Rozmawiamy z Wojciechem Pomorskim, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech

Obrazek użytkownika Wojciech Pomorski
Świat

Często spotyka się Pan się z przypadkami, podobnymi do przypadku pani Małgorzaty*?

Sytuacje takie są zjawiskiem dość częstym. Problem leży w tym, że nie wszystkie osoby, których dotknęła tak nagła i bezkompromisowa ingerencja Jugendamtu wiedzą o naszym Stowarzyszeniu. Mamy duże doświadczenie i wiedzę dotyczącą możliwości przeciwdziałania takim praktykom Jugendamtu. Osoby dotknięte podobnymi praktykami są niedoinformowane, nie znają języka niemieckiego, są zrozpaczone, na pograniczu załamania nerwowego. Manipulowane przez pracowników Jugendamtu ulegają iluzji „współpracy” z Jugendamtem, obiecując sobie - często latami - iluzję zmiany zaistniałego stanu rzeczy. Dzieci są w tym czasie - co postępuje błyskawicznie u szczególnie dzieci poniżej ósmego roku życia - odzwyczajane od rodziców, zapominają języka polskiego i znikają oddane do adopcji rodzinom austriackim lub niemieckim, które nie mają własnych dzieci.

Jak często udaje się takie sprawy zakończyć sukcesem?

Jako sukces rozumiemy zwrócenie dziecka biologicznym rodzicom, których zachowanie w Stowarzyszeniu wnikliwie oceniamy, czy faktycznie zachodzi podejrzenie dyskryminacji rodziny przez Jugendamt i pochopności podjętych przez tę organizację kroków oraz, czy zwracający się do nas o pomoc rzeczywiście nie zagrażają dobru dziecka. Sprawy, które trafiają do naszego Stowarzyszenia i w których podejmujemy działania są złożone i z reguły - zważywszy opór Jugendamtu - niezwykle trudne. Jednak odsetek spraw, które udaje się nam zakończyć sukcesem, oscyluje w granicach 90 - 95%. Wraz ze wzrostem naszego doświadczenia szybciej odnosimy zamierzony efekt końcowy, tzn. oddanie dziecka rodzicom. Jak przebiegały rozmowy z pracownikiem Jugendamtu, tuż przed „zwolnieniem” siedmiolatki, córeczki pani Małgorzaty? Przebieg rozmów w Jugendamcie z jego szefem był bardzo zróżnicowany, chwilami nawet pojawiały się groźby wezwania policji przez pracownika Jugendamtu. Rozmowa była twarda, a zarazem spokojna, stonowana i pełna troski o dziecko i matkę. Stałym elementem jednak była stanowczość z jaką występowaliśmy. Nie należy do łatwych rzeczy to co się nam udało w tej jednej rozmowie osiągnąć. Chodziło nam przecież o natychmiastowe zwolnienie dziecka przez Jugendamt bez uwikłania się w długotrwałe, kosztowne procesy sądowe trwające latami i związane z nimi horrendalne koszty adwokatów. Nie bez znaczenia była przy tym bardzo dobra renoma naszego Stowarzyszenia, znajomość prawa i obustronne rozważanie wzajemnych wariantów propozycji. Efekt końcowy tych niemal półtoragodzinnych pertraktacji był zgodny z naszymi zamierzeniami. Trudne, ale mimo to błyskawiczne i całkowicie legalne odzyskanie z Jugendamtu siedmiolatki już wywiezionej do odległego i odizolowanego przytułku powiodło się dzięki dobremu przygotowaniu współpracowników naszego Stowarzyszenia.

Jakie argumenty najczęściej podaje Jugendamt w podobnych przypadkach w obronie swoich racji?

Zwykle są to nieudowodnione oraz niczym niepoparte i konstruowane „na kolanie” pomówienia, nieraz b.dużego kalibru i kwalifikujące się do procesu o zniesławienie. Nierzadko są to groźby i zastraszanie oraz zwykły prymitywny szantaż, gdy ktoś nie chce być posłuszny i nie ugina się natychmiast absolutnemu dyktatowi Jugendamtu, lecz kocha swoje własne dzieci i podejmuje nierówną walkę z tą organizacją. Pomówienia o alkoholizm rodziców, czasem nawet o pedofilię (o to pomawia się nawet kobiety - polskie matki - spotkałem się już kilkakrotnie z takimi przypadkami), o agresję, o rzekome zaniedbywanie dziecka, nawet o to, że jest rzekomo smutne w szkole, że jest nadmiernie aktywne, że dziecko jest za spokojne, że w domu się rozmawia w języku polskim, a nie w tym jedynie słusznym niemieckim, że rodzice są psychicznie chorzy, że dziecko zbyt wiele lub za mało się uczy itp. Fantazja Jugendamtu praktycznie nie zna żadnych granic, zależna jest jedynie od kreatywności jego pracowników, z którymi przyszło się zmagać w bolesnej walce o własne dzieci. Rozmowa z panią Redaktor Samisz dla miesięcznika polonijnego w Austrii „Polonika” - listopad 2012. *Pani Małgorzata – kobieta, której w Hamburgu Jugendamt odebrał córeczkę w październiku 2012

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)