O krytykach, recenzentach i ich ofiarach czyli moja obrona Żelaznej Damy

Obrazek użytkownika Pasiu
Kultura

Och, jak ja nie znoszę zawodowych krytyków: muzycznych, filmowych,literackich.
Mając dostęp do mediów ferują w nich swe wyroki. Mogą sprawić, że jakiś wartościowy utwór - choćby film zostanie zlekceważony, bo w prasie czy TV miał złe recenzje...
Część z krytyków to koledzy po fachu artystów; przykładowo pisarze i poeci oceniający nawzajem swą twórczość - zwykle w niszowych branżowych periodykach, ale czasem pisujący także do poczytnych gazet - zwykle w dziale kultura.
Przecież oni żadnej kultury nie tworzą, oni jedynie sobie na wzajem tworzą miejsca pracy.
Kruk krukowi oka nie wykole;)
Bez ich namaszczenia nikt nowy nie dostanie się na poetycko - literacki panteon.
Zwłaszcza we współczesnej poezji są niezbędni: wszak niewiele osób poza samymi poetami ją rozumie, więc nie tylko wskazują czyje wiersze są piękne, ale i mówią jak w szkole co poeta chciał powiedzieć. A mi osobiście żal, bo czytając Mickiewicza, Norwida czy Tuwima sam wiedziałem co poeta chciał powiedzieć. Wiersz mówił do mnie jasnym językiem, który był poezją dzięki pięknym rymom, melodyczności i rytmiczności, dzięki pięknym sformułowaniom - nie spotykanym w codziennym języku, dzięki metaforom, porównaniom, przerzutniom i przenośniom.
Odnośnie współczesnej poezji czasem mam wrażenie, że o jej wartości decydują wyłącznie dziwaczna wersyfikacja oraz recenzje kolegów poetów;)

A krytycy muzyczni?
To już chyba najgorsza rasa...
Przecież w znakomitej większości to wykształceni muzycy, którym z różnych względów nie udało się zrobić kariery. A więc pomijając tych, którym zabrakło szczęścia można w uproszczeniu przyjąć, że to byli kiepscy muzycy;), którzy teraz oceniają lepszych od siebie, często z siłą która może złamać karierę tym lepszym: koncertującym, czy nagrywającym płyty...

I tak w tej chwili owi panowie recenzenci postanowili zgodnie skreślić poświęcony Margaret Thatcher film "Żelazna Dama".
P. Edward Kabiesz na łamach Gościa Niedzielnego napisał wprost: "to nie jest udana biografia".
Zachęcony złymi recenzjami poszedłem na film.
I powiem wprost: ten film w dzisiejszych czasach nie może mieć dobrych recenzji i to faktycznie nie jest dobra biografia, co nie znaczy że film jest zły.
Nie jest to moim zdaniem film o zmaganiu się ze starością - jak twierdzi p. Kabiesz.
Moim zdaniem to nie tyle biografia czy biografia polityczna, co raczej portret wielkiego polityka.
Choć film jest utrzymany w konwencji retrospekcji starszej pani - ja widzę tu nie tyle problem akceptacji swego wieku. Sądzę, że to problem z akceptacją współczesnego świata - stanowiącego zaprzeczenie dla wszystkich ideałów, którym służyła i w które wierzyła Żelazna Dama i dla których zdecydowała się na karierę polityczną.
Wg. mnie to właśnie film o ideałach i walce o nie, to próba ukazania p.Thatcher jako człowieka, głównych problemów jakie napotykała w swojej politycznej karierze w zdominowanym przez mężczyzn świecie polityki - zwłaszcza w tradycjonalistycznej Anglii.
Teoretycznie film powinien więc spodobać się feministkom. Jednak nie może - bowiem późniejsza pani premier zamiast iść po trupach, zamiast zostać wojującą feministką zostaje żoną i matką. A cały film wskazuje, jak wielką wartością była dla niej rodzina, jak ważny był dla niej mąż.
Widoczny jest też ból i rozdarcie, gdy musiała poświęcać czas swemu krajowi kosztem rodziny.
Jako polityk p. Thatcher jest bezkompromisowa, nie ulegająca mediom, sondażom, naciskom czy pragmatyzmowi.
To człowiek przepojony poczuciem odpowiedzialności, etosem służby publicznej i misji, do końca wierzący w swe ideały i przypominający o nich i o OBOWIĄZKU wierności tym ideałom swoim kolegom z Partii Konserwatywnej. Zwłaszcza tym ulegającym prądom socjalistycznym, liberalnym, prounijno-brukselskim, czy wreszcie tym walczącym o stanowiska czy o głosy wyborców.
Margaret Thatcher interesowało wyłącznie dobro kraju, chciała by jej ukochana Wielka Brytania znów była wielka.
W tym celu walczyła też o umocnienie funta.
Znakomicie ukazano w filmie postawę p. premier w czasie wojny o Falklandy, zwraca uwagę jej odpowiedź udzielona amerykańskiemu sekretarzowi stanu.
A gdy zdradzona przez własnych partyjnych współpracowników składa dymisję, jej mąż określa ich pieszczotliwie "komuszkami"...

Hmm, nie znoszę recenzentów, a wychodzi na to, że sam napisałem recenzję...
Nie!
To raczej mowa obrońcy.
Ten film nie mógł dostać w dzisiejszym świecie pozytywnych recenzji, jest bowiem choć subtelną, jednak zdecydowaną tego świata krytyką - zarówno polityczną, jak i przede wszystkim moralną. Świata pozbawionego stałych, jednoznacznych wartości.
Szkoda, że nawet Gość Niedzielny tego nie dostrzegł...
Ja serdecznie do obejrzenia tego filmu zachęcam, choć może faktycznie ma się pewien niedosyt biografii politycznej.
Miejmy więc nadzieję, że Żelazna Dama doczeka się i takiej, a na razie przyjrzyjmy się portretowi polityka wiernego do końca ideałom.
Ten film powinien obowiązkowo zobaczyć każdy polityk!

Pani Margaret!
W tych retrospekcjach i zderzeniu ich z otaczającym nas współczesnym światem pobrzmiewa pytanie: czy warto było, skoro się stało jak się stało.
Odpowiadam więc Pani:
Tak, warto było!
I warto pójść na ten film, by zrozumieć dlaczego.

Pasiu

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

"Zachęcony złymi recenzjami poszedłem na film."

Jest to całkiem zasadna postawa. :)
To, że ktoś jest recenzentem absolutnie nie oznacza, że mówi coś sensownego, o powiązaniach wspomnianych w niniejszym wpisie nawet nie wspominając.

Z drugiej strony, istnieją przecież filmy, o których z góry wiadomo, że są wybitne... czasem nawet już podczas produkcji. Te oglądam raczej przez przypadek.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#227849