Lidia Lwow-Eberle: Sowieci otoczyli nasz oddział, rozstrzelali 90 osób

Obrazek użytkownika Anonymous
Artykuł

Los związał mnie z "Łupaszką", ale nigdy nie wywyższałam się, nie chciałam, by mówiono na mnie "majorowa" - mówi w rozmowie z WP Lidia Lwow-Eberle, ps. "Lala", towarzyszka życia legendarnego majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", jedna z bohaterek książki Szymona Nowaka "Dziewczyny Wyklęte". Lidia Lwow-Eberle urodziła się w Rosji w 1920 roku. Gdy miała pół roku, wyjechała z rodzicami, uciekającymi przed bolszewikami do Polski. - To Polska jest moją ojczyzną, o Rosji prawie nie myślę, nie czuję się z nią związana - przyznaje "Lala". Swoją miłość, majora Szendzielarza, poznała w 5. Brygadzie Wileńskiej AK. W 1948 roku oboje zostali aresztowani. Jego skazano na śmierć, ją - na dożywocie. Po ośmiu latach, w 1956 roku, wyszła na wolność. Nic nie wskazywało na to, że zostanie pani sanitariuszką. Jak opowiada pani w książce, do partyzanckiego oddziału AK ppor. Antoniego Burzyńskiego "Kmicica" trafiła pani przez przypadek. - To prawda. Był 1943 rok. Którego dnia do naszego domu wpadli żołnierze. Mówili po rosyjsku, poprosili, bym wzięła dokumenty i wyszła z nimi. Nie wiedziałam, kim są, bałam się. Po kilkunastu minutach, gdy już wyszliśmy na szosę, przemówili po Polsku. Zabrali mnie do wsi, w której znajdowała się baza partyzantów. Mieszkali w lesie, w namiotach i szałasach. Od razu pomyślałam, że odnajdę się w tym towarzystwie. Wszyscy młodzi, weseli, śpiewali piosenki. Zapewne pani entuzjazm nie trwał długo. 26 sierpnia 1943 roku oddział został rozbrojony przez sowiecką brygadę płk. Fiodora Markowa. Wielu pani kolegów zostało wymordowanych. - To było dla nas ogromne zaskoczenie. Wcześniej mieliśmy dobre relacje z sowieckimi partyzantami, przyjeżdżali do naszej bazy. Wszystko było w porządku. Dowódca naszego oddziału prowadził rozmowy z płk. Markowem, chcieli przeciwstawić się działaniom Niemców. Którego dnia aresztowali "Kmicica". Otoczyli naszą bazę, rozbroili nas. Prawie dziewięćdziesiąt osób rozstrzelali, reszcie kazali wracać do domu. Mi zaproponowali przejście do sowieckiej bazy, bo wiedzieli, że jestem Rosjanką. Odmówiłam. Trafiłam do ziemianki. Spodziewałam się najgorszego. Że mnie zabiją, albo wywiozą do Moskwy. Rano, gdy się obudziłam, zobaczyłam partyzanta. Powiedział, że mogę wracać do siebie, do polskiej bazy. Cud, że przeżyłam.

Ocena polecanki: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)

Komentarze

 

 

 

"Łupaszkę" skazano na karę śmierci. Po procesie pozwolono wam się zobaczyć. Jak wyglądało ostatnie spotkanie? 



- Gdy po wielu tygodniach wreszcie go zobaczyłam, oniemiałam. Siedział w celi śmierci. Nie wiedziałam, o co pytać. Nie byliśmy sami, obok nas siedziało trzech wojskowych. Pozwolono nam rozmawiać, ile chcemy. A w sumie trwało to może pół godziny. Najtrudniejsze trzydzieści minut w moim życiu. Nie mogłam nic z siebie wydusić. On mówił o córce. Ubolewał, że już nie pamięta, jak wygląda. Wspominał też o matce, którą bardzo kochał. Na koniec powiedział: ucz się i wyjdź za mąż. Do końca troszczył się o mnie. Mówił to z taką czułością. 



O jego śmierci dowiedziała się pani w nietypowy sposób. 



- Gdy widzieliśmy się ostatni raz, Zygmunt obiecał, że da mi znać, gdy wyrok zostanie wykonany. Wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. Wiedziałam, że gdy stanie się najgorsze, nie dowiem się o tym szybko. Też przecież odsiadywałam wyrok, byłam odizolowana od świata. Pewnej nocy usłyszałam pukanie w lufcik w celi. Dźwięk przypominał wystukiwanie czegoś w języku Morse'a. Okazało się, że po prostu okno było niedomknięte. Parę dni później dotarła do mnie wiadomość, że Zygmunt nie żyję. Jestem przekonana, że ten lufcik to był znak od niego. 



Jak udało się pani przetrwać w więzieniu przez kolejne lata? 



- Gnieździłyśmy się po kilka osób w celi. Nie było widzeń, paczek, co drugi dzień rewizja, sprawdzanie sienników, wzywanie na rozmowy z naczelniczką, nakłanianie do przyznania się do stawianych zarzutów. Na szczęście w 1953 roku, gdy zmarł Stalin poprawiło się, zaczęto nam płacić za pracę - hafciarstwo. Wyszywałyśmy oficerskie gwiazdy na mundurach, robiłyśmy czapki dla milicjantów. Miałam nadzieję, że kiedyś się to skończy, wyjdę. Dzięki koleżankom przetrwałam. Traktowały mnie normalnie, nie zwracały się per: "majorowo", byłam jedną z nich. 



W 1956 roku opuściła pani więzienne mury. Co było dalej? 



- Gdy skończyłam odsiadywać karę, miałam 36 lat. Posłuchałam ostatnich słów Zygmunta. Poszłam na studia archeologiczne. Znów się zakochałam, tym razem w chłopaku o 15 lat ode mnie młodszym. Miałam już dobrze po czterdziestce, gdy urodziła nam się córka. Nie sądziłam, że doczekam wnuków, że dożyję tego momentu. Ale udało się. Mam 94-lata i wciąż jestem w formie. Aż się dziwię, że ciągle zapraszają mnie na jakieś spotkania. Cieszę się, że od kilku lat mamy 1 marca swoje święto, młodzież o nas pamięta. 



Po wyjściu z więzienia, w czasach PRL, żyła pani z odium "dziewczyny wyklętej"? 

 

 

 

 

- Może to panią zdziwi, ale nigdy w pracy nie robiono mi żadnych nieprzyjemności. Nie wytykano mi przeszłości. Co więcej, jestem przekonana, że zarówno życie w "partyzantce", jak i lata w więzieniu, wiele mi dały. Inaczej spojrzałam na życie. Z dystansem. Nigdy nie płakałam, nie narzekałam. Nie wyszłam z tego psychicznie zrujnowana. 



Wierzyła pani, że ciało "Łupaszki" odnajdzie się po latach? 



- Straciłam nadzieję. Cieszę się, że wreszcie go odnaleziono. Zawieźli mnie na Powązki i pokazano nieduże białe trumienki, w których leżą znalezione ciała. Zostawiłam kwiatek i święty obrazek. Czekam, aż zapadnie decyzja czy zostanie pochowany pod pomnikiem będącym zbiorową mogiłą, czy w symbolicznym grobie, gdzie jest pochowana również Basia. Mam nadzieję, że spocznie razem z córką. 

http://historia.wp.pl/kat,1038455,title,Lidia-Lwow-Eberle-Sowieci-otoczyli-nasz-oddzial-rozstrzelali-90-osob,wid,17303013,wiadomosc.html

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1468742