Krwawe „Polskie Termopile”. Bitwa pod Zadwórzem 17 sierpnia 1920 r.

Obrazek użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl
Artykuł

Zadwórze - Polskie Termopile - zaslynęło jako najbardziej dramatyczny epizod walk o Lwów w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. Tu 17 sierpnia stoczył bitwę ochotniczy batalion lwowski pod dowodztwem kpt. Boleslawa Zajaczkowskiego z przeważajacymi silami sowieckimi 6. dywizji kawalerii z 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego.

Polscy żołnierze - głównie młodzież szkolna, harcerze, obrońcy Lwowa z 1919 r., a takze ziemianie, inteligencja, robotnicy, rolnicy - walczyli w 1920 r. o granice panstwa polskiego, o przynależność wschodniej Malopolski do Polski oraz bronili Europy przed naporem bolszewickim, wstrząsami rewolucyjnymi i systemem komunistycznych rzadów. Walki w obronie Lwowa zatrzymywaly w tym rejonie armie Budionnego i uniemozliwialy mu wsparcie armii Tuchaczewskiego pod Warszawa. Dawaly nieco czasu na przesuniecie cześci sił polskich z poludnia pod Warszawe, na przygotowanie stolicy do obrony oraz skoncentrowanie nad środkowym Wieprzem sił do decydujacego uderzenia. Dzieki tym dzialaniom możliwe było zwycięstwo polskie w wielkiej bitwie pod Radzyminem.

 

W okresie międzywojennym bitwa pod Zadwórzem zwana była „Polskimi Termopilami”, a jej rocznicę obchodzono uroczyście z udziałem najwyższych władz wojskowych i państwowych.  Kiedy w śmiertelnej bitwie nad Wisłą w 1920 roku rozstrzygały się losy polsko-rosyjskiej wojny oraz zmartwychwstałej Rzeczypospolitej, Lwów wiążąc na swych przedpolach groźną armię Budionnego, spełnił historyczną rolę. 17 sierpnia bitwę z przeważającymi siłami bolszewickimi 6. Dywizji kawalerii z 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego stoczył ochotniczy batalion lwowski pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego. Składał się głównie z młodzieży szkolnej, harcerzy i obrońców Lwowa z 1919 r. i wchodził w skład zgrupowania rotmistrza dr. Romana Abrahama, legendarnego obrońcy Góry Stracenia podczas walk z Ukraińcami w listopadzie 1918 r. Celem młodych obrońców było opóźnienie podejścia wojsk bolszewickich do Lwowa. Upadek miasta byłby dla Polaków strategiczną katastrofą wymuszającą wstrzymanie działań zaczepnych pod Warszawą i szerzej na Mazowszu, aż po Płock. W zagrożonym Lwowie, tak jak i w Warszawie, cały czas odbywały się nabożeństwa i modły za pomyślność oręża polskiego.

16 sierpnia, I batalion 54. pułku piechoty został zaatakowany pod Zadwórzem przez oddziały 6. dywizji konnej armii Budionnego i prawie cały wybity.
Następnego dnia – 17 sierpnia – batalion młodych lwowskich ochotników – Orląt Lwowskich ze zgrupowania rotmistrza Romana Abrahama, pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego, maszerował z Krasnego wzdłuż linii kolejowej na Lwów. Gdy oddział dotarł do wsi Kutkorz, został znienacka ostrzelany z broni maszynowej od strony Zadwórza. Kapitan Zajączkowski rozwinął baon w 3 tyraliery i skokami przemieszczał oddział ku Zadwórzu, zajętemu już przez wojska bolszewickie...

W pobliżu stacji kolejowej w Zadwórzu doszło do wymiany ognia. Porucznik Antoni Dawidowicz poprowadził oddział na stojące obok stacji działa. Wówczas spod pobliskiego lasu ruszyła na Polaków sowiecka kawaleria. Polacy odparli ten atak i w południe zdobyli stację kolejową. Brakowało już amunicji, zabierali ją więc zabitym i rannym. Bolszewicy wzmagali natarcie. Orlęta Lwowskie broniły się już tylko bagnetami, tocząc do wieczora krwawy boj. Ponosząc wielkie straty, ostrzeliwani przez ciężką artylerię, odparli sześć konnych szarż.

Porucznik Dawidowicz po raz kolejny zdobył stację kolejową, a pierwsza kompania opanowała pobliskie wzgórze. W nierównej walce wzięły udział także trzy polskie samoloty, które nadleciały od strony Lwowa. Zaatakowały one siły bolszewickie ogniem karabinów maszynowych oraz bombami.

Nadeszły jednak nowe siły bolszewickie. Otoczeni przez wroga żołnierze nie poddali się nawet wtedy, kiedy zabrakło amunicji. Kapitan Zajączkowski o zmierzchu rozkazał pozostałym przy życiu ok. 30 żołnierzom wycofywanie się grupami do borszczowickiego lasu. Ostrzeliwani z broni maszynowej przez sowieckie samoloty, bezbronni, otoczeni przez Rosjan, walczyli jeszcze krótko na kolby w pobliżu budki dróżnika. Sowieci, rozwścieczeni oporem Orląt, rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami.


"Bój pod Zadwórzem" - Batowskiego

Bój pod Zadwórzem.

Położone 30 km na północny wschód od Lwowa maleńkie miasteczko Zadwórze mające własną stację kolejową linii Lwów -Tarnopol 17 sierpnia 1920r patrolował wycofujący się w ariergardzie, stworzony z ochotniczej młodzieży lwowskiej 400 -osobowy batalion 240 pp pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego, z zawodu notariusza w Brodach. Stworzony do osłony i opóźniania ataku 1 Konnej Armii był dobrze uzbrojony w broń maszynową. Gdy batalion mijał właśnie stację kolejowa w Zadwórzu zobaczono, że w kierunku tejże stacji zbliżają się kozacy. 6 dywizja konna Apanasenki miała rozkaz zająć stację z zamiarem dalszego ataku na miasto Lwów. Widząc to kpt Zajączkowski zajął pozycje wokół stacji i sąsiadującego z nią wzgórza rozpoczynając wielogodzinną obronę swoich pozycji. Nim wyczerpała się amunicja batalion zatrzymał sześć kozackich szarż w szyku konnym. Wspomagające go z powietrza samoloty III dywizjonu lotniczego, a w nim składające się z amerykańskich lotników 7 i 15 eskadry bojowe im. Tadeusza Kościuszki, /upamiętnienia poległych lotników amerykańskich tak długo odmawiała obecna Rada Miasta Lwowa/ wykonując na szeregi dywizji liczne wspierające obrońców Zadwórza ataki, wyeliminowały z walki ponad 100 kozaków. Mimo tak zaciętej obrony, po całkowitym wyczerpaniu się amunicji, 318 obrońców odnaleziono po ataku poległych na stanowiskach pod szablami kozaków kombryga Szeko dowodzącego ostatnią szarżą. Izaak Babel w swoich pamiętnikach wspomina bitwę: "jeździliśmy wzdłuż linii.by nie zabijać jeńców,.Szeko bąknął-dlaczego nie.nie patrzyłem w twarze.przebijali pałaszami, dostrzeliwali , trupy na trupach. Apanasenko /rozkazywał/ - nie trać ładunków ,zarżnij go." koniec cytatu. Jeńców nie było bo nikt nie poddał się do niewoli ginąc na stanowiskach lub dobijając się ostatnim nabojem. Ci co nie zginęli na miejscu bitwy nigdy nie zostali odnalezieni i są uważani za zaginionych. Do dzisiaj nikt do końca nie wyjaśnił co się z nimi stało. Wywiezieni z pola bitwy zostali zamordowani na tyłach bolszewickiego frontu. Pamięć bohaterskich obrońców zadwórskiej pozycji obronnej upamiętnia obecnie kopiec wzniesiony po tej bitwie na polu walki i napisy o jednej z bitew o których się pamięta, umieszczone na ścianach lwowskiego panteonu. Tamten dzień 17 sierpnia był dla frontów wojny polsko-bolszewickiej dniem gdzie wojska polskie na całej niemal jego długości odnosiły już sukcesy. Pod Sławatyczami zniszczono bolszewicką 58 dywizję piechoty, na wschód od Parczewa definitywnie rozbito zagrażającą wciąż Warszawie Grupę Mozyrską, pod Kąkolewicą zlikwidowano 170 brygadę strzelców, zdobyto Międzyrzec, Siedlce, gen Latinnik zdobył Mińsk Mazowiecki, a dowodzona przez gen Sikorskiego 5 armia zajęła Pułtusk. Historycy wojskowości uważają, że właśnie w tym dniu nastąpił upadek morale armii Tuchaczewskiego pozwalający na całkowite jej rozgromienie. Na podstawie dotychczasowych sukcesów wojsk polskich Naczelny Wódz Józef Piłsudski doszedł do wniosku że "zasadniczy opór nieprzyjaciela został złamany". Trzeba było pomyśleć teraz o froncie południowo-zachodnim /dla nas wschodnim/ na którym konne armie Budionnego parły nadal w kierunku Zamościa, a komandir Jona Jakir na południe od Lwowa wyrównywał właśnie front i dochodził do Podhajec.

Finał boju pod Zadwórzem opisała w swym opowiadaniu Zofia Kossak-Szczucka, opierając się na relacji ocalałego z rzezi dróżnika: „Nie poddawać się! – krzyczy sierżant Dyrkacz. Żeby nas potem prali w niewoli po pyskach? Nie poddawać się! Nie poddawać się! – wtórują inni. Nie ma już ani jednego oficera. Polegli wszyscy od kul nieprzyjaciela lub własnych. Nie więcej jak pięćdziesięciu żołnierzy i dwóch podoficerów stoi jeszcze, kupiąc się w gromadzie. Ściągnięci plecami nastawili groźnie bagnety. Nie strzela już nikt. Nie mają już ani jednego naboju. Z wyciem tryumfu wdziera się ze wszystkich stron nieprzyjaciel. Rozwścieczone, dzikie twarze. Prą jeden przez drugiego, by dostać nareszcie śmiałków, co zatrzymali ich tyle godzin. A swołocz! A gadziny! Tak ich mało, a tyle straconego czasu i ludzi. Topnieje garstka stojących, pokryto ją zewsząd mrowie (…). Przez mgłę Leszek dostrzega, jak nad zrąbany stos trupów powstaje wysoki, barczysty Jasiek Bałyga. Z rozciętej głowy krew tryska, zalewa czoło i policzki. Za tą czerwoną twarzą, straszny jak upiór, krzyczy wprost w oczy opadającym go wokół kozakom, krzyczy śmiertelnie zachrypniętym głosem – Niech żyje Polska! Niech żyje Lwów!”.

Pod Zadwórzem zginęło 318 spośród 330 żołnierzy batalionu kpt. Zajączkowskiego, w tym wszyscy oficerowie. Aby nie dostać się w ręce wroga, kpt. Zajączkowski odebrał sobie życie, podobnie jeszcze kilku żołnierzy. W walce zginął 19-letni Konstanty Zarugiewicz, uczeń siódmej klasy szkoły realnej, obrońca Lwowa z 1919 roku, kawaler krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. Jego matka, Jadwiga Zarugiewiczowa, w 1925 r. wybrała jedną z trzech trumien ze zwłokami z pobojowiska pod Zadwórzem. Zwłoki wybranego bohatera przewieziono z najwyższymi honorami do Warszawy i 2 listopada umieszczono pod kolumnadą pałacu Saskiego, gdzie wzniesiono Grób Nieznanego Żołnierza. Nazwę Zadwórza wyryto pośród nazw innych miejsc chwały oręża polskiego. Heroiczna obrona Abrahamczyków nie poszła na marne. Była punktem zwrotnym w walce o Lwów. Mała stacja Zadwórze stała się zaś symbolem bohaterskiej walki młodzieży lwowskiej. Nie po raz pierwszy w swej historii Lwów miał okazać się semper fidelis.

Cmentarzyk obrońców u stóp kurhanu.Stan obecny.

Zginął wówczas m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, uczeń siódmej klasy pierwszej szkoły realnej, obrońca Lwowa z 1918 roku, kawaler krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. Jego matka, Jadwiga Zarugiewiczowa w 1925 wybrała jedną z trzech trumien ze zwłokami Nieznanego Żołnierza.

Ciała pięciu oficerów walczących pod Zadwórzem, które udało się zidentyfikować, pochowano na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali, nierozpoznani, zmasakrowani bohaterscy obrońcy spoczęli na miejscu swej męczeńskiej śmierci na cmentarzu żołnierskim w pobliżu usypanego na ich cześć i zwieńczonego krzyżem kurhanu. U jego stóp umieszczono tablicę z napisem: „Orlętom, poległym w dniu 17 sierpnia 1920 r. w walkach o całość ziem kresowych”. Współczesny dwujęzyczny napis brzmi: „Polskim Orlętom poległym w walce z wojskami bolszewickimi”.
Przed wojną zadworzańskie rocznice czczono sławnym marszem zadworzańskim we Lwowie. Co roku, z nocy z 14 na 15 sierpnia, polscy żołnierze w pełnym rynsztunku bojowym maszerowali od Zadwórza w stronę Lwowa, aż do koszarów wojskowych na Łyczakowie. Na zakończenie uroczystości pod pomnikiem Mickiewicza odbywała się defilada.

 

Zadwórze - polskie Termopile
słowa i melodia: dh Andrzej Huk z Czarnej Trzynastki Związku Harcerstwa

Rzeczypospolitej w Przemyślu
Kwiaty Zadwórza, czy pamiętacie
Tamtą sierpniową letnią noc,
Gdy młody harcerz stał na warcie,
Dbając o swych przyjaciół los?
Wyszło ich ze Lwowa ponad trzystu;
Powstrzymać konnej armii trzon.
Obronić Polskę od bolszewizmu,
Z męstwa zbudować chwały tron.

Termopile, polskie Termopile,
Tam ofiara młodej polskiej krwi;
Pod kurhanem, we wspólnej mogile
Wolna Polska harcerzom się śni.

Lasy Zadwórza, czy pamiętacie,
Jak pod osłoną waszych drzew
Biegł do ataku młody harcerz,
Od kuli wroga na mchu legł?
Poległo ich tam ponad trzystu,
Ofiara męstwa dała plon,
Gdy dzikie hordy bolszewizmu,
Potknęły się o polski dom.
Trawy Zadwórza, czy pamiętacie
Tamten sierpniowy letni zmierzch,
Jak rozsiekani bagnetami,
Gdy brakło kul, by bronić się?
Kresowa ziemio, żyzna, bujna,
Zroszona morzem polskiej krwi,
Zachowaj pamięć o Zadwórzu
I przypominaj tamte dni.

 

Gen. bryg. dr Roman Abraham urodził się we Lwowie 28 lutego 1891 r. jako syn Władysława, wybitnego znawcy prawa kościelnego, profesora Uniwersytetu Lwowskiego i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ukończył z odznaczeniem gimnazjum księży Jezuitów w Chyrowie, a następnie z tytułem doktora, wydział prawa i filozofii Uniwersytetu Lwowskiego.

W czasie I wojny światowej, zmobilizowany, służył w kawalerii armii austro-węgierskiej w stopniu porucznika. W październiku 1918 r. wrócił do rodzinnego Lwowa i gdy wybuchły walki polsko-rusińskie włączył się do obrony rodzinnego miasta. Od pierwszych dni dał się poznać jako niezwykle waleczny żołnierz i dowódca. Stworzył własny oddział na odcinku "Góry Stracenia", zwany później "Straceńcami", nie tylko od nazwy Góry, lecz także ze swej odwagi i dzielności. "Straceńcy" walczyli z powodzeniem na różnych odcinkach Obrony Lwowa; w zdobywaniu Dworca, w obronie Persenkówki i w Śródmieściu. Oni to, pod dowództwem por. Abrahama zatknęli sztandar polski na lwowskim Ratuszu o świcie 22 listopada 1918, zdzierając flagę uzurpatorów.

