1945, zimą

Obrazek użytkownika Ł-H
Historia

Niedawna dyskusja na temat kontrowersyjnej rzeźby sowieckiego sołdata gwałcącego Niemkę(?) skłoniła mnie do podzielenia się z Państwem okruchami wspomnień, przechowanych w pamięci mojej rodziny, a dotyczących wydarzeń z zimy 1945 roku.

Centralna Polska, malutkie (ongiś) miasteczko Bełchatów, 50 kilometrów na południe od Łodzi. 19 stycznia wchodzą do niego oddziały 63 Brygady Pancernej dowodzonej przez Generał-lejtnanta Michaiła Fomiczewa. Dla części z nich Bełchatów staje się miejscem chwilowego postoju. Następuje zakwaterowanie.
Grupa około dziesięciu młodszych oficerów sowieckich zajmuje nieduży dom jednorodzinny położony na rogatkach miasteczka przy ul. Piotrkowskiej. W domu tym zamieszkuje 26-letnia kobieta z dwiema córeczkami w wieku 4 lat i niespełna roku.
To, w kolejności - wybiegając oczywiście w przyszłość, bo na świat przyjdę dopiero za lat siedemnaście - moja babcia, moja mama i moja ciotka.
Ich mąż i ojciec od dwóch lat jest "w lesie", w walczącym na Ziemi Piotrkowskiej partyzanckim oddziale Armii Krajowej.

Mojej babci przychodzi pełnić honory pani domu. Ogranicza się to w zasadzie do asystowania żołnierzom przy poszukiwaniu przez nich czegokolwiek nadającego się do jedzenia czy picia. Znikają momentalnie pochłaniane "w biegu" chleb, jajka, mleko i jakieś inne skromne zapasy. Rozpaczliwe prośby, że w domu znajdują się malutkie dzieci, nie zdają się na nic.
Następnie przychodzi kolej na stojącą w sieni beczkę kiszonej kapusty. Zamarzniętej na kamień - skromnie opalany dom z trudem radzi sobie z dwudziestostopniowym mrozem panującym na zewnątrz. Jednak dla wygłodniałych sołdatów nie jest to przeszkoda - kilkadziesiąt kilogramów rozłupywanej bagnetami kapuścianej zmarzliny znika w przeciągu kilkunastu minut. "Posiłek" zapijany jest spirytusem, lanym do wojskowych garnuszków wprost z kanistra.
W międzyczasie do domu dociera mięso przeznaczone na kolację dla oficerów. Ma ono postać połówki świniaka, zaszlachtowanego przed chwilą w którymś z podbełchatowskich gospodarstw. Ledwie co wypatroszonego, ze skórą pokrytą szczeciną. Przy pomocy siekiery zostaje ono podzielone na mniejsze porcje a gospodyni otrzymuje "rozkaz" przyrządzenia kolacji.
Po kilkunastu minutach jeden z sołdatów, zniecierpliwiony przedłużającym się oczekiwaniem na posiłek wpada do kuchni i zastaje gospodynię... opalającą szczecinę i czyszczącą mięso.
Pada grube przekleństwo z, popartym szturchnięciem pieścią, wyjaśnieniem - "ty, chazjajka, jakaś pierdolnięta jesteś" - po czym kawały niesprawionej, brudnej surowizny lądują w kociołku do gotowania bielizny, zostają zalane wodą i postawione na kuchennym ogniu. Ale sołdatom szkoda jest czasu nawet na gotowanie - już po następnych kilkunastu minutach kocioł zostaje "porwany" do stołowego pokoju, gdzie następuje "uczta".
Wpół surowe, bo ledwie zaparzone mięso zostaje zjedzone. Wraz z łojem, resztkami wnętrzności i pokrytą szczeciną skórą...
Kolację kończy, trwająca długo w noc, pijatyka. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że bez sprośności, niedwuznacznych żartów czy umizgów do gospodyni, która jednak profilaktycznie całą noc spędza na krześle w kuchni z przytulonymi do niej córeczkami.
"Wizyta" sowieckich oficerów kończy się pobudką nad ranem i wymarszem. Śladami ich bytności są zarzygane i zaszczane podłogi i ściany oraz straszliwy fetor niemytych od dawna ciał. Pokoje nie noszą śladów plądrowania - ocalały np. biżuteria w szufladzie, futro w szafie czy obrazy na ścianach - ginie jedynie kilka mniej warościowych drobiazgów leżących "na wierzchu"; jakieś sztućce, kryształy, bibeloty.
Rekompensatą i podzięką za gościnę jest wręczony gospodyni "na odchodnym"... kanister z kilkoma litrami spirytusu.

Kilka dni później w Bełchatowie nie ma już wojska frontowego. Pozostaje jedynie sowiecka komendantura wraz z niewielkim oddziałem osłaniającym.
Któregoś styczniowego lub już lutowego poranka o świtaniu, z podchodzącego pod Bełchatów lasu wychodzi trójka Niemców - oficer i dwóch żołnierzy. Uzbrojonych i w pełnym umundurowaniu. Swe kroki kierują, a jakże, w stronę domu zamieszkałego przez moją babcię i jej córki. Są korni i grzeczni. Nie wchodząc do domu, przez próg proszą o zagotowanie większej ilości wody do mycia. I znów w ruch idzie, znany już Państwu, kociołek do gotowania bielizny. W międzyczasie na podwórku Niemcy spożywają posiłek i palą papierosy. Wtedy dostrzega ich sąsiad, który natychmiast biegnie do miasta, do sowieckiej komendantury.
W momencie, kiedy żołnierze się myją, a oficer nawet goli, dom zostaje otoczony przez przybyłych na koniach Rosjan.
Wezwani do poddania Niemcy nie bronią się, są zrezygnowani. Rozbrojeni i rozebrani, po kilku minutach "przesłuchania" zostają odprowadzeni na skraj pobliskiej szosy do Piotrkowa, ustawieni w rowie i rozstrzelani.
Zwabieni sytuacją nieliczni świadkowie zostają zobowiązani do pogrzebania ciał. Oczywiście nie ma mowy o cmentarzu czy pogrzebie - wydane polecenie jest wyraźne: "tu i teraz". Niemcy zostają więc zakopani w miejscu egzekucji.

I, prawdopodobnie, leżą tam do dzisiaj...

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Sowieci - wyzwoliciele - zwycięzcy i Niemcy - byli agresorzy - przegrani. Gdyby role odwrócić, zachowania byłyby inne.

Bardzo ciekawy tekst. Prywatne wspomnienia świetnie uzupełniają oficjalne informacje na temat międzyludzkich relacji w tamtym czasie.
Ubolewam, że tak mało ich jest. Żałuję, że nie zdążyliśmy zebrać więcej opowieści naocznych świadków.
Lubię przeglądać filmiki w internecie, na których uwieczniono relacje zwykłych ludzi. Są kluczem do zrozumienia zachowań naszych babć i dziadków, nawet jeśli ich samych, nie dane było nam wysłuchać, bo odeszli zbyt wcześnie.

Pozdrawiam, "10" dałam już parę godzin temu:)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#387615

utraciłem pokaźną część wspomnień moich dziadków. Było usiąść dwadzieścia/trzydzieści lat temu i spisać lub nagrać. Ale cóż, człowiekowi wydawało się wtedy, że to, co ma na wyciągnięcie ręki będzie trwało wiecznie.

Dziękuję za "dychę" i serdecznie pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#387645