Trotyl z opóźnionym zapłonem (R. Ziemkiewicz)

Obrazek użytkownika Wuj Mściwój
Artykuł

"Gdy Grzegorz Hajdarowicz kupował wydawnictwo "Presspublika", przejmując "Rzeczpospolitą" i nowo powstały tygodnik "Uważam Rze", zastanawiałem się w tej rubryce "Czego nauczy nas Grzegorz". Teraz już coś niecoś na ten temat mogę powiedzieć - przez minione miesiące uczył nas, że można kupić kurę znoszącą złote jajka (no dobra, może nie złote, ale jednak jajka), by stopniowo ją zagładzać na śmierć. A teraz pokazał, jak ją na koniec spektakularnie wysadzić w powietrze.
(...)
W artykule Cezarego Gmyza zasadniczy trzon informacyjny jest zrobiony solidnie. Nie ma porównania z takimi "sensacjami", służącymi oczernieniu ofiar katastrofy, jak otrąbienie istnienia nagrania rzekomej kłótni generała Błasika z pilotem tupolewa przed startem, czy odkrycie w stenogramie słów: "jak tu nie wyląduję, to on się będzie mnie czepiał". Mimo iż były to akty czystej dezinformacji, by nie rzec wręcz - intoksykacji - ani TVN, ani "Gazeta Wyborcza" nie zdobyły się nigdy nawet na symboliczne "ouups", nie mówiąc już o jakichkolwiek konsekwencjach służbowych. Porównanie tych przypadków z obecną sytuacją bardzo dobitnie pokazuje skalę zakłamania "autorytetów" życia publicznego III RP i jej środowisk medialnych.
(...)
Dlaczego stanowisko traci ten z wicenaczelnych, który był na urlopie, a ten, który tekst do druku aprobował i zdaniem niektórych wręcz "podkręcał", nie tylko je zachowuje, ale obejmuje kierownictwo po Wróblewskim? Zdumiewa, kiedy wydawca twierdzi, że Cezary Gmyz nie przedstawił żadnej dokumentacji swych ustaleń (czemu ten stanowczo zaprzecza). Kiedy nie przedstawił? Jeśli nie przedstawił ich przed publikacją, to jest niewyobrażalne, jak do publikacji mogło dojść. Przychodzi dziennikarz z taką bombą, i nikt go nie pyta, skąd o tym wie? Względnie go przełożeni pytają, a on odpowiada, że nie powie - i mimo to tekst idzie? Więc skoro poszedł, to przedstawił, a dopiero po druku na żądanie wydawcy nie przedstawił?

To nie autor podjął decyzję o publikacji i jej kształcie, tylko jego przełożeni. Więc on sam nie powinien być karany. Chyba że - teoretyzuję - oszukał naczelnego. Ale to, w takim razie, za co wylatuje naczelny? (...)"

http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz-mysli_nowoczesnego-endeka/news/trotyl-z-opoznionym-zaplonem,1860201

Ocena polecanki: 
Brak głosów

Komentarze

Żeby, tylko krótko skonstatować podsumowanie, posłużę się cytatem RAZ z felietonu
"Zasadność publikacji potwierdziła de facto prokuratura, która stwierdziła, że po pierwsze trotylu nie było, po drugie pochodził z drugiej wojny światowej względnie wojny afgańskiej, a po trzecie wykluczyć jego obecność będzie można dopiero za pół roku. (Dodajmy, że "po trzecie" możliwe będzie, jeśli Rosjanie łaskawie nam pozwolą, bo próbki zostały w ich rękach. O co zakład?). W istocie wyjaśnienia prokuratury żadnej z istotnych wątpliwości nie wyjaśniły, posłużyły tylko wyprodukowaniu "żółtych pasków", podtrzymujących w wierze wyznawców MAK-u, komisji Millera i świętego spokoju."
I tak, "po pierwszr trotylu nie było, po drugie pochodził z drugiej światowej", wynikiem logicznego myślenia, występuje w tych dwóch zwrotach sprzeczność o 180 stopni??? Bo jak może totylu nie być a jednak był, tylko że z drugiej wojny światowej??? Według mnie, w tym badaniu nie chodziło o stwierdzenie, skąd materiał wybuchowy tam się znalazł, tylko czy wogóle tam jest??? Bezsprzecznie, podsumowując te dwa stwierdzenia, można uznać, że materiał wybuchowy tam był i pozostaje udowodnić skąd??? I taka mogła być konkluzja prokuratury, i wtedy nie byłoby afery??? Pzdr.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#412406