Znany pisarz, Adam Grzymała-Siedlecki, który jako korespondent wojenny był na froncie lwowskim w r. 1920, pisał, że wobec wyczynów mjr. Abrahama i jego żołnierzy, bledną wyczyny wojów kmicicowych.

W r. 1920 gdy konna armia Budionnego parła przynaglana przez politruka Stalina na Lwów, major Abraham zorganizował w porozumieniu z brygadierem Czesławom Mączyńskim, Detachement - oddział, walczący na całym południowo-wschodnim froncie, odnosząc wiele bojowych sukcesów. Sam mjr Abraham, ranny pod Chodaczkowem, dowodził oddziałem z noszy, żołnierze jego Detachement pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego stawili opór przeważającej sile bolszewickiej konnicy pod Zadwórzem w dniu 17 VIII 1920 r.

Poległo ich wówczas wraz z dowódcą 518. Złożyli wielką ofiarę krwi, lecz powstrzymali nawałę konnicy Budionnego. Bitwa pod Zadwórzem, u progu Lwowa, zwana była Polskimi Termopilami.

W r. 1921, gdy wybuchło III Powstanie Śląskie, ppłk Abraham jako oficer do szczególnych poleceń został skierowany przez Ministerstwo Spraw Wojskowych na Górny Śląsk, gdzie organizował pomoc walczącym Ślązakom i działał przy Wojciechu Korfantym pod pseudonimem - Roman Wydera.

Po skończonej wojnie ppłk Abraham ukończył Wyższą Szkołę Wojenną. Był w niej następnie asystentem, a potem wykładowcą taktyki.

W r. 1927 dowodził 26 pułkiem Ułanów Wielkopolskich im. hetmana Karola Chodkiewicza w Baranowiczach, a od r. 1929 do 1932 był jako pułkownik dowódcą Brygady Kawalerii "Toruń", po ukończeniu kursu wyższych dowódców w Centrum Wyszkolenia Wyższych Studiów Wojskowych, objął dowództwo Brygady Kawalerii "Bydgoszcz". Od kwietnia 1937 r. dostał przydział na dowódcę Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, z którą wyszedł na wojnę 1939 r. nominację na generała brygady otrzymał 19 marca 1938 r. W czasie dowodzenia Brygadami Kawalerii organizował, szkolił i unowocześniał pułki, wprowadzając do nich motoryzację.

 

W Horpinie i Zadwórzu na Ukrainie odbędą się uroczystości upamiętniające 93. rocznicę bitew polskich żołnierzy z bolszewickimi oddziałami.

W sobotę, 17 bm., uroczystości związane z odsłonięciem pomnika odbędą się w Horpinie w obwodzie lwowskim, w rejonie kamioneckim, gdzie spoczywają żołnierze polegli w bitwie z bolszewikami w sierpniu 1920 roku.

Z kolei w niedzielę, 18 bm., w kresowym Zadwórzu k. Lwowa odbędą się uroczystości upamiętniające 93. rocznicę jednej z największych bitew w wojnie polsko-bolszewickiej. Bitwa pod Zadwórzem 17 sierpnia 1920 r. powstrzymała marsz armii konnej Budionnego na Lwów, a Zadwórze przeszło do historii jako „Polskie Termopile”.

Jesienią 1920 r. nad zbiorową mogiłą społeczeństwo polskie usypało kurhan. W 1927 r. na szczycie kurhanu odsłonięto pomnik (zwany też Pomnikiem Chwały) w kształcie słupa granicznego zwieńczony krzyżem. Na pomniku u stóp kurhanu umieszczono zaś spiżową tablicę z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 r. w walkach o całość Ziem Kresowych”. Pomnik przetrwał II wojnę światową i czasy sowieckiego komunizmu. Jednak władze ukraińskie nie pozwoliły na odtworzenie na tablicy przedwojennej treści, a obecna brzmi: „Polskim Orlętom poległym w walce z wojskami bolszewickimi”.

