W poszukiwaniu winnych za zamachy w Rosji

Obrazek użytkownika Patryk Gorgol
Świat

Powiedzieć, że w Rosji jest niespokojnie, to jak powiedzieć o Drakuli, ze był nieco ekscentrycznym człowiekiem.

Codziennie dochodzi do kolejnych wybuchów - przeniosły się one jednak z Moskwy na Kaukaz. W blogosferze nie milkną spekulację - kto za tym wszystkim stoi? Co dalej?

Na zdjęciu Doku Umarow - źródło: NewsRu.com

Oliwy do ognia dolał Doku Umarow ku, przywódca "Emiratu Kaukaskiego", formalnie dowodzący ruchem oporu na Kaukazie. Rzecznik jego organizacji stwierdził, iż to nie oni są odpowiedzialni za zamach, a zorganizowali go sami Rosjanie - konkretniej Władimir Putin i FSB. Wieczorem jednak Umarow prawdopodobnie zorientował się, że następnego dnia jest Prima Aprilis, a jego kompan pomylił widocznie daty i oświadczył, że zamachu dokonano na "jego osobiste polecenie". Powiedział też, że to nie koniec tego typu, a nawet nazwał je "wysłaniem pozdrowienia FSB", nawiązując prawdopodobnie do jednego z miejsc wybuchu. Które z oświadczeń jest zatem prawdziwe? To jak z tym dylematem: czy kiedy kłamca mówi, że kłamie, to kłamie, czy może mówi prawdę?

Rozbieżność może wynikać z prostego faktu. Rzecznik Emiratu Kaukaskiego Szemsettin Batukajew, mógł nie mieć kontaktu z Umarowem i nie skonsultować swojego oświadczenia. Teza naciągana, ale nie nieprawdopodobna. Istnieje też inne wytłumaczenie - zamachu dokonali ludzie związani z "Emiratem", ale wcale nie na "osobiste polecenie" wodza. Wszakże niektóre rebelianckie organizacje, formalnie podległe Umarowowi, posiadają autonomię. Niezależnie jednak od wszystkiego - Doku Umarow przyznał się do zorganizowania zamachów w Moskwie. Jako przeciwnik Moskwy uwiarygodnił się, ale odpowiedzialność za wybuchy w metrze nie przysporzy mu zwolenników ani wśród mieszkańców Rosji, ani na całym świecie.

Tymczasem sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej generał Nikołaj Patruszew stwierdził, iż nie wyklucza, że związek z zamachami w Moskwie może mieć Gruzja. Na wstępnym etapie śledztwa niewiele rzeczy można generalnie wykluczyć, ale Rosjanie strzelają sobie takimi oświadczeniami w stopę.

Tak, jak Rosja wspiera wszystkie siły odśrodkowe w Gruzji, tak Gruzja wspiera siły odśrodkowe w Rosji. Różnicą są jednak możliwości,  które ma każda ze stron. Saakawszwili stracił już Osetię Południową i Abchazję, a Rosjanie, uznając ich niepodległość,  ale nie dając innym narodom kaukaskim prawa do samostanowienia pokazują konsekwencje. Rebelianci kaukascy są więc logicznym sprzymierzeńcem gruzińskiego wywiadu, który co prawda niewiele może, ale jest w stanie przekazać trochę pieniędzy i przestarzałą broń. Rozumowanie jest dziecinnie proste: lepiej, gdy Rosjanie zajmują się problemami wewnętrznymi Federacji, niż problemami Gruzji. I to są te "powiązania" o których się tyle mówi. Przypomina to polską politykę w XX-leciu międzywojennym. Też jednym z jej filarów było ruchów odśrodkowych w ramach tzw. polityki prometeizmu, a że nić z tego nie wyszło - to inna sprawa.

Mówienie jednak o tym, że za zamach odpowiedzialni są Gruzini jest dla generała ośmieszające. Gruzini nie byliby w stanie zorganizować takiej akcji i byłoby prawdziwe casus beli. Poza tym - nie mieli w tym żadnego interesu. Saakaszwili miał też osobisty powód, by tego nie dokonać - już w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej Putin miał deklarować w rozmowie z Sarkozym, że "powiesi go za jaja". Ponoć właśnie prezydent francuski go od tego powstrzymał, ale w takich okolicznościach,  premier swoją zapowiedź by spełnił.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Rosjanie oskarżyliby o zamach Gruzję. Teza jest nie do udowodnienia i w ten sposób straciliby ważny atut. Od kilku dni do rosyjskiej stolicy przychodzą kondolencje, wyrazy poparcia, a nawet deklaracje pomocy w walce z terroryzmem (np. Barack Obama). Cały świat współczuje Rosjanom i potępia zamach terrorystyczny. Nazwijmy to "Efektem Axe". Wszystko to skończyłoby się z momentem, w którym np. Putin zapowiedziałby zemstę na Gruzinach i ogłosił, iż bez ich wsparcia nie doszłoby do zamachu. Rosjanom nie jest potrzebna kolejna wojna na Kaukazie - mają na głowie wiele poważniejszych problemów, a swoje cele w Gruzji (tj. Abchazja i Osetia Południowa) już osiągnęli.

Pozostaje jeszcze wątek indolencji służb rosyjskich. Pisałem już o nim w poniedziałek sugerując, iż na tym właśnie może polegać wina Rosjan. Później "Kommersant" poinformował, iż Rosjanie wiedzieli o planach zamachu, jednak nie byli w stanie go powstrzymać (inna możliwość: nie chcieli). Według nieoficjalnych doniesień w Rosji do ataku gotowych jest jeszcze kilkadziesiąt szachidek. W samym Dagestanie w ostatnich dniach, w wyniku podobnych ataków, zginęło kilkanaście osób. Metoda - wysadzenie w tłumie gapiów, bardzo przypomina działanie fundamentalistów w Iraku i Afganistanie.

Rosjanie obudzili się więc z ręką w nocniku. O ile wiele operacji terrorystycznych w przeszłości budziło wątpliwości, co do ich autorstwa, o tyle w tym przypadku, nie dokonali tego raczej Rosjanie. Brak im motywu (motyw gruziński wydaje się bardzo naciągany), a kompromitacja służb w Moskwie i w Dagestanie, Moskwie nie służy. Jeżeli Miedwiediew jest rzeczywiście reformatorem, to lepszej okazji do czystek mieć nie będzie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów