodnie w kamienicach. Potrafili gwizdać na palcach i mieli zapałki! Ponadto byli starsi, a wiec na pewno mądrzejsi – mądrzejsi nawet od dorosłych! Ich potrzeby były dla dzieciaków rozkazem. To dla nich szła większość zdobyczy z grandy, i zaoszczędzone grosze z kieszonkowego. Gdy brakło funduszy, trzeba się było zdobyć na bohaterstwo... Gdy idol mego taty – starszy kilka lat kolega, syn pułkownika K. cierpiał na brak dofinansowania, tata mój, podjął się czynu zaiste heroicznego. W szafie leżał stos wykrochmalonych koszul wujka Mariana, nazywanego w rodzinie Markiem. Choć reklamowała go praca w zakładach Zieleniewskiego, poszedł on na ochotnika na wojnę już trzeciego września. Ponieważ skończył przed wojną podchorążówkę we Włodzimierzu Wołyńskim, oświadczył, że jedzie gonić własny pułk. Dogonił! W domu zostały nienagannie poukładane ubrania, w tym owa sterta koszul. Leżały tak już kilka miesięcy. Tata postanowił, o zgrozo, jedną z nich spieniężyć na placu! Sprawa się wydała! Ktoś rozpoznał synalka pana Zygmusia. Konsekwencje były okropne. Dziadek wymierzył karę w sypialni, a cała rodzina, struchlała, płakała za ścianą... Parę lat później, ten sam synalek ukończył konspiracyjną podchorążówkę i jako podporucznik AK mimo, że wyższy stopniem, nadal pilnie słuchał poleceń dziadka Zygmunta! A koszule... no cóż, nie przydały się już wujkowi Markowi. Jego wojenną tułaczkę zakończył w chłodny poranek 1940, strzał w tył głowy, gdzieś w lesie, wśród innych więźniów Starobielska... Zostały tylko ubrania i pożółkłe fotografie. No i do dziś, pieczołowicie przechowywana przeze mnie, jedyna pocztowaja karta ze Starobielska...

   Ze Zwierzyńca był też jeden podoficer. Ten, co prawda, nie naszego wojska, lecz „granatowej” policji. Różnie dziś się o nich mówi... Wtedy, chyba w 44 roku, ojciec wracał z kolegą z akcji. Nie pamiętam, co to było za zadanie. Wiem, że tata mój, między innymi, wykonywał wyroki na konfidentach, zdrajcach. Z wyroku Sądu, w imieniu Rzeczypospolitej! Być może z takiej akcji wracali. Była już godzina policyjna, byli prawie w domu... Natknęli się na patrol „granatowych”! Dali im jakieś papiery, oczywiście „dęte”. Coś się policjantom nie spodobało. Wzięli ich na posterunek. A przecież ojciec miał za paskiem pistolet! Złapani z bronią – śmierć!!! Przerażeni przyszli na posterunek, weszli do dalszego pomieszczenia, gdzie za biurkiem siedział jakiś podoficer. Wziął dokumenty, spojrzał na nich i zbladł! Rozpoznał ich!!! Odprawił stójkowego, przyjrzał im się raz jeszcze, po czym powiedział, odkładając papiery: „Ja idę sprawdzić kartotekę, a tu za mną są drzwi nad Wisłę...”. Zapewne nigdy nie dowiem się nazwiska tego „granatowego”, który ocalił życie mego taty!

    Tata po wojnie, uprawiał lekkoatletykę i grał, oczywiście w Cracovii, w piłkę, ale talentu piłkarskiego po dziadku Zygmuncie nie odziedziczył. Ten zaś, po wojnie, pracował jako dziennikarz. Był redaktorem działu sportowego „Echa Krakowa” (gdzie naczelnym był red. Sikorowski, ojciec piosenkarza, Andrzeja z grupy „Pod Budą”), później szefem kolegium redakcyjnego „Piłkarza” (sam zresztą, nazwę tę wymyślił!!!), a potem redaktorem „Tempa”. Gdy po latach, podczas jakiś estradowych występów, poznałem panów Kazimierza Górskiego i Gerarda Cieślika, bardzo mi schlebiało, gdy wspominali z szacunkiem i uznaniem mego dziadka. Zarówno wychwalali jego osiągnięcia jako piłkarza, środkowego pomocnika, kapitana drużyny, reprezentanta kraju jak i jako dziennikarza! Do dziś mam proporczyk Ruchu Chorzów, który dostałem wtedy od pana Gerarda.

 Przemijają ludzie, miejsca... Zostają relikty, wspomnienia wydarzeń. Niewielu jest ludzi kultywujących tradycje, przechowujących wspomnienia, historie. Wspomniany Wojtek Bellon był jednym z tych nielicznych, którzy z małych iskierek potrafili wykrzesać ogień wspomnień.

 Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych, podczas Festiwalu Piosenki Studenckiej, w przerwie pomiędzy przesłuchaniami konkursowymi a koncertem wieczornym, siedzieliśmy na tyłach Hali Wisły, na ławeczce, przy treningowym boisku. Paru jurorów, paru przedstawicieli środków masowego rażenia, kilku wykonawców. Był i znany jazzman Rysiu Styła i gitarzysta Wolnej Grupy Bukowina Wacek Juszczyszyn. Był dyrektor Big-Bandu Rotunda, pianista Wojtek Groborz i znany organizator, kierownik artystyczny Jaszczurów, Kuba Florek oraz jeszcze kilku kolegów. Ktoś przyniósł alkohol, ktoś opowiadał anegdotkę. Słoneczko świeciło nam w twarze. Raczej nudne, niemrawe popołudnie – upał. Nagle pojawił się Bellon! Wypił podaną rację żywnościową i podniecony pochylił się do mnie. Zagadnął: „Chruściel, patrz co mam – „zośka”! – gramy?”, „Jasne!”. Wacek Juszczyszyn zerwał się błyskawicznie, rozglądnął się nerwowo, a za chwilę znalazł kawałek cegły i począł rysować kółka. Po paru minutach graliśmy! „Z podania za dwa!”, „Szczur!”, „Ręka w kółku gol!!!”, „Ząbki za pięć!”’ „Podaj, podaj!”. Ktoś się dołączył, dorysowywano nowe kółka.

 Tak oto, w przeciągu kilku minut, paru dorosłych facetów oszalało... Tak oto, dzięki Wojtkowi, na parę minut byliśmy znowu w latach sześćdziesiątych...

 Zośka!.. Żeby ją mieć, trzeba się było natrudzić... Trzeba ją było samemu zrobić! Odrobina włóczki podebrana mamie, czy kawałeczek drutu, nie stanowiły problemu. Ale ołów!!!

  Po wojnie, rodzina moja wyprowadziła się niestety z pięknego Zwierzyńca. Zamieszkaliśmy na Grzegórzkach! Kolejna enklawa krakowskości. W tamtych, latach istniała jeszcze linia kolejowa, przez Dąbie i Wieczystą do Mogiły i Kocmyrzowa. Pociąg zjeżdżał ostrym łukiem w dół z nasypu, tuż przed mostem na Wiśle i tam, gdzie dziś jest stacja benzynowa przy al. Daszyńskiego, obok Rzeźni, była duża stacja kolejowa – Kraków Grzegórzki! Pełno torów, dziesiątki bocznic. Do gazowni, elektrowni (tory przecinały ul. Starowiślną!), rzeźni, monopolu, fabryki Zieleniewskiego, Semperitu... Duże zabudowania stacyjne, ramienne semafory, wielkie, dymiące parowozy! Zapach spalanego węgla, smarów. Syk pary, brzęk żelastwa, turkot kół, pisk hamulców... Wszędzie ruch, zamieszanie, zgiełk. Tajemnicza, zaczarowana kraina... Na bocznych torach stały wagony. W większości kryte, wyładowane mąką z młynów Wieczystej i Krzesławic, materiałami budowlanymi dla Nowej Huty lub zwierzętami rzeźnymi. Wagony były oczywiście pozamykane i oplombowane. A plomby były z ołowiu...

 To było bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie. Kręcili się przecież kolejarze, sokiści... Całe mnóstwo dorosłych! Można było co prawda, za dnia, łażąc po torach, szukać zerwanej plomby, ale tak robiły maluchy! Więksi chłopcy, wieczorem, pod osłoną mroku, zrywali plomby z wagonów! Im większa, solidniejsza, tym lepsza! Potem, nad palnikiem kuchenki gazowej, topiło się ołów i robiło upragnioną „zośkę”!!! Na podwórku odbywały się regularne turnieje, istniał cały grafik rozgrywek. Grało się też, oczywiście, w „dołek”, „taftę” i „w noża”. Nóż i „zośka” to były skarby! Trzeba było ich było dobrze strzec. Zagrożeniem byli chłopcy z innych podwórek, no a spotkanie z bandą z Gęsiej, kończyło się utratą skarbów i defasonowaniem nosa...

 Niedawno w najciemniejszym zakamarku szuflady, natrafiłem na moją stareńką „zośkę”. Czerwona włóczka wyblakła i wytarła się. Został prawie sam ołów. Ale za to jakie historie opowiada!

Jacek Chruściński Marzec 2001

Ukazało się w Dzienniku Polskim 16 czerwca 2001, pt. „Była kiedyś dzielnica”.

Zwierzyniec od 100 lat w Krakowie.

W cztery oczy z Makino.

Katarzyna Kachel 2009-10-09

Inna ważna postać ze Zwierzyńca - Konstanty Krumłowski

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

... jako dziecko na Zwierzyńcu. Dzięki!

Pzdrwm
triarius
-----------------------------------------------------
http://triarius.pl - mój prywatny blogasek
http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#152834

ja na Piasku.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#165257

... szczególików nie pamiętam, przykro mi, to było pół wieku temu.

Ale to było Rydla 11.

Pzdrwm
triarius
-----------------------------------------------------
http://triarius.pl - mój prywatny blogasek
http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#165265

Ulice: Bronowicka, Podchorazych, 18tego Stycznia(dawna nazwa). Tam u zbiegu z ul Dzierzynskiego kino Wolnosc przy placu Wolnosci z pomnikiem "zapalka", a za Alejami Trzech Wieszczow, Karmelicka zbiegajaca sie ostro z Krupnicza i naroznym teatrem "Rozmaitosci", na Podwalu, Straszewskiego, gdzie okalaja Stare Miasto Planty, a Szewska z perspektywa na Sukiennice w Rynku, i obok Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellonskiego z pomnikiem Kopernika - to Plantami w prawo, a w lewo: "bunkier Drobnera", czyli Palac Sztuki Nowoczesnej, Palac Sztuki z pomnikiem Grotgera, przecinamy Szczepanska, Tomasza, poczatek ul. Pijarskiej, Slawkowska z narozna kawiarnia Literacka, itd.

Ja mieszkalem miedzy Krowoderska, Lobzowska,
Pl. Biskupim, a Basztowa.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#165472