Jednym z 12 ocalałych w heroicznej bitwie pod Zadwórzem był Bronisław Mirecki, który został księdzem katolickim i przez wiele lat posługiwał wiernym na Ukrainie. Na uroczystości ma przybyć jego siostra Maria Mirecka-Loryś – dyrektor Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago.

 

http://www.idziemy.com.pl/spoleczenstwo/zadworze-polskie-termopile/2/

http://www.rodaknet.com/rp_wycislak_1.htm

http://www.sadistic.pl/polskie-termopile-zadworze-17081920-vt157788.htm

http://www.lwow.com.pl/abraham.html

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/50927,w-holdzie-obroncom-kresow.html

http://www.lwow.home.pl/naszdziennik/zadworze.html

Maryla

ZA: blogmedia24.pl/node/64475

Brak głosów

Komentarze

Jeden z najmłodszych uczestników Bitwy pod Zadwórzem

Konstanty Zarugiewicz, odznaczony srebrnym orderem Virtuti Militari, krzyżem Walecznych , Krzyżem Niepodległości


Mozna powiększyć

Tablica poświęcona Jadwidze Zarugiewiczowej i jej synowi, Konstantemu, na froncie budynku Dowództwa Garnizonu Warszawa

Michał Stanisław de Zieleśkiewicz

Vote up!
0
Vote down!
0

Obibok na własny koszt

#415287

Maryla, sob., 17/08/2013 - 17:25

arch./-

Polska jest wszędzie tam, gdzie są Polacy

Z Marią Mirecką-Loryś, byłą dyrektor Kongresu
Polonii Amerykańskiej w Chicago, prezes Koła Lwowian, siostrą jednego z
nielicznych ocalałych w bitwie pod Zadwórzem polskich żołnierzy
Bronisława Mireckiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki  

 

Kolejny raz weźmie Pani udział w niedzielnych uroczystościach
upamiętniających rocznicę jednej z największych bitew w wojnie
polsko-bolszewickiej bitwy pod Zadwórzem. Co Panią przyciąga do tego
miejsca?

– Jeszcze jako dziecko słyszałam, że jest takie miejsce, gdzie za
Ojczyznę ginęli młodzi ludzie. Wśród uczestników tych walk był także mój
brat Bronisław Mirecki, który miał wówczas 16 lat.

Zgłosił się na ochotnika do armii, o czym powiedziała nam mama. Przez
długi czas nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje, a przypomnę, że
toczyły się wówczas ciężkie boje. Wreszcie przyszła wiadomość, że brat
jest w szpitalu we Lwowie. Pod Zadwórzem poległo 318 żołnierzy, a
pozostali zaginęli bez wieści lub zesłano ich do niewoli.

Wśród 12 ocalałych był mój brat, który uciekł z obozu jenieckiego pod
Kijowem. Zachorował na tyfus, trafił do szpitala, a potem został
przewieziony do Lwowa. O Zadwórzu nie mówiło
się w szkole. Dopiero kiedy wyjechałam za granicę, bo polskie władze
nas prześladowały, i po 26 latach po raz pierwszy przyjechałam do
Polski, udałam się zaraz do Zadwórza.

Była to moja pierwsza wizyta w tym historycznym miejscu. W 1980 r.
było tam jeszcze bardzo skromnie, było też mało ludzi – dosłownie
garstka, inaczej niż dzisiaj, kiedy są harcerze, którzy trzymają wartę,
kapłani, którzy się modlą za poległych i przedstawiciele władz.
Niestety, wciąż nie ma tam dobrej drogi dojazdowej. Autobusy muszą
parkować z dala od tego miejsca i żeby dotrzeć pod pomnik, trzeba iść
łąkami.

