Piracka hydra

Obrazek użytkownika Maciej Konarski
Świat

Międzynarodowe patrole u somalijskich wybrzeży może i polepszyły stan bezpieczeństwa na tamtejszych wodach, lecz aby powstrzymać plagę piractwa potrzebne są bardziej systemowe rozwiązania. Somalia nie ma jednak co na nie liczyć.

Somalijscy piraci mieli już swego czasu swoje warholowskie 5 minut sławy. Na przełomie 2008 i 2009 roku światowe media co rusz podawały informacje o kolejnym statku porwanym przez morskich rabusiów, a incydenty takie jak porwanie ukraińskiego frachtowca z 33 czołgami na pokładzie, czy saudyjskiego supertankowca MV „Sirius Star” wzbudziły prawdziwą sensację. Sytuację komplikował fakt, że przez somalijskie wody przebiega jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych na świecie, wiodący przez Zatokę Adeńską ku Kanałowi Sueskiemu. Wielu armatorów obawiając się porwania swych statków i konieczności wypłaty milionowych okupów zaczęło w tej sytuacji rozważać wybór dłużej trasy wokół Przylądka Dobrej Nadziei, czy wręcz przyjęcia systemu konwojowego podczas żeglugi przez somalijskie wody. Od dawna żaden afrykański temat nie miał takiego wzięcia w mediach, a z tej okazji nawet sam niżej podpisany o mały włos otarł się wtedy o TVN24.

Obecnie sytuacja na somalijskich wodach pozornie nie jest już jednak tak dramatyczna. Międzynarodowe Biuro Morskie ocenia, że w ubiegłym roku somalijscy piraci zaatakowali 217 statków, z czego udało im się porwać 47 jednostek z 867 osobami na pokładzie. W 2008 r. miało miejsce 111 ataków ale porwań proporcjonalnie więcej – bo aż 42. O ile w 2008 sukcesem kończyło się 34 procent pirackich ataków, o tyle wskaźnik ten spadł obecnie do 25 procent. Zmniejszyła się zwłaszcza liczba ataków na najbardziej wrażliwym akwenie – tzn. w Zatoce Adeńskiej.

Można znaleźć kilka przyczyn takie stanu rzeczy. Rządy rzecz jasna wskazują najchętniej na obecność międzynarodowych sił morskich na wodach okalających Somalię. Z upoważnienia ONZ działają tam europejskie okręty wojenne wchodzące w skład unijnej misji EU NAVFOR, okręty amerykańskiej 5. Floty, a także jednostki z Chin, Rosji, Indii, Japonii, a nawet Iranu. Jednostkom tym udało się odnieść kilka spektakularnych sukcesów – takich jak chociażby schwytanie 35 piratów przez francuską fregatę „Nivose” przed kilkunastoma dniami. Wielokrotnie udało się również skutecznie odstraszyć bandytów przed dokonaniem porwania. Równie wiele było jednak porażek i kontrowersji, które sprawiają iż efekty międzynarodowych patroli należy uznać co najwyżej za dyskusyjne. Patrząc realistycznie niemożliwym jest zresztą, aby kilkadziesiąt okrętów i helikopterów zabezpieczyło całe, liczące 3218 km wybrzeże Somalii. Eksperci widzą więc przyczynę mniejszej skuteczności piratów już raczej w bardziej efektywnych metodach obronnych przyjętych przez kapitanów statków handlowych.

Co więcej, odkąd porywanie statków w Zatoce Adeńskiej i bezpośredniej bliskości Somalii stało się utrudnione, piraci coraz śmielej zapuszczają się na odległe akweny. Na początku marca piraci uprowadzili norweski tankowiec znajdujący się w pobliżu Madagaskaru, a kilka dni temu turecki statek płynący na wodach odległych od Somalii o 1800 km – a więc bliżej Indii niż Madagaskaru. Wszystko to pozwala wysnuć wniosek, iż kosztowne międzynarodowe patrole morskie są w stanie co najwyżej utrudnić życie piratom, lecz nie mogą całkowicie powstrzymać plagi ataków i uprowadzeń. Przepłoszeni z jednego akwenu piraci przenoszą się po prostu dalej.

Są różne pomysły jak zmienić ten stan rzeczy - mówi się o chociażby zwiększeniu liczby okrętów patrolowych, bezpośrednim uderzeniu na bazy piratów, a nawet o uzbrajaniu załóg statków handlowych (co już de facto się dzieje). Problem tylko w tym, że w ten sposób leczy się wyłącznie objawy, a nie przyczyny choroby. Somalia jest pirackim rajem, gdyż od 1991 r. (gdy obalono komunistycznego prezydenta Siada Barre) pozostaje państwem tylko z nazwy. W sytuacji, gdy krajem wstrząsa niekończąca się wojna domowa, a miliony jego mieszkańców rokrocznie głodują, piractwo staje się jednym z najatrakcyjniejszych sposobów na życie. Dość powiedzieć, że pięć największych pirackich gangów zarabia rocznie od 100 do 150 milionów dolarów. Czy w tej sytuacji odstraszy ich iluzoryczna groźba śmierci lub więzienia?
 
Antypirackie działania okażą się więc na dłuższą metę skuteczne jedynie wtedy, gdy do Somalii powróci choć częściowo pokój, stabilność i praworządność. Na to nie ma jednak póki co najmniejszych szans - kto miałby je bowiem zapewnić? Armatorzy zapłacą więc somalijskim piratom jeszcze niejeden suty okup.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jak widać, kolonializm nie był taki zły.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#53220