Gimnazja są beeee!

Obrazek użytkownika Szlachetka podlaski
Kraj

Robimy reformę! Teraz już będzie cudownie! Huraaa!

 

            „Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki.”- powiedział filozof. Pomysł PiSu na likwidację gimnazjów zaprzecza tej teorii klasyka filozofii. Politycy i zagorzali zwolennicy PiSu udowodnią światu, że filozof się mylił i cofną polski system oświaty o ponad 10 lat wstecz bez względu na koszty i poniesione nakłady. Ile to będzie kosztowało? Nikt nie policzył. Podobno ma jednak być taniej. Stwierdzenie to budzi poważne wątpliwości każdego, kto w życiu przynajmniej przez 10 lat pracował w szkolnictwie polskim i miał do czynienia ze szkołą gimnazjalną.

            W zasadzie jednym z dwóch rozsądnych argumentów za likwidacją gimnazjów jest ten mówiący o rozpoczęciu jak gdyby na nowo rywalizacji między uczniami w momencie rozpoczęcia nauki w gimnazjum. Rywalizacja ta polega najczęściej nie na osiąganiu bardzo dobrych wyników w nauce, lecz na zdobyciu pozycji gwiazdy socjologicznej w nowej klasie i szkole, co wiąże się z potrzebą imponowania rówieśnikom pod różnymi względami, nie zawsze pożądanymi z punktu widzenia wychowawców i nauczycieli. Prowadzi to w połączeniu z trudnym wychowawczo wiekiem uczniów do różnych niepożądanych postaw, póz i mód powodujących konflikty, a w krańcowych przypadkach do zdarzeń wręcz tragicznych lub kryminalnych. Jeśli jednak cofnąć się w czasy szkoły podstawowej ośmioletniej, to w zasadzie nie widać jakiejś istotniej różnicy. Można sobie przypomnieć dość liczną sieć „poprawczaków” nazwanych później bardzo elegancko ośrodkami wychowawczo-opiekuńczymi o różnym statusie(zamknięte, półotwarte, otwarte – z punktu widzenia naszych rozważań rzecz mniej istotna).

            Drugim argumentem, któremu trudno odmówić sensu jest nauka w liceum trwająca zbyt krótko. W rzeczywistości trzecia klasa gimnazjum odbiega swoim zachowaniem w dość istotny sposób na plus od postaw reszty dzieci w wieku gimnazjalnym. Ponadto przygotowanie młodzieży do matury powinno z pewnością trwać o rok dłużej niż obecnie. Inną rzeczą jest jakość materiału ludzkiego, który trafia do liceów. Nikt nie podnosi tego faktu na szerszym forum, ale przestańmy wreszcie udawać, że nie widzimy iż licea „połkną” każdego ucznia niezależnie od poziomu jego wiadomości, ponieważ w zasadzie nie ma dla tych uczniów innej alternatywy. Zdecydowana większość uczniów wybiera licea, choć jeszcze 30 lat temu do liceum dostałby się co piąty z tych uczniów. Umożliwia to zaproponowany system edukacji, który wykończył szkolnictwo zawodowe. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że szkolnictwo to taka sfera życia społecznego, w której idiotyczne decyzje różnych pseudo reformatorów widoczne są dopiero po około 20 latach. Tyle mniej więcej czasu trzeba, aby kilka pokoleń uczniów dotarło na wyższą uczelnię i dało do myślenia profesorom nie tylko od pedagogiki.

            Na tym w zasadzie kończą się pozytywy, a zaczynają zastrzeżenia. Trudno bowiem za pozytyw uznać utratę pracy przez około 6.200 sekretarek, 6.200 dyrektorów(przy optymistycznym założeniu połowa z nich zapewne „wskoczy” do podstawówek w charakterze wicedyrektorów), ile sprzątaczek i konserwatorów pójdzie na bruk trudno zliczyć, ale można założyć, że około 10 tys. Nauczyciele się jakoś upchną. Takie będą plus-minus koszty społeczne. A co przez to zyskamy?

            Można zaryzykować twierdzenie, że nic. Dzieci będą takie same jak były. Grupy „nieuczesanych uczniów” ze starszych klas nadal będą ćmiły pety za rogiem, z dala od szkoły, i piły piwko w krzakach, bo przecież Straż miejska jest dobra tylko w wypisywaniu mandatów za byle co, a policja jak zwykle ostatnia na miejscu zdarzenia. Na miejsce dla ucznia w ośrodku opiekuńczo wychowawczym będzie się czekało pół roku, albo i dłużej. Wszyscy uczniowie zostaną przyjęci do liceów, a następnie 75% z nich nie zda matematyki na maturze.  Jakie skutki przyniesie prorodzinna polityka PiSu trudno przewidzieć, ale można założyć, że ilość urodzeń w Polsce z pewnością wzrośnie. Można więc zakładać zjawisko wyżu demograficznego, choć przy obecnej katastrofie trudno to nazwać wyżem. Kiedy już ten wyż dojrzeje do wieku szkolnego okaże się, że część „wygaszonych” obiektów szkolnych popadła w ruinę, a w szkołach jest po prostu za ciasno. Zaistnieje potrzeba uruchomienia nowych szkół, lub rewitalizowania starych, co pochłonie gigantyczne pieniądze. W sumie więc poczynione na ludziach oszczędności i tak trzeba będzie wydać nie zyskując nic, lub prawie nic.

            Jak można od nowa  w miarę tanio zorganizować polskie szkolnictwo, to temat na całkiem inną dyskusję. Autor taki pomysł ma i oczekuje na propozycje. W pomyśle tym droga nie wiedzie przez koszty, pot i łzy.     

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.7 (głosów:4)

Komentarze

Nie ma za wielu nauczycieli, po prostu klasy są zbyt liczne. Znajoma ze Szwajcarii powiedziałą, że tam praca ponad 60-letnich nauczycieli nie stanowi problemu; w klasie do której chodził jej syn były dwie nauczycielki (na kilkunastu uczniow). Jedna z nich zawsze mogła zająć sie niedostosowanym dzieckiem, które nie mogło wysiedzieć na  lekcji.

W obecnej polskiej szkole podstawowej równiez przydałby sie drugi nauczyciel, ponieważ, w tych szkołach nawet połowa uczniółw miewa problemy z dostosowaniem. Do szkól chodzi bardzo wiele dzieci z rozbitych rodzin, eurosierot zaopiekowanych przez dziadków i trochę z rodzin zdemoralizowanych. Tylko ta ostatnia grupa istniałą w dawnych, ośmioklasowych szkołach. Dzieci rozwiedzionych rodziców tylko w kolorówkach sa szczęsliwe. Tak naprawdę, przynajmniej przez jakiś czas buntują się, co jest widoczne w szkole.

Zapomniałam, wspólczesna medycyna naprodukowała gromadę dzieci z ADHD. I one wymagają indywidualnego podejścia.

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1498075