Czym jest dla Pani Zadwórze?

– Zadwórze jest najwspanialszą lekcją naszej, polskiej, historii.
Jest to miejsce niezwykłe, które przypomina jeden z najbardziej
znaczących, choć także bardzo bolesnych momentów naszej historii, w
którym nieliczna grupa – bądź co bądź jeszcze dzieci – tak jak Lwowskie
Orlęta, składając ofiarę z własnej krwi, przesądziła o biegu historii.

To byli prawdziwi polscy patrioci, prości ludzie z Galicji, którzy
utworzyli armię, o których przez długi czas nie wolno było nawet mówić.
Owszem, u nas w rodzinie się mówiło, bo byliśmy w tę sprawę przez brata
bezpośrednio zaangażowani, ale na ogół było cicho. Polska była jeszcze
bardzo młoda po odrodzeniu, miała przecież zaledwie dwa lata, a mimo to
ci młodzi ludzie, którzy zgłaszali się na ochotnika, mieli w sobie tak
dużo ofiarności i bohaterstwa.

W tym roku również udaje się Pani, by oddać hołd bohaterom…

– Mimo 97 lat, dopóki tylko sił starcza, staram się uczestniczyć w
dorocznych uroczystościach. Jestem jedną z niewielu żyjących jeszcze
osób uczuciowo i rodzinnie związanych z Zadwórzem.

Brała Pani udział w wielu uroczystościach na Ukrainie upamiętniających bohaterstwo Polaków. Co Panią najbardziej wzruszyło?

– Rzeczywiście wiele było takich wzruszających uroczystości na
przestrzeni lat. Były też momenty denerwujące np. w Żytomierzu, w jedną z
rocznic przystąpienia do Armii Kościuszki, kiedy przedstawiciele
ukraińskich władz mówili w swoim ojczystym języku, a konsul polski
zamiast mówić po polsku, przemawiał w języku ukraińskim. To były bardzo
niesmaczne i niepotrzebne gesty, bo czy widział ktoś Ukraińca
przemawiającego podczas uroczystości w języku polskim, bo ja nie
widziałam. Natomiast w Chicago można spotkać transparenty Ukraińców,
gdzie widnieją napisy „Ukraina po Kraków i po Lublin”. Tymczasem my nie
bronimy swoich własnych interesów narodowych, a powinniśmy.

Dodajmy do tego, że na Ukrainie wciąż wiele jest miejsc, które czekają na upamiętnienie…

– Wiele jest takich miejsc, mało tego, w wielu miejscowościach
tablice w języku polskim zostały zastąpione tablicami w języku
ukraińskim. Np. w Berdyczowie, gdzie w kościele pw. św. Barbary była
tablica w języku polskim upamiętniająca ślub Eweliny Hańskiej i
Honoriusza Balzaka, dzisiaj niestety jest już tylko w języku ukraińskim.
To bardzo smutne i przykre. Pamiętam tamtejszą bibliotekę, książki,
obrazy autorstwa wybitnych malarzy – to wszystko zostało usunięte,
zniszczone i śladu po tym nie ma. Podobnie jest w wielu innych
miejscach, które przechodzą w ręce ukraińskie, a polskość nie jest
kultywowana i powoli zanika.

Powróćmy może jeszcze do Zadwórza. Pani brat, Bronisław
Mirecki, po pobycie w wojsku wybrał kapłaństwo i jako ksiądz katolicki
przez wiele lat posługiwał wiernym na Ukrainie…

– Kiedy wielu ludzi, w tym kapłanów, wyjeżdżało do Polski, brat miał
dylemat, co robić. Wraz ze swoim przyjacielem, też księdzem, napisali
list do Ojca Pio, co mają robić: wyjechać czy może zostać.

Ojciec Pio odpowiedział im jednym słowem: „Trwać”, i zostali. Brat
trafił do miejscowości Podwołoczyska w obwodzie tarnopolskim nad
Zbruczem. Żeby utrudnić mu posługę, bolszewicy wysadzili w powietrze
kościół, a brat jako jedyny kapłan na terenie Ukrainy otrzymał zakaz
prowadzenia działalności duszpasterskiej.

