I znowu Niemcy. Wspomnienie cz. 2
Jeszcze za czasów wczesnego Gierka (rządził 1971-1980), wracając późnym latem pociągiem z Bułgarii do Pragi spotkaliśmy w przedziale parę młodych Niemców, Bettinę K. i Wolfganga. Wybierali się niedługo do Polski, odbudowywać kościoły Krakowa. Nie wiedzieliśmy wcześniej o takiej akcji. Pochodzili z Berlina Wschodniego (ta nazwa nigdy nie padała w polskich komunikatach radiowych ani telewizyjnych, korespondenci mówili „Berlin, stolica NRD”, od Hauptstadt der DDR). Mieli też wkrótce wziąć ślub.
Zaprzyjaźniliśmy się w podróży z Bułgarii z Wolfgangiem i Bettiną. Zaprosili nas do siebie do Niemiec, z czego skorzystaliśmy po otrzymaniu wkładek paszportowych. Wielekroć od 1972 roku odwiedzaliśmy Berlin Wschodni, gdy zaczęto w Polsce wydawać wkładki paszportowe („komuniści chcieli, żeby Polacy odebrali od Niemców reparacje wojenne w postaci zakupów w tanich niemieckich sklepach żywnościowych i tekstylnych” nie pamiętam, skąd ten cytat, ale trafny). Mieszkaliśmy u rodziców Bettiny, państwa K., na Prenzlauerbergu. Celem był Berlin Wschodni, a także chyba dwukrotnie byliśmy w drodze do Sztokholmu, do mojego teścia (uciekł z Polski w styczniu 1948 roku), lub do Paryża, do naszych tamtejszych przedwojennych ciotek. Za granicę na Zachód wyjeżdżało się wtedy tylko do rodziny lub do przyjaciół. Żeby mieć gdzie spać, pogadać z rodakami, rozejrzeć się za robotą.
W domu państwa K. było czworo dorastających dzieci. Ojciec, pastor anglikański z Alzacji, mówił po francusku, w Berlinie też był pastorem. Matka pochodziła z miasteczka pod Bydgoszczą czy Grudziądzem; jej ojciec był tam w czasach polskich i podczas wojny burmistrzem, a ona jego sekretarką. Mówiła całkiem dobrze po polsku, trochę gwarowo, z zabawną dla nas wymową i była bardzo życzliwa. Jeden z ich synów, prawnik, potem w latach osiemdziesiątych uciekł z żoną do Niemiec Zachodnich, przyprawiając rodziców o zawał. Dostał tam prędko wysokie stanowisko w administracji jednego z landów, ale do końca istnienia NRD nie mógł tu przyjechać.
Przyjeżdżaliśmy zwykle na parę dni. Pani K. była bardzo dobrą, oszczędną i gościnną gospodynią. Codziennie wieczorem wydawała nam dzbanuszek wielkości czajniczka do herbaty z ciepłą wodą do mycia zębów, raz na tydzień paliła kawałkami desek w staroświeckim piecyku łazienkowym, który buchał płomieniami i wrzącą wodą; można było się wykąpać. Często opowiadała o czasach młodości spędzonych w Polsce. Jej pierwszy mąż zginął na froncie wschodnim. Za pana K. wyszła chyba już po wojnie. Miała ewidentnie silne poczucie winy za wojnę (prawdopodobnie było za co) ale starała się to nam wynagrodzić.
Pan K. był także serdeczny i gościnny. Miał za sobą niezwykłą kartę. Wysłany przez niemieckie wojsko na front wschodni przemyślnie postrzelił się w nogę, dzięki czemu uniknął walki, bo dwa lata spędził w lazarecie i w sanatoriach gdzieś na południu Europy. Nienawidził wojny, czuł się częściowo Francuzem i był prawdziwym chrześcijaninem, podobnie jak żona. Teraz często odwiedzał katolików, zaprzyjaźniony z lokalnymi księżmi. Chwalił przyjęcia katolickie za doskonałą kuchnię.