Zamieszkał na stacji kolejowej, w dawnym pożydowskim magazynie. On
sam nigdy się nie skarżył, ale ludzie opowiadali mi, że warunki, w
jakich żył i pracował, były okropne. Summa summarum było to potrzebne,
bo mógł tam prowadzić podziemne duszpasterstwo. Mimo nadzoru ze strony
KGB i zagrożenia zsyłkami w ukryciu odprawiał Msze św., przyjmował
ludzi, którzy do niego przychodzili, błogosławił małżeństwa, chrzcił
dzieci, poświęcał ziemię na pochówki, w których jako kapłan nie mógł
uczestniczyć.

Potem pracował m.in. w Kamieńcu Podolskim, Gródku Podolskim,
Połonnem, wreszcie trafił do miejscowości Hałuszczyńce – miejsce w
zasadzie niedostępne, gdzie nie było żadnej komunikacji i gdzie był
jedynym kapłanem w całym obwodzie tarnopolskim. O tym, że był dobrym
kapłanem, świadczy fakt, że na 50. rocznicę święceń kapłańskich w 1983
r. Ojciec Święty Jan Paweł II nadesłał telegram z życzeniami, w którym
zapewniał brata o swoim duchowym uczestnictwie w tej uroczystości i o
modlitwie. Brat nigdy nie opuścił Kresów i żyjących tam Polaków. Trzy
lata później zmarł.

Proszę powiedzieć, skąd wziął się przydomek „Przemytniczka Boża”, jaki przylgnął do Pani?

– Wraz z moją siostrą Heleną, która mieszkała w Nowym Jorku,
wiedziałyśmy dobrze, w jakich warunkach żyje brat i ludzie, którym
służy. Brakowało wszystkiego: jedzenia, ubrań, ale także dewocjonaliów.

Nie było różańców, świętych obrazków, a ludzie tego łaknęli jak
chleba. Stąd zabierałyśmy ze sobą różańce i przewoziłyśmy przez granicę.
Polakom nie wolno było jeździć, ale my z siostrą miałyśmy paszporty
amerykańskie, co otwierało nam drogę i nie ukrywam, że bardzo nam
pomagało.

Oficjalnie nasze podróże
miały charakter turystyczny, odwiedzałyśmy także groby zmarłych
krewnych, rzeczywistość była jednak inna.
Pewnego razu
przewiozłam np. sto obrazków, które poświęcił Papież Jan Paweł II. Udało
mi się je szczęśliwie przewieźć mimo rewizji i to rewizji osobistej.
Sama nie wiem, jak to się stało, że nikt ich nie znalazł, choć były w
niemałej kopercie. O tym niezwykłym zdarzeniu pisałam do kard. Rubina,
który z kolei powiedział o tym Ojcu Świętemu.  

Pomoc dla Polaków na dawnych Kresach nie ograniczała się jedynie do przewożenia różańców i dewocjonaliów…

– Przez długi czas w Chicago, gdzie mieszkałam, tylko kilka osób
wiedziało o tym, że na wschodnie rubieże dostarczam również pieniądze.

Kiedy brat żył, nie mogłam o tym mówić głośno, np. w radio, czy pisać
o tym w prasie, bo mogłoby to zaszkodzić i tak trudnej sytuacji, w
jakiej się znajdował. Po jego śmierci ukazał się artykuł i ludzie
zaczęli się do mnie zgłaszać z prośbą o dostarczanie pieniędzy ich
krewnym na Ukrainie. Jednak przede wszystkim były to pieniądze na
odbudowę zniszczonych i zaniedbanych świątyń, bo ludzie nie mieli gdzie
się modlić. Potem były paczki z pomocą, bo ludzie też tego potrzebowali.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kresy/51258,polska-jest-wszedzie-tam-g...

Vote up!
0
Vote down!
0

Obibok na własny koszt

#415288