Pewnego razu przyjechałam do Berlina Wschodniego po paroletniej przerwie. Było to w biały dzień. Pamiętałam adres państwa K., ale nie byłam pewna jak iść z przystanku, tramwaj zmienił trasę. Spytałam o drogę jakieś starsze małżeństwo, on przyglądał mi się jakby dziwnie, ona zainteresowała się, a kto, a skąd, a z Polski, aha, no tak, właściwie tamtędy, na prawo, potem parędziesiąt metrów prosto. Podziękowałam, niedługo usłyszałam kroki, nie myślałam w pierwszej chwili, że to on, ale odwróciłam nieznacznie głowę, tak, zostawił swoją towarzyszkę i pędził za mną. Może chciał jeszcze coś dorzucić do objaśnień? Ale nagle zdjął mnie lęk. Popędziłam naprzód, miałam dość ciężki plecak, on za mną, słyszałam jego sapanie coraz bliżej, mamrotał. Wreszcie wpadłam do bramy, na schody, gnał dalej, dogonił mnie na wysokości drugiego piętra, usłyszałam tylko: Pole! Pole! Wyciągnął rękę, złapał za połę kurtki, ale zdążyłam nacisnąć dzwonek. Pani K. była uprzedzona o moim przyjeździe, dzwoniłam już z dworca, otworzyła, wpadłam przerażona do przedpokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Któregoś wieczoru w adwencie, uroczyście świętowanym w Niemczech, podczas gdy w Polsce tylko nasza babcia parę tygodni pościła przed Bożym Narodzeniem, pani K. zaprosiła znajome panie na uroczystą kolację. Pan K. tego dnia miał obowiązki w kościele. Przy dużym stole zasiadło nas chyba ze dwanaście, same starsze Niemki i ja młoda z Polski. Niemiecki znałam ledwie-ledwie, męczył mnie, więc słabo uczestniczyłam w rozmowie. Na stole stały pięknie ułożone półmiski z wędlinami, jakaś sałatka, korniszony, pokrojony chleb w kryształowym koszyczku. Zrobiłam sobie jak wszyscy kanapkę i wsłuchiwałam się w rozmowę. Panie zerkały na mnie, zaspokoiły pierwszą ciekawość, skąd przybywam i po co. Nagle zapadło milczenie. Było aż głośne. Wszystkie patrzyły na mnie. Coś było nie tak. Spojrzałam po obecnych. Jadły takie same jak ja kanapki, ale… nożem i widelcem. Ja jedyna jadłam, trzymając chleb z masłem w ręku.
No tak. Polka. Pole. Nie ma pojęcia o elegancji i wymaganiach cywilizowanego stołu. No cóż, jestem konformistką. Nie chciałam przynieść wstydu pani K.. Wzięłam sztućce i zaczęłam nimi jeść.
Nigdy nie zapomniałam tego wydarzenia.
Pewnego razu zaprosili mnie na popołudniową wycieczkę – statkiem na jezioro Müggelsee, kawa w leśnym zakątku i kolacja na statku w powrotnej drodze. Do kolacji zamówiliśmy dobre białe wino. Państwo K. zarumienili się, zaczęli opowiadać rozmaite historie o dzieciach, o Niemczech Zachodnich, o tym czy owym, wyrzekali na wyprzódki na „zocjalizmus”. Pani K. zanurzyła się we wspomnieniach. Opowiadała o małym miasteczku w Polsce, gdzie się wychowała, o ojcu burmistrzu, o swej szkole i rodzinie. Nieuchronnie doszła do wybuchu wojny.
– I wie pani, jak wybuchła wojna, to najpierw się wystraszylim, a potem się ucieszylim. Wie pani, mówiliśmy: nasze przyśli!
Szeroki uśmiech rozjaśnił jej zaczerwienioną od wina twarz.
– Ojciec dalej był burmistrzem, ja pracowałam w magistracie. Ale… Ale potem, jak czas mijał, przychodziły różne rozkazy… Wie pani, ja zawsze ostrzegałam Polaków, sąsiadów i tak dalej. Jak przysyłali te listy do wywózek, a wtedy jeszcze nie wiedzielim, co to za wywózki… U nasz getta nie było, bo nie było prawie Żydów, na początku wojny wszyscy uciekli na wschód, do Sowietów, bo myśleli, że tam im będzie lepiej. A mnie ojciec przynosił listę Polaków do wywózek, czy na roboty, czy do obozu, wie pani… I wszystkich ostrzegałam, kogo tylko było można, ostrożnie, no bo wie pani, niektórzy mogliby donieść, że ostrzegam.
Wieczór się kończył, czas wycieczki minął. Dopiliśmy wino, zsiedliśmy ze statku w centrum miasta i wróciliśmy tramwajem na Prenzlauerberg.
Gdzieś w drugiej połowie lat siedemdziesiątych niemiecka rodzina postanowiła przenieść się do Niemiec Zachodnich, za synem uciekinierem. Miało to jakąś perspektywę, bo pozostałe dzieci już dorosły, zabieraliby tylko dorastającą córkę Barbel, a wyjazd starszych państwa kusił NRD oszczędzeniem na ich emeryturach. W Niemczech Zachodnich dostaliby zaraz renty, mieszkanie itd. Jedenaście razy występowali o zezwolenie, zawsze była odmowa. Za dziesiątym, już na początku lat osiemdziesiątych, obiecano im, że już „na pewno” będzie zgoda. Musieli oddać mieszkanie, sprzedali meble sąsiadom, pozbyli się książek.
Dostali kolejną odmowę. Spali kilka miesięcy w korytarzu zapieczętowanego mieszkania, litościwi sąsiedzi zostawili im na razie tapczany i pozwolili się u siebie kąpać, choć niosło to dla nich ryzyko, gdyby władze się dowiedziały. Wreszcie dostali zgodę na wyjazd. Zamieszkali w ślicznym czteropokojowym mieszkaniu ze słonecznym balkonem zaraz po zachodniej stronie muru, dostali dobre emerytury. Teraz nie mogli widywać pozostałej w NRD córki i młodszego syna ani wnucząt, ale wkrótce już czuć było powiew zmian.
Barbel wyjechała na studia do Niemiec Zachodnich, państwo K. mieszkali już sami, on wkrótce zmarł. W końcu lat siedemdziesiątych Gierek poluzował nieco z paszportami, wyjechałam do Berlina Zachodniego z małą córeczką, by rozejrzeć się, czy nie zostać ewentualnie na Zachodzie.
Odwiedzałyśmy od czasu do czasu we dwie samotną już panią K. w nowym mieszkaniu pod samym murem. Była bardzo zadowolona życia. Miała słoneczny taras, widok na Berlin Wschodni po upadku muru. Pieniędzy skromnie, ale wystarczająco, jak podkreślała. Niemcy były zjednoczone, córka z wnukami przeniosła się do któregoś z zachodnich landów. Miała nowe znajome, czasem widywała dawne koleżanki.
Pewnego razu zastałam u niej koleżankę – starannie ubraną panią z fryzurą z siwych loków. Siadłyśmy we trzy do kawy. Koleżanka pani K. zauważyła, że jestem cudzoziemką. – A skąd? – Z Polski, wyjaśniła pani K. – Ach, z Polski… - siwa pani cofnęła się lekko, twarz jej stężała, rzuciła okiem na lewą dłoń. Na palcu miała piękny pierścionek – duży brylant otoczony małymi brylancikami.
Szybko wyszła.
Pani K. zawsze robiła coś na drutach dla mojej córki – kolorową sukieneczkę albo sweterek czy skarpetki. Rozmawiałyśmy, piłyśmy kawę, tu w Zachodnim Berlinie świetną, druty jej migały tylko i gdy omówiłyśmy wszystko, wychodziłyśmy od niej z gotowym ubrankiem.
Wróciłam po dwóch miesiącach do Polski. Nie wiem, kiedy zmarła. W każdym razie, kiedy znowu pojawiłam się w zjednoczonym już Berlinie latem 1992 roku, jej telefon już nie odpowiadał.
- Blog
- Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz
- 314 odsłon
